List do Jacka Bernarda w sprawie „polskich kolaborantów”

Czerwiec 15, 2018

W związku z artykułem Jacka Bernarda pt. Thoughts on Confederate monuments in Georgia, jaki został opublikowany na amerykańskim portalu Redandblack.com, przesłaliśmy do autora tekstu następujący list, w którym wzywamy do usunięcia sformułowań mówiących w sposób fałszywy o historii Polski.

Jack Bernard jest zasłużonym pracownikiem i byłym dyrektorem ds. planowania służby zdrowia w stanie Georgia, blisko związanym politycznie z Republikanami. Bernard w artykule dotyczącym pomników w stanie Georgia posłużył się wtrętem na temat Polski, naszym zdaniem zupełnie niepotrzebnym, a co gorsza, nieprawdziwym. W jednym zdaniu stwierdził istnienie „polskich obozów koncentracyjnych”, do których mieli trafiać Żydzi dzięki „polskim kolaborantom”.

 

Szanowny Panie!

W artykule zamieszczonym na portalu The Red & Black, pt. Thoughts on Confederate monuments in Georgia przywołał Pan fałszywe określenia: „polskie obozy koncentracyjne” i „polscy kolaboranci”, a także kłamliwie przypisał Pan Polakom odpowiedzialność za zbrodnię Holokaustu. Informujemy, że użyte przez Pana określenia są przejawem mowy nienawiści i antypolonizmu, który ma na celu przypisywanie Polakom niepopełnionych zbrodni, a także fałszywej wersji historii.
Materiał poświęcony pamięci historycznej zawiera zupełnie wyrwany z kontekstu polski wątek, a w dwóch krótkich zdaniach szermuje Pan aż trzema ewidentnie kłamliwymi oszczerstwami kwalifikowanymi jako przejaw mowy nienawiści wymierzonej w Polskę i Polaków.
Tak więc przypominamy:

1. Obozy koncentracyjne, stworzone w czasie II wojny światowej na terytorium okupowanych ziem polskich nie były polskie. Były to niemieckie nazistowskie obozy koncentracyjne, na czele z największym z nich: Auschwitz-Birkenau. Jak Pan zapewne wie, obozy koncentracyjne były założone przez niemiecką III Rzeszę, a wspomniany obóz w Auschwitz był początkowo miejscem eksterminacji głównie Polaków, dopiero potem Żydów. Szczególnie z tego względu, przypisywanie Polakom odpowiedzialności za obozy koncentracyjne jest skrajnie obraźliwe i wysoce niesprawiedliwe nie tylko dla narodu polskiego, ale także ofiar oraz ich rodzin. Czy nie słyszał Pan o tym, czego doświadczali w obozach ze strony zwyrodniałych niemieckich nazistów nie tylko masowo mordowani Żydzi, ale także sami Polacy? O tysiącach kobiet, mężczyzn i dzieci poddawanych nieludzkiemu traktowaniu, męczonych eksperymentami medycznymi, wykorzystywanych do nieludzkiej pracy w nieludzkich warunkach, dzieciach zabijanych zastrzykiem z fenolu prosto w serce, masowo eksterminowanych księżach katolickich?
Co więcej, przypominamy, że to polscy patrioci, tacy jak Jan Karski i Witold Pilecki, informowali m.in. rząd Stanów Zjednoczonych o rozmiarach zbrodni niemieckich w okupowanej Polsce. Niestety ich raporty oraz błagalne prośby o ratunek dla Żydów przed Zagładą nie znalazły zrozumienia u przywódców Państw Zachodnich w tym USA. Nie zdecydowano się choćby na bombardowanie torów kolejowych którymi Niemcy dowozili do obozów Żydów z całej Europy. Ówczesną postawę USA wobec kwestii żydowskiej dobitnie ukazuje historia statku St. Luis z ponad 900 niemieckimi Żydami na pokładzie, którym Hitler pozwolił opuścić III Rzeszę nie został przyjęty przez USA. Powrót do Europy oznaczał dla większości z nich śmierć w niemieckich obozach zagłady. Polecamy Panu lekturę filmu „Przeklęty rejs” (Voyage of the Damned) z 1976 r.

2. „Polscy kolaboranci” to wyrażenie, które jest wyjątkowo nietrafione. W przeciwieństwie do wielu krajów europejskich, takich jak Francja, Holandia czy Norwegia, w czasie II wojny światowej nie powstał żaden polski kolaboracyjny rząd. Polski opór starł się z nieporównywalnie bardziej brutalną okupacją niemiecką niż w Europie Zachodniej, trwającą od 1939 do 1945 roku. Polskie społeczeństwo jako całość było w tym czasie zdecydowanie antyniemieckie, nie popierało działań okupanta, a trzeba przypomnieć, że na terenach przedwojennej wschodniej Polski działał też drugi okupant – sowiecki. W Polsce nie powstały kolaborujące formacje wojskowe, jak np. powstałe np. francuskie, belgijskie, norweskie, ukraińskie dywizje SS. Używanie pojęcia „kolaboranci” jest wyjątkowo krzywdzące wobec narodu, który podejmował czynną walkę z okupantem niemieckim, jak np. w powstaniu warszawskim i rozwinął największy w Europie ruch oporu (Armia Krajowa). Porównywanie postaw zdemoralizowanych często na skutek wojny jednostek (w Polsce) do postaw całego państwa i niemal całego narodu (jak np. we Francji) za pomocą tego samego słowa „kolaboranci” jest głęboko niesprawiedliwe.

3. Nie jest też prawdą, że w Polsce stało się niezgodnym z prawem twierdzenie, że jakikolwiek Polak nie miał nigdy nic wspólnego z Holokaustem. Nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, do której się Pan odnosi, mówi wyraźnie co innego. Chodzi tu o przypisywanie narodowi polskiemu współodpowiedzialności za Holokaust. Ta odpowiedzialność ciąży na narodzie niemieckim i potwierdziło to ostatnio wyraźnie wielu wysokich rangą polityków niemieckich w tym kanclerz Angela Merkel.

Biorąc pod uwagę powyższe wyjaśnienia, jak i fakt, że zdania, których Pan użył, nie są niezbędne dla tekstu o pomnikach w stanie Georgia, domagamy się usunięcia tych zdań z Pana tekstu. Osoba o takim doświadczeniu w działalności publicznej jak Pan, powinna używać precyzyjnego języka i powoływać się na wiarygodne źródła.

Niestety jest inaczej. W Pana tekście pojawiły się pomówienia, znane z mediów, które nierzetelnie przedstawiły sprawę nowelizacji ustawy o IPN. Czy jest to jedynie przejaw ignorancji, czy celowego działania pewnych środowisk, które fałszując historię próbują obarczyć winą za niemieckie zbrodnie Polskę – pierwszą i największą ofiarę II wojny światowej?

Powtarzamy jasno raz jeszcze, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, ani nie istnieli „Polscy kolaboranci”. Oczekujemy usunięcia zdań mówiących w sposób fałszywy o Polsce i szerzących tym samym mowę nienawiści.

List w języku angielskim

Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych

Czerwiec 14, 2018

Dziś obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych. 14 czerwca 1940 r. po raz pierwszy deportowano Polaków do niemieckiego obozu Auschwitz. Z więzienia w Tarnowie przywieziono tam wówczas 728 mężczyzn. Był to początek zaplanowanej przez Niemców eksterminacji narodów, głównie Żydów, Polaków oraz Romów. Ogółem do Auschwitz Niemcy przywieźli około 150 tys. Polaków. Połowa z nich zginęła.

Na pamiątkę tego pierwszego transportu więźniów w 2006 r. Sejm zdecydował o ustanowieniu dnia pamięci wszystkich ofiar nazistowskich zbrodni.

Zachęcamy do udostępniania strony przygotowanej przez Instytut Pamięci Narodowej http://truthaboutcamps.eu/ (materiały dostępne w kilku wersjach językowych).

Dodatkowo polecamy szczególnie lekturę następujących artykułów:

– dr Adama Cyry:
https://www.tysol.pl/a19897-dr-Adam-Cyra-Auschwitz-Wiezniowie-policyjni-w-bloku-nr-11-cz-1
https://www.tysol.pl/a19898-dr-Adam-Cyra-Auschwitz-Wiezniowie-policyjni-w-bloku-nr-11-cz-2
http://dzieje.pl/aktualnosci/najwieksza-egzekucja-w-kl-auschwitz 
oraz
– Joanny Płotnickiej https://www.tysol.pl/a20155–Awantura-o-Muzeum-Auschwitz-Joanna-Plotnicka-Za-7-dni-niewygodne-swieto

Były żołnierz AK zrehabilitowany przez sąd. 20 tys. zł zadośćuczynienia za oszczerstwa

Czerwiec 7, 2018

7 czerwca 2018 roku w Sądzie Okręgowym w Łodzi zakończyła się sprawa wytoczona w obronie Włodzimierza Pajdowskiego, ponad 90-letniego byłego żołnierza Armii Krajowej. Włodzimierz Pajdowski, po wojnie aresztowany przez UB, został w jednym z artykułów przedstawiony fałszywie jako bandyta dokonujący w czasie II wojny światowej i po wojnie napadów rabunkowych, by zostać ostatecznie współpracownikiem SB. W świetle akt IPN okazało się, że wymienione wyżej oskarżenia były nieprawdziwe. Reduta Dobrego Imienia wzięła w obronę Włodzimierza Pajdowskiego i wsparła proces. Powód domagał się przeprosin i 20.000 zł tytułem zadośćuczynienia.

Po przesłuchaniu Powoda, Sąd Okręgowy w Łodzi zasądził przeprosiny i zadośćuczynienie we wnioskowanej kwocie. Sąd podkreślił, że wyrok wynika z niewątpliwego naruszenia dóbr osobistych Pajdowskiego. Sprawę prowadziła Mec. Monika Brzozowska-Pasieka.

ARD sugeruje, że Polska zmierza w stronę dyktatury. Interweniujemy

Czerwiec 1, 2018

Na antenie telewizji ARD ukazał się reportaż poświęcony Polsce, w którym dziennikarka Anette Dittert przedstawia fałszywy obraz Polski jako kraju zmierzającego w stronę dyktatury. W materiale wypowiadają się m.in. Róża Thun, Ludwik Dorn, Lech Wałęsa i Jadwiga Staniszkis.

Podjęliśmy interwencję. Wysłaliśmy do redakcji następujący list.

Szanowni Państwo!

Na antenie telewizji ARD ukazał się reportaż poświęcony Polsce, w którym dziennikarka Anette Dittert przedstawia fałszywy obraz Polski jako kraju zmierzającego w stronę dyktatury. Kraju, w którym ksenofobia i radykalny nacjonalizm stają się powszechnym zjawiskiem.

Anne Dittert po raz kolejny atakuje demokratycznie wybrany rząd i personalnie oskarża prezesa Prawa i Sprawiedliwości, partii politycznej mającej większość ustawową w sejmie RP, o zapędy dyktatorskie. Zdaje się to grubą przesadą nawet w świetle powszechnie znanej, choć niezwykle jednostronnej niemieckiej wolności słowa. Te oskarżenia i ataki nie są poparte żadnymi racjonalnymi dowodami. Narracja dokumentu sprowadza się do tezy, że rząd PiS podąża „w kierunku Rosji”, a demokracja w Polsce jest rzekomo fikcją. Tymczasem dotyczy to o wiele bardziej Państwa dążącego do nowego paktu Ribbentrop-Mołotow kraju i panującej w nim pseudo-demokracji.

  1. Stanowczo podkreślamy i przypominamy, że w wyborach parlamentarnych w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość uzyskało najwięcej głosów poparcia, a same wybory były wolne i demokratyczne. Odsunięcie od władzy dotychczasowych liberalnych partii (m.in. Platformy Obywatelskiej) odbyło się poprzez dobrowolny wybór społeczeństwa. Prawicowa partia została wybrana ze względu na wzrastającą potrzebę dokonania reform i zmian społecznych.
  2. Sugestie jakoby Jarosław Kaczyński pragnął wyjścia Polski z Unii Europejskiej są kłamliwe. W marcu 2017 r. prezesa PiS powiedział wyraźnie: „Oszustwem, manipulacją i nadużyciem jest sugerowanie, że chcemy wyprowadzać Polskę z Unii Europejskiej”. Podtrzymywanie tej tezy być może dobrze się sprzedaje, ale nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością.
  3. W odniesieniu do zaprezentowanego w materiale ARD Marszu Niepodległości i przedstawieniu go jako ilustracji potwierdzającej zmiany na gorsze, przypominamy że ten marsz odbywał się również za kadencji Platformy Obywatelskiej. Prawo i Sprawiedliwość nie jest Organizatorem tej patriotycznej manifestacji Polaków są środowiska narodowościowe, a nie partia Prawo i Sprawiedliwość. Marsz Niepodległości jest jednym z wielu sposobów na wyrażenie swojego przywiązania do Ojczyzny i nie może być pokazywany jako wyraz skrajności. Podobnie przywiązania przeciętnego Niemca do swojej ojczyzny nie można nazwać nacjonalizmem.
  4. Schlebia nam to, że Róża Thun europosłanka Platformy Obywatelskiej słynąca z obsesyjnych ataków na rząd polski, jest jedną z nielicznych osób, które nadal otwarcie krytykują obecną władzę. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z faktami, gdyż nie trzeba wielkiej znajomości polskiej polityki, by wiedzieć, iż krytyków jest dużo więcej i robią to otwarcie. Polska jako demokratyczny kraj daje takie możliwości, z czego wielu polityków i dziennikarzy korzysta, czego nie można niestety powiedzieć o Niemczech. Zapewniamy, że pani Róża Thun nie jest jedyną „odważną” osobą, która w Polsce dopuszcza się krytyki rządu. Może ona bez obaw robić w Polsce to, co w Państwa kraju niestety wymaga już prawdziwej odwagi.
  5. W reportażu słyszymy oskarżenia wobec reformy sądownictwa. Padają zarzuty o wymianę kadr, brak niezawisłości, próbę kontrolowania sędziów przez Prawo i Sprawiedliwość, zawłaszczenie przez Jarosława Kaczyńskiego. Odbiorca reportażu nie dowie się jednak dlaczego reforma była niezbędna. Program reformy sądownictwa to jeden w wyborczych postulatów Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku. W sondażach z 2017 r., wymiar sprawiedliwości w Polsce był źle oceniany przez połowę ankietowanych, a poparcie dla reformy wymiaru sprawiedliwości wyraziło ponad 80% respondentów. Wola Polaków do zmiany dotychczasowego funkcjonowania sądów, którego patologii po 1989 roku nikt nie próbował uzdrowić, to wystarczający powód w demokratycznym państwie, by podjąć próbę takiej zmiany.
  6. Doceniamy, że dziennikarka przyznaje, że Niemcy ponoszą odpowiedzialność za Holokaust, ale przypominanie w tym samym miejscu o „polskim antysemityzmie” i wydawaniu Żydów w ręce nazistów to próba zdjęcia z siebie odpowiedzialności za niektóre aspekty II wojny światowej. W świetle prawa międzynarodowego to okupant, a więc III Rzesza Niemiecka była odpowiedzialna za bezpieczeństwo na okupowanych ziemiach polskich. W czasie wojny, za pomoc Żydom obowiązywała kara śmierci. To miało dodatkowo poróżnić Polaków i Żydów, którzy nierzadko byli sąsiadami, a nawet rodziną. Przedwojenne państwo polskie nigdy nie popierało antysemityzmu i nie prowadziło polityki antysemickiej. Gdyby antysemickie postawy w przedwojennej Europie równały się Holokaustowi, wtedy niechybnie każde państwo tamtego okresu byłoby sprawcą Holokaustu. Jest jednak inaczej, to Niemcy są państwem odpowiedzialnym za Holokaust.
  7. Radzimy dobrze zapoznać się z treścią nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Ustawa nie zakazuje mówienia o zbrodniach pojedynczych Polaków popełnionych na Żydach w czasie II wojny światowej. Art. 55a ustawy brzmi: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat trzech”. Dlatego przypisywanie Polanom np. funkcjonowania niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych jest owym przypisywaniem, wbrew faktom, odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie. Naród, a pojedynczy zbrodniarze to dwie różne kwestie. Trudno sobie doprawdy wyobrazić jaskrawszy przypadek utraty kontaktu z rzeczywistością, rozsiewania nieprawdy i prymitywnej propagandy.

Na koniec chcielibyśmy odnieść się do „obaw”, które wyraziła europosłanka PO Róża Thun. Z jej wypowiedzi można wywnioskować, że Polska „dryfuje ku Rosji”, podczas gdy niemieckie próby osaczenia i podporządkowania sobie Europy we współpracy z prezydentem Putinem dla pani europosłanki oczywiście “dryfowaniem w stronę Rosji” nie są. Oderwanie od rzeczywistości zaprezentowane przez posłankę i oskarżanie Polski o istnienie dyktatury nie jest zgodne z prawdą.

Materiał telewizji ARD jest jednostronny, podobnie jak występujący w nim bohaterowie. Dokument przedstawia stanowisko osób, które przegrały wybory parlamentarne w 2015 r. i nie mogą pogodzić się z brakiem przywilejów i odwrotem od postaw prezentowanych przez środowiska LGTB. A powrót do wartości tradycyjnych i patriotycznych uważają za „powrót do średniowiecza”.

List w języku niemieckim

Sąd Apelacyjny potwierdza: Newsweek.pl musi sprostować nieprawdziwe informacje o rzekomych „polskich obozach koncentracyjnych”

Maj 25, 2018

Wczoraj w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie zapadł prawomocny wyrok przeciwko Redaktorowi Naczelnemu Newsweek.pl. Portal ma sprostować artykuł o tzw. „polskich obozach koncentracyjnych”, który powstał przy okazji promocji książki „Mała zbrodnia” Marka Łuszczyny.

Artykuł pt. Po wyzwoleniu nazistowskich obozów Polacy ponownie je otworzyli? „Mała zbrodnia” Marka Łuszczyny, opublikowany został 17 stycznia 2017 r w wersji internetowej czasopisma, tj. na portalu newsweek.pl pod adresem: http://www.newsweek.pl/wiedza/historia/-mala-zbrodnia-polskie-obozy-koncentracyjne-ksiazka-marka-luszczyny,artykuly,403834,1.html

Tekst dotyczył książki opowiadającej o komunistycznych obozach pracy założonych po II wojnie światowej na terenie Polski przez Sowietów, twierdząc że są one dowodem na to, że jednak istniały „polskie obozy”. W odniesieniu do tych komunistycznych miejsc kaźni i męczeństwa, często znajdujących się na terenach byłych  obozów niemieckich, zarówno w cytowanej książce, jak i w samym tekście Newsweeka użyto (wielokrotnie) terminu „polskie obozy koncentracyjne”. Z kolei w odniesieniu do niemieckich obozów koncentracyjnych posługiwano się skrótem nazistowski obóz koncentracyjny.

O sprostowanie informacji w tym tekście  prasowym,  na drodze sądowej wnioskował ówczesny prezes Reduty Dobrego Imienia i jeden z fundatorów – Maciej Świrski.

Sąd I instancji uwzględnił jego roszczenie i nakazał publikację sprostowania. Redaktor Naczelny Newsweek.pl wniósł o oddalenie powództwa w całości. Sąd Apelacyjny na posiedzeniu 24.05.2018 r. orzeczenie to jednak utrzymał w mocy. Tym samym wyrok stał się prawomocny i Newsweek.pl musi opublikować sprostowanie.

Wobec takiego orzeczenia sądu, każdy Polak, którego dotyka nieprawdziwa publikacja prasowa o tzw. „polskich obozach koncentracyjnych”, szczególnie funkcjonujących po 1945 r.  ma prawo żądać jej sprostowania.

– Dla RDI ma to ogromne znaczenie, ponieważ od lat podejmujemy walkę o prawdę historyczną. Tym razem nawet Sąd Apelacyjny podzielił naszą argumentację. Tym wyrokiem sąd uznał, że manipulacja językowa i historyczna o rzekomych polskich obozach koncentracyjnych może byś skutecznie prostowana na drodze sądowej. Jest to wielki sukces na drodze walki o prawdę historyczną i niewątpliwie będziemy z tego wyroku korzystać przy innych, tego typu procesach – podkreśla Mira Wszelaka, prezes Reduty Dobrego Imienia.

Jest to pierwszy – i jak dotąd – jedyny wyrok Sądu Apelacyjnego, który otwiera nową drogę w sprawach sądowych z mediami, które posługują się tym fałszywym i krzywdzącym nas, Polaków skrótem myślowym.

– W moim przekonaniu była to jak dotąd najtrudniejsza sprawa z zakresu prawa prasowego, ponieważ musieliśmy przekonać sąd, że takie nieprawdziwe sformułowanie w odniesieniu do obozu może dotknąć  każdego Polaka i każdy Polak, jako osoba zainteresowana, może prostować nieprawdę w mediach. Niewątpliwie jest to wyrok o charakterze precedensowym, dotychczas niespotykany w orzecznictwie a nawet w doktrynie, stąd jako pionierzy musieliśmy użyć szeregu argumentów, które szczęśliwie zostały podzielone przez sąd – podkreśla Monika Brzozowska – Pasieka, reprezentująca fundatora Reduty Dobrego Imienia.

O sprawie pisaliśmy już wcześniej:

Playgroundmag.net – podejmujemy dalszą interwencję

Maj 24, 2018

Hiszpański portal Playgroundmag.net w dwóch artykułach zamieścił fałszywe i szkalujące dobre imię naszego państwa określenie „polski obóz koncentracyjny”. Redakcja Playgroundmag.net nie poprawiła sformułowań, a co więcej, odniosła się do akcji wysyłkowej, w której udział wzięli nasi wolontariusze i sympatycy. W artykule dostępnym pod linkiem: https://www.playgroundmag.net/now/Clases-de-historia-revisada-por-la-Liga-del-Ultranacionalismo-polaco_29538404.html autorka tekstu, Margaryta Yakovenko, opisała masową wysyłkę mailową, jaka napłynęła do redakcji. W artykule zostaliśmy jako Reduta i jej sympatycy, określeni mianem „polskich ultranacjonalistów”. Według autorki tekstu do redakcji spływało co godzinę 300 maili, a w ciągu 12 godzin daje to liczbę około 3600 wiadomości. Tym bardziej dziękujemy za zaangażowanie.

Niestety, redakcja Playgroundmag.net nie kwapi się do zmiany słów o „polskich obozach koncentracyjnych”, przechodząc w swym artykule do porządku dziennego nad tą kwestią. Najważniejszym problemem dla Hiszpanów jest sprawa ustawy o IPN, która miała rzekomo być głównym powodem, dla którego masowa wysyłka mailowa została wysłana. Przypominamy, iż Reduta od dawna takie masowe wysyłki mailowe wysyła, a ich efektem najczęściej jest przyznanie się zagranicznych redakcji do błędu. Uciekając przed odpowiedzią na pytanie o to, czy Playgroundmag.net rzeczywiście dopuścił się kłamstwa pisząc o „polskich obozach koncentracyjnych”, Margaryta Yakovenko odwołuje się do karkołomnego argumentu. Z tekstu można wywnioskować, że fakt nieistnienia „polskich obozów” to tylko kwestia wersji historii pisanej przez „ultraprawicową partię Prawo i Sprawiedliwość”. Dla Hiszpanów fakty historyczne nie istnieją, a opublikowany tekst to przykład nagonki nie tylko na Redutę Dobrego Imienia, nie tylko na polski rząd, ale i na Państwa, którzy jako „poplecznicy” Reduty i „ultranacjonaliści” pomogliście nam w walce o prawdę historyczną.

Poniżej treść omawianego artykułu w tłumaczeniu roboczym na język polski:

PlayGround to teraz nowy cel polskich ultranacjonalistów. Kilka tygodni temu, otrzymaliśmy serię emaili, w których oskarżano nas o publikację „oszczerczych treści”. Krytykowały one użycie terminu „polski obóz koncentracyjny” w tych dwóch artykułach (este artículo y en este), na określenie Auschwitz, jednego z najgorszych obozów zagłady kiedykolwiek stworzonych przez człowieka.

Nadawcą emaili była RDI, lobbysta nacisku ultranacjonalistycznego, która nas informowała, że poprawnym sposobem określania obozów ludobójstwa jest “niemieckie obozy w okupowanej Polsce” [etc.]

Zmiany, których żąda Liga są skutkiem polemicznej ustawy, która rewiduje Holokaust i została niedawno przyjęta przez rządzącą partię Prawo i Sprawiedliwość. Ustawa nakłada karę do trzech lat więzienia dla każdego, kto użyle zwrotu „polski obóz koncentracyjny”.

Ostro skrytykowana przez Izrael, USA i Unię Europejską, ustawa ma za jedyny cel zrewidowania antysemickiej przeszłości Polski, która, na nieszczęście RDI, dotyczy nie tylko nazistowskiej okupacji. Są polskie ślady [Hay rastros de antisemitismo] w kontrolach żydowskich gett, w ulicznych nagonkach w cieniu SS, w szmalcownikach, którzy w zamian za pieniądze dawali żydom uciekać. Są ślady, zwłaszcza w pogromie setek żydów w Jedwabnem w 1941, w Kielcach, w pogromach w latach 1944-1947. To zbrodnie, w których nie ma śladów nazistów.

Właśnie pogrom w Jedwabnem, gdy 10 lipca 1941 połowa mieszkańców miejscowości zamknęła drugą połowę i spaliła w stodole (szacuje się, że zginęło od 300 do 1600 osób), to jeden ze śladów antysemityzmu, który Liga próbuje wymazać nie tylki z polskich podręczników historii, ale również ze zbiorowego obrazu. Argentyński dziennik Pagina 12 został wezwany do usunięcia artykułu „Znajome twarze”, w którym psycholog Federico Pavlovsky opowiadał o masakrze, ponieważ użyto w nim zdjęcia, które nie odpowiadało treści. Pagina 12 została oskarżona o wporwadzanie czytelników w błąd co do „tezy o polskim antysemityźmie”. Jako że dziennik odmówił usunięcia artykułu, Liga złożyła przeciw niemu pozew w warszawskim sądzie okręgowym, powołując się na art. 55 Ustawy o IPN, który od 2018 uznaje „przypisywanie narodowi lub Państwu polskiemu zbrodni nazistowskich”za wykroczenie.

Liga podjęła kroki prawne również przeciw El Pais, Le Parisienne, czy BBC. Równocześnie, polscy ultranacjonaliści wszczęli kampanię nienawiści przeciw samemu muzeum w Auschwitz, które zostało posądzone o „fałszywe wiadomości, nienawiść i zniesławienie”. Wszystkich oskarża się o zniesławienie za powiązanie Polski z antysemityzmem, nazistami i śmiercią żydów.

My, jak dotąd, nie otrzymaliśmy żadnego formalnego pozwu. Dostaliśmy za to kampanię nękania ze strony Ligi i setek polskich ultranacjonalistów. Nasze artykuły dostają komentarze, które próbują uczyć historii, podkreślając, że wszystkie obozy śmierci były nazistowskie. Oskarżają nas o powielanie kłamstw i żądają od nas poszanowania prawdy, ale jedynie prawdy ultraprawicowej partii Prawo i Sprawiedliwość.

W ten poniedziałek staliśmy się ofiarą kampanii masowego wysyłania maili. Gradobicie trwało ponad 12 godzin i otrzymywaliśmy ok. 300 emaili na godzinę. Żądano w nich, byśmy ocenzurowali artykuły zawierające sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. To kampania spamowania zorganizowana bezpośrednio przez Ligę, która wszystkich swoich popleczników prosiła o bombardowanie naszych dziennikarzy.

Na szczęście mediów międzynarodowych, pisanie, że Polska była wspólnikiem nazistowskiego Holokaustu jest, póki co, wykroczeniem tylko w Polsce. Na nieszczęście Polaków, kampanie nienawiści i pisania historii na nowo są dopuszczone przez jej własne prawo”.

W związku z tym podjęliśmy dalsze kroki. Wysłaliśmy list do Ambasadora w Madrycie z prośbą o interwencję, list do Stowarzyszenia Dziennikarzy Hiszpańskich w Madrycie oraz do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Korespondencja ta dostępna jest w języku polskim i angielskim na naszej stronie internetowej.

Będziemy informować o postępach w sprawie.

Analiza kina historycznego – produkcje z 2018 r.

Maj 23, 2018

Polityka historyczna jest jednym z kluczowych elementów tzw. soft power, czyli „miękkiej siły”. Pod tym pojęciem rozumie się zdolność danego kraju do zdobywania wpływów, wynikającą z atrakcyjności własnej kultury, historii i wyznawanych ideałów politycznych. We współczesnych czasach jednym z najskuteczniejszych narzędzi opowiadania o własnej historii i kształtowania wizerunku jest kino. Długoletnie zaniedbania polskiego państwa w tej dziedzinie sprawiły, że prawda na temat naszej historii nie jest powszechnie znana, a zniekształcenia i kłamstwa znajdują akceptację wśród światowej opinii publicznej. W ostatnim czasie podejmowane są próby odwrócenia tego trendu. Należy mieć jednak świadomość, że sukces nie nadejdzie szybko i nie osiągnie się go jednym najlepszym nawet filmem. Musi to być raczej ciągły wysiłek wielu środowisk wspieranych przez instytucje państwowe. Realizowane produkcje filmowe nie przebiją się, jeśli ich poziom scenariuszowy, aktorski i techniczny odstawać będzie od zachodniej  (i wschodniej) konkurencji. Aktualnie na ekranach kin znajduje się kilka filmów o tematyce historycznej, które silnie oddziałują na widzów i pośrednio przekładają się na odbiór aktualnej sytuacji politycznej.

Katyń po angielsku

11 maja swoją premierę miał film Piotra Szkopiaka „Katyń – ostatni świadek”. Urodzony w Wielkiej Brytanii reżyser pragnął przybliżyć niewygodny dla Anglików fakt ukrywania przed własną opinią publiczną prawdy o sprawcach katyńskiego mordu. Kanwą osadzonego w 1947 roku filmu jest dziennikarskie śledztwo prowadzone w Bristolu przez  dziennikarza Stephena Underwooda. Młody Anglik (przekonywująco zagrany przez popularnego wśród młodych widzów Alex’a Pettyfera) stara się rozwikłać  zagadkę serii samobójstw popełnianych przez polskich żołnierzy. Po wygranej wojnie nastroje społeczne uległy zmianie – nikomu niepotrzebnych już weteranów brytyjskie władze najchętniej odesłałyby do komunistycznej Polski.

W toku zbierania materiałów Underwood natrafia na ukrywającego się wśród polskich żołnierzy rosyjskiego chłopa Iwana Kriwoziercewa – tytułowego ostatniego świadka katyńskiej zbrodni. Na trop Kriwoziercewa wpada też brytyjski wywiad, który ze wszystkich sił próbuje nie dopuścić do ujawnienia prawdy o Katyniu. Grany przez Roberta Więckiewicza Kriwoziercew jest postacią autentyczną, uciekł przed Armią Czerwoną i znalazł schronienie w II Korpusie. W 1947 roku znaleziono go powieszonego na drzewie. Piotr Szkopiak w swoim filmie wyraźnie stawia tezę, że za jego śmiercią stało infiltrujące brytyjskie służby NKWD. Warto pamiętać, że w tym czasie swoje tryumfy święcił sowiecki agent Kim Philby.

Lekcja historii

Sprawnie zrealizowany „Katyń ostatni świadek” jest filmem na wskroś brytyjskim i skierowanym do tamtejszego widza. Reżyserowi już na samym początku ustami Underwooda udaje się streścić sytuację polskich żołnierzy w powojennej Anglii i przedstawić kontekst polityczny, tak aby stał się on zrozumiały dla widzów nie obeznanych z polską historią. W kilku wyrazistych scenach oddaje narastającą niechęć brytyjskiego społeczeństwa do polskich weteranów. Początki produkcji nie były łatwe. W wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” reżyser przytacza pytanie jednej z brytyjskich producentek na temat ilości osób zabitych w Katyniu. Gdy odpowiedział, że 22 tys. usłyszał: „Tylko? Żydów wymordowano miliony, to czym jest wobec tego parę tysięcy?”.

Mimo tych trudności udało się pozyskać do współpracy sławnego Michaela Gambona, który wciela się w redaktora naczelnego lokalnej gazety i ulega naciskom służb. Piotr Szkopiak obnaża hipokryzję brytyjskiego społeczeństwa, niechęć do polskich weteranów i zagłuszanie prawdy o komunistycznych zbrodniach. W odróżnieniu od „Katynia” Andrzeja Wajdy, który skierowany był raczej do polskiej widowni, Szkopiak pragnie dotrzeć do brytyjskiego społeczeństwa. Reżyser zna Anglię od podszewki – tam się bowiem urodził i wychował. Film przy wszystkich swoich walorach i realnym oddaniu powojennej rzeczywistości wydaje się dość chłodny i stonowany. Z drugiej strony angielsko-polski „Katyń – ostatni świadek” wchodzi do kin w zmienionej sytuacji politycznej. Putinowska Rosja jest na cenzurowanym. Po śmierci Aleksandra Litwinienki i ataku chemicznym na Siergieja Skripala widok mówiącego po rosyjsku brytyjskiego zabójcy nabiera dodatkowych konotacji.

Gwałtowne pogorszenie relacji USA i Wielkiej Brytanii z Rosją otwiera drogę dla koprodukcji osadzonych w czasach zimnej wojny lub nawet współczesnych fabuł obrazujących zmagania wywiadów, w których Polska jest po „dobrej” stronie. Przed zajęciem Krymu w 2014 roku również w Hollywood panował politycznie poprawny reset, a tego rodzaju tematyka nie była w modzie.

Bunt w Sobiborze

Równolegle z „Katyniem – ostatnim świadkiem” wszedł do kin „Sobibór” będący rosyjsko-litewsko-niemiecko koprodukcją, w której występują również polscy aktorzy. Film Konstantina Chabienskiego opowiada prawdziwą historię zbrojnego buntu i jedynej w historii II Wojny Światowej masowej ucieczki więźniów z hitlerowskiego obozu zagłady. Sobibór funkcjonował od maja 1942 roku do października 1943 roku przy stacji kolejowej Sobibór na linii Chełm – Włodawa. W obozie prowadzono eksterminację ludności żydowskiej. Niemcy kierowali do niego transporty z gett i obozów pracy w okupowanej Polsce, przede wszystkim z dystryktu lubelskiego. W Sobiborze mordowani byli Żydzi austriaccy, czescy, francuscy, holenderscy, niemieccy, słowaccy i sowieccy. Łączną liczbę ofiar szacuje się na 150-250 tys.

Reżyser, a jednocześnie znany aktor Konstantin Chabienski, sam wciela się w przywódcę  buntu – sowieckiego porucznika Aleksandra „Saszę” Pieczerskiego, który 23 września 1943 roku wraz z grupą jeńców pochodzenia żydowskiego trafia do Sobiboru i niebawem staje na czele grupy przygotowującej masową ucieczkę. Ukazany przez Chabienskiego niemiecki obóz to piekło na ziemi. Już pierwsze sceny uderzają widza okrutnym realizmem. Witani przez obozową orkiestrę holenderscy Żydzi zostają poddani selekcji – kilku mężczyzn trafi do komanda roboczego. Kobietom najpierw obetną włosy, a później zagazują je w komorach gazowych. Ostatnia rzeczą jaką zobaczą będzie trupia twarz komendanta obozu Karla Frenzela (Christopher Lambert) w przeszklonym okienku. Dla wszystkich więźniów Sobibór jest tylko odroczonym wyrokiem śmierci. Esesmani to chciwi sadyści czerpiący przyjemność z torturowania i poniżania więźniów. Jedni ćwiczą na więźniach celność strzałów, inni katują pejczem. Scena, w której esesmani urządzają sobie nocne wyścigi zaprzęgów, a okładanych batami więźniom przypada rola koni, mocno zapada w pamięć i staje się symbolem obozowego okrucieństwa.

Wielka ucieczka

Dysponujący wojskowym doświadczeniem Pieczerski staje się naturalnym przywódcą konspiracji i symbolem walki o godność w beznadziejnych okolicznościach. W dniu planowanej ucieczki powstańcom udaje się zwabić większość esesmanów do warsztatów i tam ich zabić. Chabienski świadomie ze szczegółami pokazuje brutalną śmierć esesmanów – czyniąc z niej akt zemsty i sprawiedliwości, a jednocześnie niebezpiecznie zbliżając się do granicy epatowania przemocą. Kulminacją filmu jest oczywiście walka z załogą obozu i masowa ucieczka więźniów. Spośród blisko 600 osadzonych około 300 przedostanie się za bramę obozową. Zdziesiątkują ich miny i serie z wież strażniczych, zanim dotrą do pobliskich lasów. Wojnę przeżyje czterdziestu sześciu uciekinierów. Sam Pieczerski trafi do batalionu karnego Armii Czerwonej i do końca życia nie zostanie uhonorowany za swój czyn.

Komendant obozu Karl Frenzel, który w powojennych procesach w Niemczech Zachodnich uznany został winnym zamordowania dziewięciu osób i współudziału w zamordowaniu 150 tys., usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Po odsiedzeniu 15 lat został jednak zwolniony i w domu spokojnej starości pod Hanowerem dożył do 1996 roku.

Zachodnie standardy i wschodnie intencje

Siłą filmu jest nie tylko realizm, z jakim przedstawiono tragiczne losy więźniów, ale także budowane wedle wszelkich kanonów kina zachodniego napięcie. Pod względem technicznym (praca kamery, choreografia, montaż) film nie ustępuje amerykańskim produkcjom, a między innymi dzięki wykorzystaniu oryginalnych języków przebija je autentycznością – w tym również brytyjsko-jugosłowiańską „Ucieczkę z Sobiboru”  (1987 r.). Przekonująca kreacja aktorska Chabienskiego (wcześniej wystąpił w 62 filmach, zagrał m.in. Kołczaka w „Admirale”) kontrastuje z wypadającym poniżej oczekiwań Christopherem Lambertem.

„Stworzyliśmy wzruszający film, o ludziach, którzy przeszli piekło i cudem uniknęli śmierci” – powiedział reżyser Konstantin Chabienski na spotkaniu z dziennikarzami. I trudno się z nim nie zgodzić. Niepotrzebne wydają się pojawiające się w niektórych konserwatywnych mediach uwagi o rosyjskim patosie i sowieckich naleciałościach – film przypomina o niemieckich zbrodniach i braku adekwatnej kary.

Odrębną kwestią jest fakt, że akurat teraz tego rodzaju film (niezależnie od intencji i motywów reżysera) poprawia aktualnie fatalny wizerunek Rosji i wpisuje się w tezę o rosyjsko-izraelskim zbliżeniu. W odczuciu wielu Żydów to Armia Czerwona niosła wyzwolenie, a przynajmniej wybawienie od śmierci. Obecność premiera Izraela Benjamina Netanjahu podczas tegorocznej Parady Zwycięstwa w Moskwie zdaje się to potwierdzać. To, że komunistyczna Rosja zniewalała całe narody i przez dziesięciolecia mordowała miliony niewinnych ludzi, nie pasuje do tego schematu. Co więcej, w obliczu bezmiaru zbrodni Holocaustu cierpienia innych narodów mogą wydawać się w Izraelu mniej ważne i rodzić pokusę relatywizacji. W kontekście doznanych cierpień, rodzić się może także tendencja do zwalczania wszelkich zagrożeń ze zdwojoną siłą. Traumatyzowana od lat przez kino historia Zagłady utwierdza szczególnie zachodniego widza w przekonaniu o jej absolutnej wyjątkowości, co w połączeniu z brakiem podobnych filmów poświęconych cierpieniom innych narodów i ograniczonej wiedzy historycznej zawęża obraz niemieckich zbrodni dokonanych podczas II Wojny Światowej.

Polscy bohaterowie

Indywidualne bohaterstwo w obliczu zagrożenia życia jest tematem wręcz archetypicznym i jednym z najbardziej nośnych motywów filmowych. Losy rotmistrza Pileckiego są materiałem na kilka produkcji kinowych. Podobnych postaci znajdziemy w naszej  historii wiele. Filmy, które o nich powstaną, nie mogą jednak odbiegać standardem (scenariusz, montaż, efekty) od produkcji światowych, inaczej łatwo jest zmarnować potencjał. Do tematów mówiących o polskim bohaterstwie i ukazujących szerszy kontekst historyczny bez wątpienia należy kampania wrześniowa, Dywizjon 303, Powstanie Warszawskie i mająca chyba największy potencjał międzynarodowy bitwa o Monte Cassino. Duża międzynarodowa koprodukcja z amerykańskim udziałem opowiadająca o walkach aliantów we Włoszech mogłaby osiągnąć konieczny rozmach i zapewnić sukces komercyjny.

Nie zapomnijmy, że jednym z najlepiej zagranych polskich generałów był gen. bryg. Stanisław Sosabowski, w którego wcielił się Gene Hackman w wojennym klasyku „O jeden most za daleko” (1977). Losy generała Sosabowskiego mogłyby posłużyć za scenariusz osobnego dramatu biograficznego – niestety byłby to gorzki film, szczególnie jeśli chodzi o odebranie mu dowództwa 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej i spędzone w Anglii lata powojenne.

Należy mieć przy tym świadomość, że przemysł filmowy jest obszarem bardzo ryzykownym i posiadanie know-how nie jest tylko pochodną zaangażowanych środków. Szczególnie kino historyczne wymaga sporych nakładów, a przyzwyczajony do wysokobudżetowych produkcji widz szybko wyłapuje wszystkie błędy techniczne. Wydaje się, że kwotę graniczną, od której można realizować widowiskowe filmy historyczne stanowi 25 milionów złotych, co na warunki zachodnie jest kwotą skromną. Kosztująca 27 milionów złotych „Bitwa Warszawska” pomimo dobrych zdjęć Sławomira Idziaka, zaangażowania 3,5 tys. statystów i zasadniczo udanych, finalnych scen batalistycznych nie spełniła pokładanych oczekiwań. Główną przyczyną negatywnych ocen filmu był niestety słaby scenariusz oraz rozbijające napięcie wątki kabaretowe.

Tańsze o 2 miliony złotych, opowiadające o Powstaniu Warszawskim „Miasto 44” z 2014 r. było obok wstrząsającego „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego jedynym polski filmem po 1989 roku, który z rozmachem opowiadał o II Wojnie Światowej. Obraz Jana Komasy charakteryzował się nowoczesnym montażem i sprawnym zastosowaniem efektów specjalnych. Film został pozytywnie odebrany szczególnie przez młodszych widzów i na fali sukcesu serialowego „Czasu Honoru” rozbudził zainteresowanie Powstaniem Warszawskim. Premiera odbyła się na Stadionie Narodowym przed 15 tysięczną widownią, a film – w bezkompromisowy sposób ukazujący niemieckie zbrodnie – został w 2015 pokazany w niemieckiej telewizji publicznej ZDF w dobrym czasie antenowym. „Miasto 44” oglądało milion widzów, co jest liczbą niemałą zważywszy na tak „niewygodny” temat. Dla porównania kryminał Tatort na ARD zobaczyło w tym czasie 6 milionów widzów.

Lotnicze premiery

W tym roku oczekiwane są premiery dwóch filmów poświęconych zmaganiom polskich pilotów podczas Bitwy o Anglię. W wyczekiwanym „Dywizjonie  303” w reżyserii Wiesława Saniewskiego i Denisa Delicia wystąpią znani polscy aktorzy. W postać polskiego asa myśliwskiego Jana Zumbacha wcieli się Maciej Zakońscielny, a Piotr Adamczyk zagra Witolda Urbanowicza – dowódcę Dywizjonu 303. Natomiast już we wrześniu do kin w Wielkiej Brytanii trafi anglojęzyczna produkcja „Hurricane: Squadron 303” ( „303. Bitwa o Anglię”) w reżyserii Davida Blaira. W filmie zagra  również Marcin Dorociński.

Kluczowe znaczenie dla powodzenia obu produkcji będzie miała jakość zdjęć lotniczych i komputerowych efektów specjalnych. Realizacja wspartych efektami pirotechnicznymi zbiorowych scen batalistycznych na wysokim poziomie stanowi główny element kosztów każdego filmu wojennego. Koszt wypożyczenia realnych samolotów, np. Spitfire’a, jest niebotyczny: na zachodzie może on dochodzić do 10 tys. dolarów za godzinę.  W filmach lotniczych choreografia walk powietrznych stanowi dodatkowe wyzwanie, szczególnie że młodzi widzowie „znają” tematykę z realistycznych symulacji komputerowych i wysoko stawiają poprzeczkę swoich oczekiwań. Można mieć nadzieje, że obie produkcje nie będą odbiegały poziomem od „Ciemnoniebieskiego świata” Jana Svěráka. Zrealizowany w 2001 roku za 8 milionów dolarów film był czesko-niemiecko-brytyjską koprodukcją i skutecznie sławił czeskich lotników podczas Bitwy o Anglię. Do dziś uważany jest za jeden z lepszych filmów lotniczych i stanowi dowód ambitnej polityki historycznej, którą warto naśladować.

Pozwy przeciwko Guyowi Verhofstadtowi ostatecznie oddalone

Maj 10, 2018

Sąd Apelacyjny w Warszawie na posiedzeniu niejawnym 17 kwietnia oddalił nasze zażalenie w sprawie pozwów przeciwko Gayowi Verhofstadtowi, który w listopadzie 2017 r. w trakcie posiedzenia Parlamentu Europejskiego stwierdził, że „w sobotę 60 tysięcy faszystów przemaszerowało ulicami Warszawy. Neonazistów. Białych suprematystów.”

Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję Sądu Okręgowego, że pozwanego chroni immunitet sądowy, a Guy Verhofstadt wypowiadał się w czasie i w ramach wykonywania obowiązków służbowych. W uzasadnieniu napisano, że w myśl art. 8 Protokołu o przywilejach i immunitetach w Unii Europejskiej, wypowiedź europarlamentarzysty stanowi opinię. Artykuł 8 potwierdza też wolność wypowiedzi, która jest jedną z fundamentalnych zasad pluralistycznego i demokratycznego społeczeństwa. Sąd Apelacyjny dodał także, że pojęcie opinii w rozumieniu protokołu należy rozumieć szeroko, jako obejmujące wypowiedzi lub oświadczenia, które ze względu na swoja treść odpowiadają twierdzeniom stanowiącym subiektywne oceny.

Decyzja Sądu Apelacyjnego zamyka nam drogę dalszego postępowania w tej sprawie. Dziękujemy jednocześnie wszystkim, którzy złożyli indywidualne pozwy przeciwko belgijskiemu europarlamentarzyście.

Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił wniosek Reduty Dobrego Imienia w sprawie portalu Pagina12

Kwiecień 30, 2018

Sąd Okręgowy w Warszawie wydział spraw cywilnych decyzją z dnia 9 kwietnia 2018 r. na posiedzeniu niejawnym oddalił pozew Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom przeciwko Editorial La Pagina S.A. z siedzibą w Buenos Aires. W uzasadnieniu Sąd powołał się m.in. na brak jurysdykcji krajowej. Rzeczpospolita Polska nie jest związana z Republiką Argentyńska bilateralną umową międzynarodową ani traktatem wielostronnym. Nie obowiązują także przepisy Unii Europejskiej. A zatem normy wynikające z przepisów kodeksu postępowania cywilnego lub zawartych umów międzynarodowych nie przyznają sądom polskim kompetencji do rozpoznania sprawy.

Przypomnijmy przebieg wydarzeń.

18 grudnia argentyński portal Pagina12 opublikował artykuł pt. „Znajome twarze” (hiszp.: „Rostros familiares”) autorstwa Federico Pavlovskiego dotyczący zbrodni w Jedwabnem (wydarzenia miały miejsce w 1941 r). Tekst został zilustrowany pośmiertnym zdjęciem przedstawiającym Żołnierzy Wyklętych zamordowanych przez Urząd Bezpieczeństwa w roku 1950. Fotografia przedstawia żołnierzy z oddziału Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” (patrol „Tygrysa”): Ildefonsa Żbikowskiego „Tygrys”, Józefa Niskiego „Brzoza”, Henryka Niedziałkowskiego „Huragan” i Władysława Bukowskiego „Zapora”.

Po opublikowaniu artykułu, dwukrotną bezskuteczną interwencję dotyczącą zmiany zdjęcia podjął Ambasador RP w Buenos Aires Marcin Pernal oraz Polacy – za pośrednictwem mediów społecznościowych. Zdjęcie nie zostało usunięte.

W styczniu Sejm RP uchwalił nowelizację do ustawy o IPN, która w art. 53o pozwala organizacjom zajmującym się statutowo obroną dobrego imienia Polski na występowanie w sprawach sądowych z powództwem:  “powództwo o ochronę dobrego imienia Rzeczypospolitej Polskiej lub Narodu Polskiego może wytoczyć organizacja pozarządowa w zakresie swoich zadań statutowych”. 1 marca ustawa po podpisaniu przez Prezydenta RP uprawomocniła się i mimo skierowania jej do Trybunału Konstytucyjnego zaczęła obowiązywać.

2 marca Reduta Dobrego Imienia złożyła do Sądu Okręgowego w Warszawie pozew cywilny przeciwko Paginie12 domagając się przeprosin na łamach portalu:

„Przeprosiny wydawcy portalu Pagina12:

Wydawca portalu Pagina12 przeprasza za naruszenie dobrego imienia Naród Polski, a w szczególności wszystkich krewnych tych, którzy walcząc o niepodległość zostali zamordowani przez komunistycznego okupanta.

Wydawca oświadcza, że wyraża ubolewanie, iż zilustrował tekst o zbrodni na Żydach w Jedwabnem mającej miejsce w czasie okupacji niemieckiej zdjęciem zamordowanych polskich żołnierzy, którzy po II wojnie światowej walczyli z komunistycznym okupantem.

Jednocześnie wydawca oświadcza, że na zdjęciu ilustrującym tekst do artykułu z dnia 18.12.2017r. pt. „Znajome twarze” (hiszp.:„Rostros familiares”) przedstawieni są zamordowani polscy żołnierze, którzy po zakończeniu II wojny światowej podjęli heroiczny, samotny opór przeciw sowietyzacji Polski i na skutek tej nierównej walki, ponieśli śmierć.”

Pozew wzbudził wiele nieporozumień w Polsce, Argentynie i na świecie. Wiązany był tylko z nowelizacją ustawy o IPN i sankcjami karnymi za używanie sformułowań „polski obóz koncentracyjny”. Mimo oświadczenia RDI wyjaśniającego okoliczności wstąpienia na drogę sądową, RDI zostało oskarżone o atak na wolność słowa i korzystanie z ustawy, która jakoby nie obowiązywała. A nasze działanie, mimo że dotyczy fałszywego zestawienia tekstu i fotografii, zostało wykorzystane w politycznych zawirowaniach między Polska a Izraelem.

Tymczasem w Argentynie, mimo że redakcja Pagina12 nie otrzymała treści pozwu, wybuchła panika, większość mediów wyraziło solidarność z portalem, dodatkowo powielając na swoich stronach artykuł Pavlowskiego wraz z błędnym zdjęciem. Informowali, że sprzeciwiają się atakom na wolność słowa i sankcjom karnym. W podobnym duchu wypowiedziało się także Asociación De Entidades Periodísticas Argentinas (ADEPA), która jest odpowiednikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i El Sindicato de Prensa Rosario.

RDI nie odnosiło się do treści artykułu, więc pozew nie miał żadnego związku z cenzurą i wolnością słowa. Wytknęliśmy Paginie12 powielanie fałszywych zmanipulowanych i błędnych informacji, co zaprzecza podstawowym standardom dziennikarskim, które mówią o podawaniu rzetelnych, sprawdzonych informacji. Reduta wystosowała obszerny list do Asociación De Entidades Periodísticas Argentinas wyjaśniając sytuację i wzywając do zwrócenia uwagi dziennikarzom i mediom w Argentynie na podstawowe zasady etyki dziennikarskiej. Pismo pozostało bez odpowiedzi.

Pod koniec marca skontaktowały się z nami rodziny osób z patrolu Tygrysa. To ich najbliżsi znajdują się na zdjęciu użytym przez portal Pagina12. Siostrzenice pomordowanych, w oficjalnej korespondencji, podziękowały nam za wszelkie działania podjęte w obronie dobrego imienia zamordowanych żołnierzy, udzieliły nam wszelkiego wsparcia i zapewniły o udzieleniu potrzebnej pomocy w trakcie procesu.

Rodziny pomordowanych były gotowe zeznawać w procesie, ale nie będą dochodzić indywidualnie swoich praw na drodze sądowej.

Reduta Dobrego Imienia nie będzie składać zażalenia na postanowienie sądu.