Adaś. Świąteczne opowiadanie

– …Adasiu… Adasiu… ! – Dotarł po chwili do jego świadomości głos mamy.
– Adasiu, prosiłam, byś nie odchodził ode mnie. Nie mamy czasu teraz na oglądanie wystaw i zabawek. Widzisz, że tyle ludzi i możesz mi się zgubić w tym tłumie.
To mówiąc mama Adasia postawiła na ziemi obok niego kolorowe pakunki i zajęła się poprawianiem jego czapki i szalika, jak mamy to zwykle robią, choć nie wiadomo, czy było to akurat konieczne. W każdym razie Adaś nie był o tym przekonany, ale teraz nie zwracał uwagi na zabiegi mamy, bo myśli jego były zaabsorbowane mniej przyziemnymi sprawami. Wyczekał cierpliwie, aż mama zrobi z jego czapką i szalikiem co uważa i wskazując na witrynę i zabawkę, która przykuła jego uwagę, zapytał:
– A kiedy u nas spadnie śnieg?
Mama spojrzała na wyeksponowaną na witrynie sklepu dużą szklaną kulę, w środku której widać było mały, kolorowy domek i dwoje uśmiechniętych dzieci, które bawiły się wokół bałwanka, obrzucając się śnieżkami. Mechanizm zainstalowany w zabawce powodował, że od czasu do czasu wewnątrz kuli wzbijały się białe drobinki i opadały później wolno na domek, dzieci i bałwanka imitując padający śnieg.
– Kiedy, mamo? – przynaglił niecierpliwie malec.
– Już niedługo. W prasie pisali, że jeszcze przed Wigilią.
– Na pewno? Bo św. Mikołaj jeździ tylko saniami.
– Tak pisali na temat pogody w gazecie, więc pewnie tak będzie, a o św. Mikołaja nie musisz się martwić. On i bez śniegu sobie poradzi.
– Ale jak?
– Tego i ja nie wiem. Jak się zjawi i go spotkasz, to możesz zapytać. A teraz idziemy, bo musimy zrobić jeszcze trochę zakupów i trzymaj się proszę przy mnie, nie oddalaj się, żebyś się znowu nie zgubił.
– Nie, nie zgubię się. – Zapewnił skwapliwie mały Adaś i poszedł z mamą wzdłuż gwarnej i rozświetlonej świątecznie promenady. Dreptał posłusznie obok swojej mamy. Wchodził z nią cierpliwie do różnych sklepów i równie cierpliwie czekał w kolejkach, gdy trzeba było. Wokół było gwarno i tłoczno. Czekając przed wejściem do jednego ze sklepów patrzył na płynący obok niego tłum ludzi. Jedni szli niespiesznie, spacerowali śmiejąc się i opowiadając sobie jakieś śmieszne pewnie historie, bo byli weseli i uśmiechnięci. Inni, dźwigając sprawunki, spieszyli w skupieniu dokądś. Adaś nie zwracał na nikogo uwagi, patrzył po prostu na migający przed jego oczami kolorowy tłum przechodniów. Patrzył przed siebie i słuchał, bo słyszał dobiegające do niego dźwięki kolędy granej na skrzypkach. Zasłuchany w głos skrzypiec zapomniał, że miał czekać, aż mama wyjdzie ze sklepu, i ruszył sam przed siebie, wiedziony muzyką. Idąc tak wsłuchany w dźwięki stające się coraz bardziej wyraźne, ujrzał drewnianą szopę, wewnątrz której jakiś chłopiec grał na skrzypcach. Adaś stanął przed wejściem, patrzył na grającego i słuchał w skupieniu, a z nieba zaczął sypać drobny, skrzący śnieg. Chłopiec zauważył wsłuchanego Adasia i uśmiechnął się do niego, a gdy skończył grać, zapytał czy chce posłuchać jeszcze innych kolęd i zaprosił go do środka, bo na zewnątrz wiatr począł sypać coraz gęstszym śniegiem. Adasia ucieszyło to zaprszenie. W rogu szopy była spora sterta siana. Usiadł tam wygodnie, a skrzypek uśmiechając się do niego serdecznie, zaczął grać dla niego drugą kolędę – „Lulajże, Jezuniu”. Adaś nie słyszał tu gwaru ulicznego ani wiatru, który między straganami zaczął wyczyniać harce z płatkami śniegu. Słuchał kolędy, którą znał dobrze, bo jego mama często mu ją śpiewała. Wydało mu się też, że to nie skrzypce grają, a mamusia mu śpiewa tę kołysankę, powtarzając przy tym czule jego imię. Wyszeptał jak przez sen: – mama… – i rzeczywiście usłyszał już głośne wołanie swojej mamy … Adasiu…, a jakieś dziwne światło go oślepiło.
– Tu jest, znaleźliśmy go. Jest w tej szopie. – Powiedział jakiś mężczyzna w uniformie. I teraz Adaś usłyszał swoją mamę.
– Och Adaś, Adaś… – Mama była już przy nim i go przytulała mocno.
– Całe szczęście, że zguba się w końcu znalazła. – Powiedziała jakaś pani ubrana podobnie jak ten pan, który oślepił go świecąc latarką, a teraz się odezwał: – w tym sianie miał ciepło, przytulnie i widać smacznie przysnął. Na pewno nie zmarzł. A pani dodała, że tak zawsze jest z mężczyznami na zakupach.
Mama rozmawiała jeszcze chwilę z tymi dziwnymi ludźmi, a on stał przy niej trzymając ją za rękę. Ci dwoje w końcu sobie poszli. Mama wykorzystała to, by znowu zrobić porządek z jego czapką i szalikiem. W tym czasie Adaś opowiedział mamie o chłopcu, co tu grał tak ładnie kolędy na skrzypcach i o tej kolędzie, którą ona mu zawsze śpiewa. Mama już uspokojona, zaczęła zbierać sprawunki, których sporo było, by mogli wracać do domu, bo pora późna i sklepy były też już zamknięte.
– Mama, mama popatrz! Tam jest, przyjechał… – i zanim mama Adasia zorientowała się o co chodzi, synek zniknął jej z oczu. Zawołała za nim jszcze … Adasiu …, ale zimny wiatr ze śniegiem zdławił jej krzyk. Pobiegła za synem w ciemny zaułek ulicy pochylając się do przodu by przeciwstawić się silnym podmuchom wiatru i pędzącym z nim drobnym, iskrzącym płatkom śniegu, które wypełniły mrok nocy. Przestraszyła się, że Adaś znowu zagubi się między zabudowaniami sklepowymi i kramami świątecznymi, bo zniknął jej nagle z oczu przez tę ciemną, pochmurną noc i wirujący z wiatrem gęsty, drobny snieg.
Mały Adaś tymczasem biegł chwilę za śnieżną zjawą rysowaną tumanami śniegu nawiewanego przez wiatr między zabudowaniami. Zatrzymał się przy jednym z kramów światecznych i osłonięty od podmuchów wiatru, patrząc urzeczony na dziwy, jakie ten ze śniegiem wyczyniał, przykucnął w zacisznym kątku. Wydawało mu się, że wokół niego zawirowały białe sanie śnieżne, które wiatr uniósł ponad dachy. Tam wysoko rozpłynęły się na tle czarnego nieba, z którego leciał i leciał biały puch.

… Adasiu… – mama nawoływała wypatrując synka, a odpowiadał jej tylko świszczący wiatr między straganami. Między zabudowaniami zauważyła blady odblask, jakby ciemna noc uchyliła rąbka światełka. Tam był jej Adaś. Przykucnął przy ścianie jednego ze straganów i wpatrywał się w otwarte pudełko, z którego blade światło rozświetliło wpatrzoną w nie jego skupiona twarzyczkę. Nie odrywając oczu od blasku wydobywającego się z pudełka, które trzymał w rączkach, wyszeptał do mamy tajemniczo:
– Jego sanie suną na wietrze, gdy sypie śnieg, mamo. Prawda, że zostanie teraz z nami? Mama nic nie odpowiedziała, tuląc czule synka i przykucnąwszy przy nim, też patrzyła na szklaną kulę, w środku której widać było mały kolorowy domek i dwoje uśmiechniętych dzieci, które bawiły się wokół bałwanka, obrzucając się śnieżkami, a mechanizm zainstalowany w zabawce powodował, że od czasu do czasu wewnątrz kuli wzbijały się białe drobinki i opadały później wolno na domek, dzieci i bałwanka, imitując padający śnieg. Pozytywka zabawki odgrywała właśnie kolędę „Lulajże, Jezuniu”.

 

Adam Józef Michalczyk

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.