Berlinale 69 – polityczna prywatność

Zespół Reduty Dobrego Imienia

 

Berliński festiwal filmowy od lat uważany jest za najbardziej polityczny ze wszystkich znaczących przeglądów światowego kina. Mottem tegorocznego Berlinale było hasło: „prywatność też jest polityczna”. Zdobywcą Złotego Niedźwiedzia, głównej nagrody festiwalu, okazały się opowiadające o zrywaniu z własną tożsamością „Synonimy” Nadava Lapida. Natomiast o skandalu pedofilskim we francuskim Kościele traktował nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem – Wielką Nagrodą Jury – „Grâce à Dieu” (Z łaski Bożej) Françoisa Ozona. Wang Jingchun i Yong Mei – odtwórcy głównych ról w poruszającym, trzygodzinnym chińskim dramacie „So Long, My Son”  Wanga Xiaoshuaia –  nagrodzeni zostali Srebrnymi Niedźwiedziami.

Jury pod przewodnictwem francuskiej aktorki Juliette Binoche przyznało nagrody dwóm niemieckim filmom. Opowiadający o agresywnej, porzuconej przez matkę dziewczynce „Systemsprenger” Nory Fingscheidt otrzymał  Nagrodę Alfreda Bauera, a psychologizujący dramat „Ich war zuhause, aber” Angeli Schanelec wyróżniony został Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię. Pokazywany w części  konkursowej, sugestywnie przybliżający czasy stalinowskiego terroru i Wielkiego Głodu na Ukrainie, „Obywatel Jones” Agnieszki Holland, nie zdobył w Berlinie żadnej nagrody.

 

Zerwanie z tożsamością

 

Bohaterem zrealizowanych w metaforycznej a zarazem tragikomicznej konwencji „Synonimów” Nadava Lapida jest młody Izraelczyk Yoaf (Tom Mercier), który po odbyciu służby wojskowej porzuca swój kraj, pragnąc zostać Francuzem. Obrabowany w opuszczonym paryskim mieszkaniu Yoaf zostaje zupełnie nagi, pozbawiony materialnych powiazań z ojczyzną  – gotowy do przybrania nowej tożsamości. Pomocną dłoń wyciąga do niego Emil – młody, szukający inspiracji niedoszły pisarz i syn właściciela fabryki. „Nuda kształtuje moje życie” – stwierdza wypalony Francuz. W podarowanym przez niego musztardowym płaszczu Yoaf gorączkowo przemierza Paryż, wkuwając na pamięć francuskie słówka i zwroty. Fascynują go tytułowe synonimy, które wyrzuca z siebie niczym serie z karabinu maszynowego. Yoaf odrzuca język hebrajski, nawet wtedy gdy znajduje pracę ochroniarza w izraelskiej ambasadzie. Jego przeciwieństwem jest poznany tam zadziorny Yaron, który konfrontuje przypadkowe osoby ze swoją żydowską tożsamością, nucąc im przed nosem izraelski hymn. „Synonimy” nie są pozbawione zaskakujących, miejscami autoironicznych momentów. Nieraz irytują jednak pseudointelektualnym zadęciem, absurdalnymi sytuacjami i niesmacznymi, przekraczającymi granicę parodii, wulgarnymi obrazami – jak podczas sesji z obscenicznym fotografem. Nie jest to film o emigracji, a raczej o nieudanej próbie odrzucenia własnej tożsamości narodowej.

Ukazani w filmie Francuzi są intelektualnie wypaleni – jak zafascynowany swoim nowym przyjacielem Emil, rozwiąźli – jak jego dziewczyna Caroline, perwersyjni – jak fotograf fetyszysta, czy po prostu komiczni, jak nauczycielka francuskiej kultury na kursie integracyjnym. Reżyser inspirował się własnymi doświadczeniami, a jego film należy potraktować jako swoistą metaforę połączoną z krytyczną oceną własnego kraju i przybranej ojczyzny. Lapid chciał odciąć się od swoich korzeni, a wpojoną mu w armii  doktrynę własnej niezniszczalności uważał za przytłaczającą.  Zamiar porzucenia własnej tożsamości okazał się jednak nieskuteczny, o czym świadczy finałowa scena, w której Yoaf bezskutecznie próbuje wyważyć swoim ciałem zamknięte drzwi.

Film, będący francusko-izraelsko-niemiecko koprodukcją, spodobał się berlińskim  dziennikarzom, a  werdykt jury został odebrany jako „zasłużony”. Również jury  FIPRESCI (Międzynarodowa Federacja Krytyków Filmowych) uhonorowało „Synonimy” główną nagrodą. W uzasadnieniu wskazano na oryginalność dzieła, przekraczanie granic filmowej narracji i ukazanie różnic kulturowych oraz tożsamościowych. Trudno wyzbyć się jednak wrażenia, że „Synonimy” odebrały nagrodę poważnym obrazom, traktującym o realnych problemach.

 

Grzechy Kościoła

Od początku wiadomo było, że najnowszy film Françoisa Ozona wywoła gorące dyskusje.

„Grâce à Dieu” (Z łaski Bożej) to w dużej mierze oparty na realnych zdarzeniach opis głośnego skandalu pedofilskiego we francuskim Kościele. W latach 80-tych ofiarą seksualnego molestowania ze strony księdza Bernarda Preynata (postać autentyczna) padło około 80 nieletnich chłopców. Głównym bohaterem, przynajmniej na początku filmu, jest czterdziestoletni Alexandre – pracownik banku, przykładny ojciec i wierzący katolik, który w dzieciństwie padł ofiarą molestowania ze strony księdza Preynata. Przez pierwsze pół godziny  widz śledzi próby nawiązania kontaktu z arcybiskupem Lyonu Philippem Barbarinem (postać autentyczna). Alexandre oczekuje od biskupa ukarania księdza Preynata, który pomimo przyznania się do pedofilii nadal uczy dzieci religii. Filmowo dość monotonna wymiana listów miedzy Alexandrem a arcybiskupem, daje jednak wgląd w sformalizowany i mało empatyczny sposób działania lyońskiej kurii. W jednej z kluczowych scen dochodzi do zorganizowanego przez Kościół spotkania Alexandre’a z ks. Preynatem. Po stronie księdza widać wyparcie i brak woli przeproszenia. Mimo to scena kończy się wspólną modlitwą. Dla wielu widzów Berlinale scena ta była prawdopodobnie irytująca i niezrozumiała – znaczna część zachodnich społeczeństw jest już bowiem niewierząca, a Berlin należy do bardziej zlaicyzowanych miast w Niemczech. W 2009 roku 64 procent mieszkańców miasta oficjalnie nie deklarowało żadnej przynależności religijnej.

Z biegiem czasu Alexandre uznaje jednak, iż arcybiskup wbrew deklarowanej woli współpracy i potępieniu czynów Preynata gra na zwłokę i w gruncie rzeczy zadowolony jest z przedawnienia się zarzutów. Alexandre zwraca się listownie do samego  papieża, ale ostatecznie uruchamia prokuraturę. W tym momencie w filmie Ozona następuje zamiana głównego bohatera. Miejsce gorliwego katolika Alexandre’a zajmuje molestowany w dzieciństwie przez Preynata ateista François, który zakłada stowarzyszenie ofiar La Parole Liberee i rozpoczyna kampanię medialną. Nie wszystkie ofiary podzielają motywowany chęcią zemsty radykalizm François i jego postulat zbiorowej apostazji, ale film szczególnie pod koniec nabiera antyklerykalnego wyrazu. Zróżnicowane są postawy rodzin: od wyparcia, a nawet pretensji, po pełne wsparcie dla przerywających milczenie ofiar.

Światowa premiera filmu zbiegła się z rozpoczęciem we Francji procesu arcybiskupa Barbarina, któremu zarzuca się zatajanie przestępstw pedofilskich i brak przeciwdziałania. Wyświetlaniu filmu we Francji sprzeciwiał się ks. Preynat. Jego adwokat twierdził, że film oznacza de facto wydanie wyroku i pozbawia jego klienta prawa do domniemanej niewinności. Ozon tłumaczył, że jego film nie jest obrazem politycznym lecz obywatelskim, którego celem jest rozpoczęcie debaty. Wiele drastycznych szczegółów miało zostać  pominiętych. „90 procent filmu dotyczy ofiar. To ich historia. Pozostałą cześć stanowią udokumentowane sądownie fakty, artykuły prasowe, filmy dokumentalne i książka na temat tej afery” – stwierdził Ozon.

Problem tuszowania pedofilii w wielu krajach realnie przyczynił się do gwałtownego osłabienia autorytetu Kościoła. Nie jest on też wymysłem lewicujących mediów – chociaż te ochoczo podejmują temat. Dla wielu zachodnich twórców i liberalno-lewicowych dziennikarzy Kościół stał się symbolem opresyjności i podwójnej moralności, a jego krytyka łatwa i modna. Prawie publicystyczny film Ozona prezentuje realne wydarzenia i stara się naświetlić je również z perspektywy osób wierzących, a jednocześnie utwierdza zachodnich widzów w ich antyklerykalnym nastawieniu. Na próżno szukać w filmie pozytywnych postaci księży lub chociażby odpowiedzi na pytanie, dlaczego Alexandre pomimo swoich doświadczeń pozostał osobą wierzącą?

 

Chińskie spojrzenie

Trwający trzy godziny „So Long, My Son” (Tak długo, mój synu) Wanga Xiaoshuaia to  przejmująca saga rodzinna obejmująca ostatnie trzydzieści lat chińskiej historii. Reżyser opowiada o dramacie robotniczej rodziny, która w wypadku nad zbiornikiem retencyjnym traci swojego jedynego syna Xingxinga. Wydarzenie to na zawsze pozostaje niezabliźnioną raną. By zapomnieć Liu Yaojun i jego żona Wang Liyun przenoszą się do południowej prowincji, w której nie znają nawet lokalnego dialektu. On naprawia tam łodzie, ona reperuje sieci rybackie. Ich adoptowany syn nie potrafi odwzajemnić uczucia, buntuje się i opuszcza przybranych rodziców. Reżyser Wang Xiaoshuai płynnie przechodzi od czasów współczesnych do schyłkowych lat rewolucji kulturalnej, łamie chronologię wydarzeń i sprawia, że czas staje się czymś relatywnym. Stałe pozostają uczucia: straty, osamotnienia  i wyobcowania.

W kolejnych retrospekcjach odsłaniane są poszczególne elementy skomplikowanej, a zarazem tragicznej historii splatającej losy dwóch rodzin. Winnym śmierci ukochanego syna jest jego najlepszy przyjaciel Haohao. Jego matka, Li Hayan, była kierowniczką wydziału planowania rodziny w fabryce, w której w latach 80-tych pracowali Yaojun i  Liyun. To ona –  zgodnie z bezwzględną polityką jednego dziecka – wymusiła na Liyun dokonanie brutalnej aborcji. Scena ta jest jedną z najtragiczniejszych w filmie i stanowi potężne oskarżenie względem komunistycznych władz. „Dlaczego macie takie smutne miny?” – pyta Li Hayan podczas zakładowej ceremonii przyznania nagrody za wzorowe planowanie rodziny. Naprawdę jednak sama będzie już na zawsze nosiła w sobie ciężar wyrządzonej w majestacie prawa zbrodni i krzywdy.

Wang Xiaoshuai pewną ręką kreśli obraz przemian społecznych w Chinach. Fabryczne molochy z dnia na dzień zostaną sprywatyzowane. Pozostawieni sobie ludzie rozpierzchną się po kraju w poszukiwaniu pracy i nowych możliwości. Komunistyczny dryl i bieda w ciągu dwóch dekad zastąpione zostaną przez turbokapitalizm i relatywny dostatek. Na miejscu hoteli robotniczych powstaną wieżowce. Ceną szalonego tempa modernizacji jest zerwanie więzi i wyobcowanie całego pokolenia. Film Wanga Xiaoshuaia łączy w sobie cechy realistycznego eposu i uniwersalnej tragedii. Jest też opowieścią o nieuleganiu najcięższym przeciwnościom i konieczności przebaczenia. „Chodziło mi o odpowiedź na pytanie, jak pomimo tylu zranień ludzie mogli sobie wybaczać” – stwierdził reżyser  pytany o historię powstania filmu.

Oparte na wybaczeniu win pojednanie może stanowić element azjatyckiej kultury. Może być ono również odgórnie wymuszone przez potężny system, który nie chce dopuścić do radykalnego rozrachunku z przeszłością. Nagłe wycofanie z konkursu – oficjalnie z  „powodów technicznych” – innego chińskiego filmu („One second” / Sekunda), dało powód do spekulacji na temat interwencji cenzury.

 

 

Niepopularny stalinizm

Zaprezentowany w części konkursowej festiwalu „Obywatel Jones” Agnieszki Holland to rozrachunek z zaordynowanym przez Stalina Wielkim Głodem na Ukrainie. Film jest też hymnem na cześć dążenia do prawdy – nawet za cenę życia. Tytułowy 28-letni Gareth Jones (James Norton) to zapomniany dziś walijski dziennikarz, który wsławił się przeprowadzeniem w 1933 roku wywiadu z nowo wybranym kanclerzem Niemiec Adolfem Hitlerem. W tym samym roku po utracie stanowiska doradcy premiera Wielkiej Brytanii Lyoda George’a wyrusza do Moskwy, by sprawdzić, jak finansowana jest stalinowska industrializacja. Szybko spotyka się z powszechną inwigilacją i terrorem. Zachodni dziennikarze, na czele z zakłamanym laureatem Nagrody Pulitzera i moskiewskim korespondentem dziennika New York Times, Walterem Duranty (Peter Sarsgaard), żyją w złotej klatce, czerpiąc pełnymi garściami z serwowanych im uciech. Zachodni dziennikarze pełnią rolę użytecznych idiotów lub świadomie, jak Duranty, uczestniczą w fałszowaniu prawdy. Medialny parasol roztoczony nad Stalinem chroni go od krytyki zachodniej opinii publicznej. Toruje to drogę przemysłowcom z Anglii i USA, którzy marzą o lukratywnych inwestycjach.

Gareth postanawia przedostać się na Ukrainę i osobiście zweryfikować pogłoski o panującym tam głodzie. Obrazy śmierci, jakie tam ujrzy, będą prześladować go do końca życia. Jedną z najbardziej tragicznych scen jest ta, w której płaczące dziecko wraz ze swoją martwą matką zostanie wrzucone na sanie z ciałami ofiar głodu.  Garethowi cudem uda się opuścić Rosję i dać świadectwo o głodzie, którego ofiarą padło co najmniej 3,3 miliona Ukraińców (wedle różnych szacunków w latach 1932-1933 łącznie od 5-10 mionów ludzi zmarło z głodu na ternie całego ZSRR). Na Zachodzie nikt nie będzie chciał go słuchać. Gareth Jones zginie kilka lat później w niewyjaśnionych okolicznościach w okupowanej przez Japończyków Mongolii. Przypuszcza się, że za zabiciem niewygodnego dziennikarza stały sowieckie służby. Reportaże Garetha Jonesa miały wedle niektórych interpretacji zainspirować George’a Orwella do napisania „Folwarku zwierzęcego”.

Film Agnieszki Holland powstał na podstawie debiutanckiego scenariusza Andrei Chalupy,     młodej Amerykanki ukraińskiego pochodzenia. Duże wrażenie robią zdjęcia Tomasza  Naumiuka – mroczny, nasycony styl moskiewskich imprez kontrastuje z surowymi, niemal dokumentalnymi kadrami z Ukrainy.

„Pierwotnie nie chciałam wracać do tych tematów, bo są zbyt bolesne. Jednak scenariusz, który otrzymałam, poruszył mnie swoją siłą. Wielki Głód na Ukaranie to jedna z największych zbrodni XX wieku. Duchy ofiar wołają o sprawiedliwość” – mówiła Agnieszka Holland na konferencji prasowej po pokazie filmu. Twórcy i dziennikarze zastanawiali się, co oznacza dziś wolność słowa, czym jest propaganda, fake news i korupcja mediów. „W dzisiejszych czasach wielu jest konformistów i zbyt mało Jonesów” – stwierdziła Holland.

W niektórych interpretacjach pojawiły się też aluzje do czasów współczesnych,  pobrzmiewała  w nich krytyka stosunku Donalda Trumpa do liberalnych mediów. Nie trzeba jednak daleko szukać, aby dostrzec, że to raczej gorliwa współpraca władz Berlina z Putinem przy realizacji Nord Stream 2 powinna nasuwać przykre skojarzenia historyczne. Ze sprzedaży rosyjskiego gazu finansowane są przecież zarówno kremlowskie zbrojenia jak i wciąż tląca się wojna na Ukrainie. Nie brakuje też, o czym mogliśmy boleśnie przekonać się ostatnio w Warszawie, dziennikarzy i dziennikarek, którym zdecydowanie bliżej do szerzącego kłamstwo Duranty’ego niż szukającego prawdy Jonesa.

Zupełne pominięcie w nagrodach „Obywatela Jonesa” może świadczyć, iż temat komunistycznych zbrodni nawet dziś jest niezwykle niewygodny. Podobnie jak de facto zastępcza nagroda dla chińskiego eposu „So Long, My Son”, który uważany był za faworyta do Złotego Niedźwiedzia i powinien zostać uhonorowany co najmniej za reżyserię.

 

Polityczna satyra    

 

W Berlinie dużym zainteresowaniem cieszył się pokazywany poza konkursem, nominowany do ośmiu Oscarów „Vice” Adama McKaya.  Film jest zrealizowaną z lewicowo-liberalnych pozycji satyrą przedstawiającą polityczną karierę Dicka Cheneya – uważanego przez wielu za najbardziej wpływowego wiceprezydenta w historii USA. W rolę bezwzględnego polityka, jakim portretuje go McKay, wcielił się goszczący na Berlinale po ras szósty Christian Bale. Aktor znany jest z ekstremalnego „wchodzenia w rolę” – aby wiarygodnie zagrać swoją postać przytył 20 kilogramów. Bale swoje aktorskie zadania wypełnił bardzo dobrze – przy aktualnych trendach politycznych w Hollywood Oscara ma w kieszeni. Czy jednak poznajemy prawdziwy portret wpływowego polityka, czy tylko jego karykaturę?

Punktem zwrotnym w filmowej biografii Cheneya jest ultimatum, jakie daje mu żona Lynne: albo weźmie się za siebie i porzuci życie nieudacznika i lekkoducha, albo się rozwiodą. Cheney zapisuje się do republikanów i za prezydentury Nixona zostaje pomocnikiem Donalda Rumsfelda – późniejszego ministra obrony USA w rządzie George’a W. Busha. Początkowo lojalnie realizuje wszystkie polecenia swego szefa, nadejdzie jednak czas, gdy sam go przerośnie pod względem wpływów i politycznej bezwzględności. Pełnię niekontrolowanej, jak uważa McKay, władzy Cheney uzyska jako wiceprezydent USA w administracji George’a W. Busha. To on będzie miał decydujący wpływ na politykę USA po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. „Vice” to sprawne zrealizowana, ostra satyra polityczna, która zalewa widza morzem odpowiednio dobranych faktów. Często są one jednak pozbawione kontekstu, a praktycznie wszystkie decyzje polityczne sprowadzone zostają do poziomu gry o władzę.

O motywacjach głównego bohatera wiemy mało. McKay oddaje mu głos w końcowej scenie. W trakcie wywiadu Cheney zwraca się wprost do widzów i mówi: „Nie będę przepraszał za to, że broniłem Amerykanów”. Film mocno polaryzuje i traktowany jest przez jego przeciwników jako element aktualnej walki politycznej. Można się też zastanawiać, dlaczego hollywoodzcy twórcy nie chcą zrealizować równie zgryźliwej satyry np. o Billu Clintonie? Z drugiej strony, być może i dla nas korzystne jest spojrzenie z pewnego dystansu na często idealizowaną amerykańską politykę.

 

Krwawa groteska

Z dużym napięciem oczekiwany był na Berlinale najnowszy film Fatiha Akina, jednego z najbardziej ekspresyjnych przedstawicieli niemieckiego kina. W 2004 roku Akin wygrał już Berlinale brawurową „Głową w mur”. Mroczny melodramat o autodestrukcyjnym związku czterdziestoletniego Cekila i o połowę młodszej Sibel katapultował wtedy hamburskiego reżysera o tureckich korzeniach do grona festiwalowych gwiazd. Niemieckie kino otrzymało zastrzyk energii i świeżości, których mu brakowało.

Tym razem jednak Fatih Akin przeszarżował. „Der goldene Handschuh” (Złota rękawiczka) to niezwykle brutalna historia seryjnego mordercy kobiet Fritza Honki, który grasował w hamburskiej dzielnicy St. Pauli w latach siedemdziesiątych. Akin ze szczegółami pokazuje morderstwa prostytutek, które Honka wabi do swojego obskurnego mieszkania obietnicą alkoholowych libacji. Reżyser przerysowuje postać psychopaty, nadając mu monstrualne i obrzydliwe cechy fizyczne. Gdy wiecznie zgarbiony Honka ciągnie zmasakrowane ciała po ciemnych ulicach Hamburga, lub z wykrzywioną grymasem twarzą upycha pocięte zwłoki na poddaszu, przypomina bardziej karykaturę psychopaty niż realną postać.

Film Akina jest ciągłym festiwalem obrzydliwości. Patologiczne towarzystwo zgormadzone w tytułowej knajpce Złota Rękawiczka stanowi rewir, w którym Honka wyszukuje swoje ofiary. Przewijające się przez lokal postaci, np. były esesman Norbert, mogłyby zagościć w filmach Tarantino, z których Akin zdaje się czerpać inspiracje. Z tą różnicą, że Tarantino nie aspiruje do opowiadania realnych historii. Akin natomiast ukazuje autentyczne ofiary, które w wielu scenach zostają poniżone. Można odnieść wrażenie, że używa ich niczym rekwizytów w makabrycznym przedstawieniu. W ten sposób przekraczane są kolejne granice, a przemoc – pewnie wbrew intencjom reżysera – zostaje zbanalizowana. W rolę czterdziestoletniego Honki wcielił się niezwykle uzdolniony młody aktor Jonas Dassler. Fatih Akin już przed festiwalem wiedział, że nie zdobędzie żadnej nagrody. „Mój film jest na to zbyt brzydki” – stwierdził w jednym z wywiadów.

 

Ludzie nad przepaścią

Wiele filmów pokazanych na berlińskim festiwalu ukazywało zagubionych ludzi w ekstremalnych sytuacjach. Uhonorowany Nagrodą Alfreda Bauera (pierwszego dyrektora festiwalu), przyznawaną za innowacyjność, fabularny debiut „Systemsprenger” (Poza systemem) Nory Fingscheidt opowiada o wyjątkowo agresywnej dziewięcioletniej Benni. Z opuszczoną przez matkę dziewczynką nie mogą poradzić sobie psycholodzy i opiekunowie. Jej agresja jest wołaniem o rodzicielską miłość. Nora Fingscheidt realizowała wcześniej filmy dokumentalne, stąd też świadomość braku łatwych rozwiązań.

O niemożliwości pogodzenia się z utratą bliskich mówi też uhonorowana za reżyserię Angela Schanelec w dramacie psychologicznym  „Ich war zuhause, aber…“ (Byłam w domu, ale…). Główna bohaterka, Astrid, przeżywa załamanie po śmierci męża. Nie radzi sobie z samotnym wychowaniem dzieci. Po ucieczce syna z domu Astrid traci kontrolę nad swoimi zrachowaniami. Film charakteryzują niekończące się, statyczne ujęcia i monotonie wypowiadane kwestie. Forma teatralna i filmowa przenikają się – na końcu zaprezentowany zostanie nawet grany przez dzieci Hamlet. Można odnieść wrażenie, że prawdziwą treścią filmu jest jego budząca irytację hermetyczna i pretensjonalna forma.

Zdecydowanie bardziej dynamicznie rozwija się akacja w „Boden unter den Füßen” (Grunt pod nogami) Austriaczki Marie Kreutzer. Trzydziestoletnia Lola to rozchwytywana zawodowo, wiecznie zagoniona specjalistka od racjonalizacji. Pustkę życiową zapełnia jej praca, sport i niezobowiązujący seks z szefową. Samobójcza próba chorej na schizofrenię siostry wytrąci Lolę z ustalonych ram codziennego funkcjonowania. Nastroju dwuznaczności dodają nasilające się halucynacje. Widz nie jest pewien, co jest prawdą a co imaginacją. Próba wzięcia odpowiedzialności za siostrę skończy się tragicznie.

 

Kobiece kino

Obalanie patriarchalnych autorytetów i stereotypów w Macedonii jest tematem satyry „Bóg istnieje, ma na imię Petrunia” Teony Strugar Mitevskiej. Tytułowa Petrunia jest 32 letnią, nieco korpulentną, bezrobotną absolwentkę historii, która pod presją swojej dominującej matki idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Pracy nie dostanie, doświadczy jednak serii upokorzeń, które pchną ją do łamiącego konwencje działania. Gdy w dniu Objawienia Pańskiego zobaczy zarezerwowaną dla młodych mężczyzn tradycyjną prawosławną ceremonię, podczas której niewielki krzyż wyławiany jest z rzeki, bez wahania skoczy do wody. Pertrunia złapie gwarantujący pomyślność krzyż i rzuci się do ucieczki,  ścigana przez policję, męski motłoch i lokalnego popa. Zainspirowany realnym zdarzeniem obraz Mitevskiej podkreśla godność kobiety i kwestionuje bałkańską patriarchalność. Sympatyczna Petrunia przekona do siebie nieco nieśmiałego policjanta, a pop okaże się zdecydowanie bardziej wyrozumiały niż można było początkowo zakładać. Nie zmienia to faktu, że film wpisuje się w popularny nurt kwestionowania tradycji i roli religii w Europie, eksponując antagonizmy – nawet jeśli czyni to w satyrycznej konwencji.

 

Turecka baśń

W tureckim filmie „Opowieść o trzech siostrach” Emina Alpera, realizm i baśniowość nieustanie mieszają się z sobą. Dwie dorastające siostry, zadziorna Nurhan i uprzejma Havva, po śmierci matki oddane zostały w nieformalną adopcję. Położona w górach wioska, do której powracają, wydaje się pochodzić z innej epoki. Zamieszkają z ojcem i najstarszą siostrą Reyhan, która poślubiła niepiśmiennego pasterza. Niegroźne docinki i zaczepki eskalują do kłótni, która będzie miała tragiczny finał. Film Alpeera to baśniowa przypowieść, ukazana przy pomocy realistycznych obrazów. Jej bohaterami są ubodzy, pozostawieni na uboczu cywilizacji ludzie, których dramaty rozgrywają się na tle monumentalnej przyrody.

 

 

Akcje bezpośrednie

Poza konkursem pokazane zostały dwa filmy z pogranicza kina politycznego i sensacyjnego, które wyróżniają się swoją aktualnością. W „Agentce” izraelskiego reżysera Yuvala Adlera możemy zobaczyć dość bezwzględne metody Mosadu prowadzącego walkę z Iranem. Główna bohaterka, urodzona poza Izraelem Rachel (Diane Kruger), zostaje zrekrutowana przez  Mosad, zaopatrzona w fałszywą tożsamość i wysłana jako nauczycielka angielskiego do Teheranu. Celem operacji jest atomowy program irański. Stopniowo stawiane przed Rachel zdania stają się coraz trudniejsze. Stawka rośnie – zginą przypadkowi ludzie. Romans z pracownikiem irańskiej firmy technologicznej będzie dla Rachel punktem zwrotnym. Agentka spróbuje się wycofać, co wywoła reakcję służb. Film został zrealizowany dość ograniczonymi środkami i swoje napięcie czerpie przede wszystkim z otaczającej Rachel atmosfery ciągłego zagrożenia. Stawia również pytania o moralne granice podejmowanych przez wywiady działań.

Wagener Moura – zanany z roli charyzmatycznego kapitana Nascimento w nagrodzonych  Złotym Niedźwiedziem na Berlinale w 2008 roku „Elitarnych” i późniejszy odtwórca roli Escobara w serialu „Narcos” – zaprezentował w Berlinie swój pierwszy film. „Marighella” to biografia brazylijskiego komunisty i twórcy miejskiej partyzantki. Film koncentruje się na latach 1964-1969. Po wyjściu z więzienia, w którym był torturowany, Marighella radykalizuje się.  Tworzy komunistyczną bojówkę i rozpoczyna walkę z wspieranym przez armię rządem – celem akcji jest wywołanie w Brazylii marksistowskiej rewolucji. Wzorcami Marighelli są Mao i Castro. Zabicie amerykańskiego doradcy na oczach 6-leniego syna i późniejsze uprowadzenie ambasadora USA Charlesa Elbricka sprawi, że z policji zdjęte zostaną wszelkie ograniczenia. Prowadzący pościg za grupą Marighella’ego agent Lucio chętnie skorzysta z nowych uprawnień. Odpowiedzią na rewolucyjny terror będą tortury. Ostatecznie grupa zostanie rozbita, a Marighella zastrzelony w zasadzce.

Wyraźnie widać, że sympatie reżysera leżą po lewej stronie. Marighella, którego dziś wielu uznałoby za lewackiego terrorystę, pokazany jest w sposób niemal hagiograficzny. Jego filmowi przeciwnicy, na czele z Lucio, to sadyści, lubujący się w torturowaniu rewolucjonistów i sprzyjających im księży. Niedawna wyborcza wygrana popierającego Trumpa prezydenta Jaira Bolsonaro sprawiła, że pojawiły się spekulacje, iż film może zostać w Brazylii zakazany.

 

Czas na zmiany

Podczas tegorocznego Belinale pokazano jak zwykle około 400 filmów, z czego 16 w części konkursowej. Sale kinowe, zarówno na pokazach prasowych jak i tych przewidzianych dla publiczności, wypełnione były często do ostatniego miejsca. Sprzedano aż 350 tysięcy biletów. Po osiemnastu latach swoją przygodę z Berlinale zakończył dyrektor Dieter Kosslick.  Wielu niemieckich dziennikarzy uważało, że nadszedł czas na zmiany – uporządkowanie rozlicznych sekcji festiwalowych i zmniejszenie liczby prezentowanych filmów. Chwalono wzrost rangi imprezy i wzmocnienie pozycji niemieckiego kina. Krytykowano relatywnie małą liczbę zapraszanych gwiazd hollywoodzkich. Jednym z ostatnich posunięć odchodzącego dyrektora festiwalu było zagwarantowanie parytetu twórców w programie festiwalu – w 2020 roku tyle samo filmów zaprezentują kobiety co mężczyźni.  W przyszłym roku na czele Berlinale stanie Carlo Chatrian, który dotychczas kierował festiwalem w Locarno oraz  odpowiedzialna za promocją niemieckiego kina Mariette Rissenbeek.

Berlinale od lat ma opinię najbardziej zaangażowanego społecznie i politycznie festiwalu filmowego na świecie. Stanowi odbicie globalnych przemian – kulturowych, społecznych i politycznych. Zapewne samo chciałoby je też kształtować i przyspieszać zgodnie z dominującymi dziś w kulturze lewicowymi prądami. Pominięcie w nagrodach mówiącego o komunistycznych zbrodniach „Obywatela Jonesa” zdaje się sugerować, które tematy nie są preferowane. Czas pokaże, na ile w kolejnych latach utrzymana zostanie polityczno-społeczna specyfika berlińskiego festiwalu. Jednego można być pewnym: nie ma dziś silniejszego niż kino medium, w którym można pokazywać światu własne idee i wartości.

 

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.