Dwa światy

Tȟašúŋke Witkó

Było słoneczne czwartkowe popołudnie, 22 lipca 2004 roku, kiedy punktualnie o godzinie 15.10 usłyszałem wydobywający się z radiostacji głos dowódcy batalionu, niespodziewanie zagajający: „>Kojot<, tu >Pięćset< – gdzie jesteś?”. Pryncypał doskonale widział, gdzie przebywam, gdyż kilka minut wcześniej podałem swoje dokładne położenie oficerowi dyżurującemu w Taktycznym Centrum Operacyjnym (TOC – ang. Tactical Operations Center, spolszczona wymowa „tok”), ale owym najstarszym obyczajem dowódców batalionów, postanowił podowodzić sobie osobiście. Miałem szampański nastrój ponieważ za kilka godzin kończył się mój dwudobowy patrol, toteż niewiele myśląc odpaliłem: „>Pięćset<, tu >Kojot< – jestem na Fifth Avenue!”. Po kilku sekundach milczenia radiostacja znów zaskrzeczała i padło pytanie, które zadałby nawet święty, a co dopiero mój przełożony: „>Kojot< – a co tam robisz?”. Zarżałem rozkosznie, wcisnąłem przycisk nadawania i zameldowałem: „Kupuję koronkową bieliznę, jedwabne chusteczki i spinki do mankietów!”. Upłynęła dobra minuta, gdy z eteru dobiegł kolejny komunikat: „Ja Ci – k*rwa, gówniarzu jeden – zaraz dam jedwa…”. Znów nastała cisza i po chwili radio zagdakało suchym wojskowym żargonem: „>Kojot<, tu >Pięćset< – zjeżdżaj natychmiast do bazy. Za godzinę u mnie!”. Przypuszczałem, że otrzymam kolejną ostrą burę, ale niezbyt mnie to martwiło, bo czułem, iż na niej się wszystko zacznie i skończy, więc godzinę później spokojnie pukałem do kontenera sztabowego dowódcy.

Dowódca pochylał się nad mapą Karbali i coś ustalał z szefem sztabu batalionu. Za kilka dni dobijała finału II Zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku i oficerowie przygotowywali się do przekazania obowiązków swoim następcom. Zapytacie Państwo, skąd u mnie taka precyzja w podawaniu dat dziennych i godzin poszczególnych wydarzeń? Spieszę z odpowiedzią i wyjaśniam, że 22 lipca będzie towarzyszyć mi już do grobowej deski, gdyż, jako dziecku wychowanemu w PRL-u, kojarzy się on z napisem na upragnionej tabliczce czekolady ze znacjonalizowanych zakładów Emila Wedla, ale na pewno nie z manifestem PKWN. Godzina też jest charakterystyczna dla wszystkich tych, którzy z wypiekami na twarzy podróżowali do Yumy razem z Danem Evansem. Czwartek zaś to czas szczególny w miastach arabskich, ponieważ tego dnia tygodnia masowo odbywają się śluby i po metropolii podróżują rozbawione orszaki weselne. Zwierzchnik spojrzał mi w oczy i zapytał: „Co tam? Co Cię sprowadza?”. Oczywiście, jak każdego nerwusa, ochota na uduszenie mnie gołymi rękoma już dawno go opuściła i chłop zwyczajnie zapomniał, po co mnie wezwał. Jednak szef sztabu uśmiechnął się diabolicznie i błądząc wzrokiem po ścianie zameldował bezwstydnie: „Miał dostać od Dowódcy opie*dol, za wygłupy w sieci i nieprzestrzeganie zasad korespondencji radiowej!”. Podpułkownik zerknął na zegarek i oznajmił: „Aaa… Faktycznie… Jeszcze raz tak zrobisz, to Cię surowo ukarzę. Wracaj do siebie, daj wojsku już wolne – niech odpoczną, wymyją się i wyśpią. Chcę, żebyś jutro o 19.00 był gotów do patrolowania strefy. No, a teraz już zmykaj!”. Odrzekłem nieregulaminowo: „Dobra, Dowódco. Będzie wszystko dograne!”, spojrzałem przeciągle na szefa sztabu obiecując mu w duchu zakopanie żywcem, nagiego i wysmarowanego miodem w mrowisku, po czym udałem się do miejsca zakwaterowania, gdzie oczekiwała na mnie ekipa moich żołnierzy.

Żołnierze byli brudni i zmęczeni, ale szczęśliwi. Ich półroczna służba w ogarniętym wojną Iraku dobiegała kresu i cieszyli się na myśl o powrocie do domu. Kazałem przygotować samochody do jutrzejszego wyjazdu, wyczyścić broń i solidnie odpocząć. Odprawę osób funkcyjnych zarządziłem na „patio” o godzinie 18.30, po czym sam poszedłem do swojego siedliska, by również doprowadzić się do porządku. Już po kąpieli, najedzony i przebrany w spodenki gimnastyczne oraz świeżą koszulkę, udałem się z notatnikiem do słynnego „patio”, aby odbyć jedną z ostatnich narad z podwładnymi. Miejsce zwane „patiem” znajdowało się w zacienionej i zadaszonej części dawnego hotelu, gdzie wówczas stacjonował sztab i część pododdziałów 1. Brygadowej Grupy Bojowej (1 BCT – ang. 1st Brigade Combat Team). Składało się na nie kilka zniszczonych foteli, jakaś zdezelowana kanapa, niemiłosiernie zakurzony telewizor i obskurny, zbity z desek stół z fantastyczną mozaiką wypaloną przez setki położonych na nim i zapomnianych papierosów. Kilka metrów dalej znajdowała się płytka, nieczynna fontanna, wyłożona jakąś arabską mozaiką. Nie wiem, ile jest kategorii patio na świecie, ale jestem święcie przekonany, że to nasze było patiem ostatniego sortu w globalnym rankingu podobnych przybytków. Zasiadłem na czymś, co ochrzczono ironicznie „szezlongiem”, poprawiłem się nieznacznie, aby zmniejszyć oddziaływanie niesfornej sprężyny, uwierającej mnie w okolicę lędźwiową i przemówiłem do zebranych pewnym głosem.

Pewnym głosem przemawiałem do nich przez ostatnie pół roku, toteż skłamałbym, gdybym orzekł, że spijali oni słowa z mych ust. Generalnie wcale mnie nie słuchali, ponieważ znali zadania jak pacierz. Ja oczywiście mówiłem swoje, bo nie po to wojsko jest wojskiem, aby setny raz nie powtórzyć tego samego i nie zadać tych samych pytań kontrolnych. Gdy mój błyskotliwy monolog prawie dobiegał końca, w powietrzu rozległ się niezwykły świst o bardzo wysokim tonie i ktoś najbystrzejszy wrzasnął: „K*rwa, rakieta”. Milisekundę później frunąłem w powietrzu w kierunku opisanej wyżej fontanny. Owo zagłębienie terenowe było najbezpieczniejszy miejscem pomiędzy Los Angeles a Władywostokiem, toteż niezwłocznie postanowiłem się do niego przemieścić. Wybiłem się najmocniej jak potrafiłem i po wykonaniu bramkarskiego rzutu opadłem w pożądanym rejonie. Gdyby Luis Arconada lub Peter Shilton wtedy mnie zobaczyli, to pojęliby, iż byli zwyczajnie słabi, nawet u szczytu karier, a Nadia Elena Comăneci dobrowolnie oddałby mi wszystkie swoje olimpijskie medale, zdobyte w gimnastyce artystycznej. Leżałem płasko na rozgrzanych płytkach ceramicznych i oczekiwałem na wybuch pocisku, który został wystrzelony w kierunku bazy. Detonacja jednak nie następowała, a ja zacząłem myśleć o teraźniejszości i przyszłości.

Przyszłość nie rysowała się w różowych barwach, ale teraźniejszość także wesoła nie była. Leżałem plackiem na gruncie, stłuczone kolano bardzo mnie bolało, pół centymetra przed moim nosem zalegał jakiś śmierdzący ogryzek jabłka, ja zaś bałem się podnieść. Miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że owa rakieta jest tak przemyślnie skonstruowana, iż wybuchnie w najmniej stosownym momencie, czyli dokładnie wtedy, kiedy moja osoba znajdzie się w pozycji pionowej. Od zawsze charakteryzowało mnie wielkie przywiązanie do posiadanej powłoki cielesnej, więc zacząłem się sprytnie czołgać w kierunku piwnicznej nory, gdzie miałem swoje łóżko. Po dotarciu na miejsce przyodziałem uniform, założyłem hełm z kamizelką przeciwodłamkową i natychmiast stałem się buńczuczny. Dziarskim krokiem, pomaszerowałem w kierunku TOC-u, wiedząc doskonale, że szerokie spodnie munduru znakomicie maskują moje trzęsące się ze strachu nogi. Gdy wlazłem do Centrum panował w nim zorganizowany rejwach. Szybkie komendy krzyżowały się z meldunkami zwrotnymi, a nerwowe śmiechy zebranych rozładowywały napiętą atmosferę. Dowódca zerknął na mnie spod okapu hełmu i powiedział z szerokim uśmiechem: „To już masz po odpoczynku. Jedź na miasto i spróbuj coś ustalić. Melduj sytuację jak najszybciej!”. Nie czekając na kolejne rozkazy odwróciłem się na pięcie i wolno powlokłem do kolumny oczekujących pojazdów. Kilka minut później byłem już pomiędzy zabudowaniami i patrzyłem na obiekt, który napędził nam tyle strachu.

Strachu napędził nam srebrzystoszary, półmetrowej długości cylinder, o dziesięciocentymetrowej średnicy, ostro zakończony z jednej strony. Leżał sobie spokojnie między zabudowaniami pośród śmieci. Znaleźliśmy go dzięki miejscowym dzieciakom, które bezbłędnie wskazały nam miejsce upadku rakiety. Robiło się powoli mroczno, a śmiercionośne żelastwo zaczął otaczać tłum ludzi. Nadałem komunikat do służby operacyjnej prosząc o wezwanie saperów. W odpowiedzi dostałem informację, że saperzy przybędą najwcześniej rano, a ja mam zabezpieczyć miejsce upadku niewybuchu. Żołnierze oddzielili złom zasiekiem z koncertiny i zajęli się zabawą z dzieciarnią. Przy infantylnym podejściu Arabów do rzeczywistości, ciężko było ich utrzymać w bezpiecznej odległości od stalowej kostuchy. Przychodziły nawet kobiety szczelnie owinięte czarnymi czadorami. Wreszcie zabrakło mi cierpliwości na opędzanie się od natrętów i wydarłem się na całe gardło w języku Mickiewicza, używając przy tym słów, których nasz narodowy wieszcz pewnie nigdy nie używał. Poskutkowało gdyż wszyscy się rozpierzchli do domów, a my czekaliśmy na upragniony patrol saperski.

Patrol saperski przybył rano. Dowodzący nim porucznik tylko spojrzał na pocisk i rzekł: „Słuchaj, ja tego nie podejmę. Za duże ryzyko. Będę wysadzał na miejscu, a Ty weź i zabezpiecz rejon, dobra?”. Jak poprosił tak zrobiłem. Odsunąłem daleko samochody, tworząc kordon bezpieczeństwa i przyglądałem się robocie kolegów. W kilka minut obłożyli rakietę kostkami z trotylem, przycięli lonty, a całość otoczyli workami z piaskiem, ułożonymi na kształt studni. Gdy wszystko było gotowe jeszcze raz sprawdziliśmy czy nie ma nikogo w pobliżu i dowódca osobiście podpalił lont. Detonacja poderwała w powietrze tumany kurzu, które uniosły się wysoko ponad dachy domostw. Lekko tylko uszkodzona konstrukcja z worków jednoznacznie wskazywała, że wszystkie odłamki zostały przez nią zatrzymane. Saperzy jeszcze raz sprawdzili miejsce eksplozji, upewnili się, że nic niebezpiecznego tam nie zostało, po czym pożegnali się i odjechali do siebie. Po kilku minutach ludzie zaczęli nieśmiało wyglądać przez furty domostw, a gdy zobaczyli, co się stało na ich twarzach zaczął malować się autentyczny strach. Zrozumieli, jak wielkie niebezpieczeństwo im groziło i ile zawdzięczają dzielnym saperom z dalekiej Bulandy. Podszedł do mnie stary Arab, wskazał dłonią na wszędobylskie dzieci i łamanym angielskim powiedział: „Mister! Children! Bomb! No good!”. O tym, że bomby są złe dla dzieci wiedziałem i ja, toteż nie poświęciłem mu zbyt wiele czasu, rozkazałem ładować się wojsku na auta i pomknęliśmy do bazy. Na zawsze już zapamiętam kilka kobiet stających przed wejściem do domu, uśmiechających się do nas pogodnie i towarzyszącego im chłopca, wesoło machającego ręką do nadwiślańskich spadochroniarzy. Fajnie było mieć tę chwilę satysfakcji i świadomość, że pomogło się dzieciom, gdyż to leży w naszej, europejskiej kulturze.

Europejska kultura jest wyjątkowa ze względu na jej wartości humanitarne. Jest ona całkowicie odmienna od tej islamskiej. Półtorej dekady temu, jakiś polski porucznik z całym zespołem saperskim ratował obce, arabskie dzieci przed śmiercią lub kalectwem, narażając życie swoje i swoich ludzi. Zachowanie godne najwyższych pochwał. Jakże inaczej zachował się Abu Bakr al-Baghdadi, przywódca terrorystycznego Państwa Islamskiego w Iraku i Lewancie, który, otoczony przez amerykańskich żołnierzy, wysadził w powietrze siebie i troje swoich dzieci. Nie mam uprawnień do narzucania komukolwiek własnego zdania, ale chcę prosić, aby po lekturze niniejszego tekstu, porównali Państwo mentalność europejską z tą bliskowschodnią. Ja osobiście uważam, że są one absolutnie różne – to dwa odmienne światy.

Howgh!

 

(Zdjęcia ze zbiorów własnych Autora, zrobione w dniu opisywanych wydarzeń)

komentarze 3

  1. Szanowny Wodzu, piszecie ładnie, ciekawie i mądrze. Ale w kwestii formalnej: Nadia Comaneci nie uprawiała gimnastyki artystycznej, ale sportową.

  2. Dotkliwy, by tak rzec, tekst. Humanizm to ratunek dla świata. Plus racjonalizm – obnażać mechanizmy, podawać nazwiska ludzi, nazwy instytucji (aż do ONZ włącznie) – wszystkich sprawców morderstw wojennych!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.