Fejkniusy i kradzież semantyczna czyli dziennikarstwo gończe

Maciej Świrski

 

Reduta Dobrego Imienia pracuje w świecie informacji. Do naszych podstawowych zadań należy prostowanie fałszywych informacji dotyczących historii Polski. Siłą rzeczy wyszukujemy takie informacje, analizujemy różne źródła, skanujemy Internet, czytamy teksty dziennikarskie – zarówno polskie, jak i zagraniczne. Dlatego po ponad 6 latach pracy możemy w sposób odpowiedzialny wypowiadać się o jakości pracy dziennikarzy. I wniosek jest jeden – w naszej ocenie – nastąpił upadek tego zawodu. Według nas można raczej mówić o „media workerach”, a nie o dziennikarzach.

 

Przede wszystkim w ciągu ostatnich 3 lat na pierwszy plan wybija się zjawisko „fake newsa” a obok tego – tzw. „kradzież semantyczna”, obecna – w mojej ocenie – w przekazie propagandowym „totalnej opozycji” i mediów ją popierających. Samo zjawisko, jak to nazywam, „kradzieży semantycznej” nie jest nowe. Znamy je – może w nieco innej, ostrzejszej wersji – od 1944 roku, a ci, których rodziny mieszkały na terenach zajętych przez Sowietów – nawet od 1939 roku. W Polsce centralnej kłamstwo sowieckie pojawiło się wraz z nadejściem Armii Czerwonej, sporadycznie wcześniej spotykane było w ulotkach PPR czy innej sowieckiej jaczejki.

 

To, co nazywam obecnie „kradzieżą semantyczną” istnieje także i teraz w życiu publicznym IIIRP co może być wytłumaczalne, skoro korzenie IIIRP to komunizm i decyzje Biura Politycznego PZPR. W najogólniejszym zarysie kradzież semantyczna polega na nazywaniu dyktatury – demokracją, kłamstwa – prawdą, a zdrady – patriotyzmem i jest głęboko zakorzenione w umysłach i sercach ludzi, dla których IIIRP jest ich ojczyzną, ich Tenkrajem, który według nich jest zwieńczeniem historii Polski.

Trzeba pamiętać, że kradzież semantyczna odwraca znaczenie pojęć i zamienia je. I tak w swojej akcji propagandowej i hejterskiej wrogowie wolności nazywają demokrację – dyktaturą, a dyktaturę – demokracją. Uzdrowienie chorego systemu sądownictwa – „zamachem na sądy”, a system sądowniczy IIIRP – wolnymi sądami. Zaiste, wolne to były sądy, nawet bardzo wolne, skoro sprawy ciągną się po 5, 10  czy więcej lat, wracając np. z Sądu Najwyższego do powtórnego rozpoznania przez sądy niższych instancji.

 

Kradzieżą semantyczną według mnie jest też nazywanie „fake newsami” po prostu faktów na temat działalności partii kiedyś rządzącej, ludzi z nią związanych albo działań „totalnej opozycji”, jak sami się nazwali. W dniu 2 sierpnia 2018 kandydat na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski ogłosił, że otwiera „biuro do walki z fake newsami”. Tak się przestraszył przypomnienia swojego spotu wyborczego, w którym wykpiwa polską tradycję i patriotyzm, że musiał położyć zasłonę dymną, przypominając publiczności, że istnieją „fake newsy” jako nieodłączny element krajobrazu medialnego. Fake newsy przed erą internetu Bronisław Geremek nazwał „faktami medialnymi”, ale to określenie jakoś się to nie przyjęło.

 

Kradzież semantyczną – w mojej ocenie – uprawiają wrogowie wolności i weszła im już tak w krew, że sami przestali odróżniać prawdę od kłamstwa, zaś nie mając narzędzia do analizy rzeczywistości – popadają w aberrację. Jak bowiem można rozumieć dziwaczne zachowanie niektórych „autorytetów”, rozpaczających w telewizyjnym prime time nad „cenzurą wprowadzoną przez PiS”? Słowo „cenzura” oznacza ograniczenie dostępności jakichś treści poprzez ingerencję jakiegoś „urzędu cenzorskiego”, formalnego albo nieformalnego. Dla wszystkich, którzy jako tako znają rynek medialny w Polsce oczywistym jest, że nic takiego nie istnieje ze strony czynników PiS czy rządowych, natomiast po stronie mainstreamowej istnieją ściśle przestrzegane zasady: jak o kimś pisać, z kim przeprowadzić wywiad, kogo przemilczeć, jak formułować klikbajty, żeby osiągnąć pożądany efekt. Dziś o tych mechanizmach wiemy dużo więcej, a wiedza ta przekazywana jest nie tylko przez zwolenników tzw. „spiskowej teorii dziejów”, ale również przez naukowców, badaczy mediów, dziennikarzy czy publicystów, którzy coraz częściej o tym mówią.

Czy to jest forma jakiegoś rodzaju spisku, nie wiem . Wiem atomiast, że pokaźna część środowiska medialnego – teraz już w drugim pokoleniu – wywodzi się z komunistycznej lewicy albo jej paputczików i środowisko to  bym nazwał – z uwagi na ich działalność –  współczesną komuną, mainstreamową komuną, neokomuną lub też szeroko „mainstreamem”. Nie przeszkadza temu fakt, że ludzie z tego środowiska pracują teraz np. dla „demokratycznego wydawcy”.

Jak to może wyglądać w praktyce można się przekonać obserwując dziennikarstwo i dziennikarzy, którzy przedstawiają tylko jedną stronę (tę której sprzyjają) i jej wersję wydarzeń. To jest właśnie według mnie standard tego „dziennikarstwa” mainstreamu, i świadomie tu używam cudzysłowu. Gdyby redakcje mainstreamowych mediów składały się z rzetelnych dziennikarzy, to utrzymane byłyby w nich przynajmniej podstawowe standardy pracy dziennikarskiej, takie jak „druga noga”, czyli podanie informacji o punkcie widzenia drugiej strony, podawanie sprawdzonych informacji, powoływanie się na wiarogodne źródła a nie na anonimowych „ekspertów”. Jedną z podstawowych zasad jest udzielenie głosu osobie, której poświęcony jest tekst. I nie chodzi tu o autoryzację – wynalazek nieznany w USA, ojczyźnie prawdziwego dziennikarstwa, ale przynajmniej zapytanie o komentarz. Osoba opisywana może odmówić tego komentarza (stąd słynne: „No comments”) ale poproszenie o niego jest obowiązkowe. Zaniechanie tego jest w szanującej się redakcji powodem do zwolnienia dziennikarza. Nie mówiąc już o tym, że informacje podawane na łamach czy portalu muszą opierać się na prawdzie.

Tego nie przestrzegają „dziennikarze”, czego wielokrotnie doświadczyłem na własnej skórze. Od początku 2017 roku pojawiło się co najmniej kilkanaście tekstów na mój temat, w tym dwa duże „coverowe” teksty w GW i DGP, nie mówiąc już o tekstach na portalach, takich jak Onet. Żaden z autorów nie spytał mnie o komentarz, o ustosunkowanie się do tych tekstów i “rewelacji” w nich zawartych na mój temat. Gdy opowiadam o tym w Stanach Zjednoczonych ludziom znającym się na dziennikarstwie i mediach, to nie są wprost w stanie uwierzyć w to wszystko. Niektórzy z nich idą jeszcze dalej konkludując to jednym wyrażeniem: „Soviet’s mechanism!”.

 

Kradzież semantyczna w mojej ocenie to także przeinaczanie i podstawianie pod formy dziennikarskie zupełnie czego innego, tak aby publiczność nieobeznana ze zwyczajami i standardami krajów wolnego świata (pamiętajmy, że IIIRP dopiero wyzwala się z okowów neokomunizmu) myślała, że to co czytają albo oglądają jest wywiadem czy publicystyką, felietonem, podczas gdy jest to albo jakiegoś rodzaju forma hejtu, oszczerstwa czy też oszukańczego ośmieszania rozmówcy. Dzieje się to nagminnie – i dopóki media, które to robią, będą oglądane i kupowane – będzie dalej się pojawiało.

 

W polskich mediach nagminne jest mieszanie faktów z komentarzami, co w konsekwencji doprowadza do regularnych nagonek medialnych. Jednym z narzędzi nagonek jest „hejt”

 

Obserwatorzy życia politycznego IIIRP znają ten anglicyzm. A właściwie spolszczone słowo angielskie, które przeszło dzięki internetowi do codziennego języka właściwie wszystkich Polaków. Angielskie słowo „hate”, rzeczownik „nienawiść” w języku polskim pisany „hejt”, jest także czasownikiem – „hejtować kogoś” jest bardzo precyzyjnym określeniem tego, co ludzie w Polsce obserwują i odczuwają na własnej skórze. Co ciekawe, wydaje się, że słowo to pojawiło się najpierw wśród gimnazjalistów, którzy na co dzień obcowali w mediach społecznościowych z tym zjawiskiem – prześladowaniami na Facebooku (Twittera jeszcze nie było). Zresztą formą hejtu w tamtych czasach były także wpisy na rozmaitych forach internetowych, także lokalnych. W czasach pierwszych rządów PiS w latach 2005-2007 głośna była sprawa uczennicy gdzieś na Pomorzu, która popełniła z tego powodu samobójstwo. Ówczesny minister edukacji, Roman Giertych, miał mnóstwo wystąpień i podjął ponoć dyscyplinujące działania w szkolnictwie.

Zjawisko hejtu przeszło z młodzieżowej subkultury do świata dorosłych wraz rozwojem mediów społecznościowych oraz dorastaniem ówczesnych gimnazjalistów. Pojawienie się Twittera jako medium dominującego w Polskim internecie, zwłaszcza wśród polityków i dziennikarzy, zdecydowanie wzmocniło to zjawisko. Stało się tak ze względu na to, że Twitter jest wprost idealnym narzędziem do generowania hejtu – wpisy 140 – 270 znakowe wymagają lapidarnych określeń a równocześnie działa się pod wpływem impulsu. Ponieważ większość publiczności twitterowej w Polsce pisze bez głębszego namysłu, to generowanie kampanii nienawiści przeciwko poszczególnym osobom czy instytucjom jest niezwykle łatwe. Bezmyślność połączona z chęcią szybkiej reakcji i zaistnienia w cyberprzestrzeni jest wykorzystywana przez tych, którzy są „mastermind” tego, co w Polsce stało się uznanym i tolerowanym przynajmniej przez niektórych narzędziem walki politycznej z konserwatystami. Niestety – przeszło to także do konserwatywnej części polskiego milieu politycznego.

Zjawisko to wpływa zabójczo na dyskurs polityczny, a nawet więcej – na jakąkolwiek sensowną rozmowę opartą o sokratejskie zasady myślenia. W Polsce niestety tak się stało w ciągu istnienia tak zwanej IIIRP, że resztki dyskursu, które były obecne w czasach PRL zostały wyparte przez ordynarną agresję, nie mającą nic wspólnego z myśleniem. Nawet jeśli ktoś chciałby wyrwać się z tego zaczadzenia nienawiścią, choćby w odruchu samozachowawczym, to znajdując się w zaklętym kręgu reakcji na cudze reakcje zwykle nie potrafi z tego kręgu wyjść. O nabraniu dystansu i spojrzeniu z zewnątrz nie ma w ogóle mowy.

Wydaje się bowiem, że nienawiść i frustracja są jednymi z głównych motywatorów zabierania głosu oraz wymiany poglądów w polskim internecie i mediach. Przy tym słowo „poglądy” należy traktować umownie – nie chodzi tu bowiem o zestaw przekonań na jakiś temat, ale raczej o niemal odruchowo wyrzucane przez użytkownika portali społecznościowych pod wpływem impulsu zestawy zdań i fraz, mające wyrazić stosunek emocjonalny piszącego do sprawy czy osoby. Dotyczy to szczególnie polskiej części Twittera. Twitter bowiem stał się głównym rozsadnikiem zarazy nienawiści, generującym konflikty społeczne w Polsce, co jest wykorzystywane przez sowieckie trolle do osłabiania wschodniej flanki NATO.

A ponieważ wynalazek ukierunkowanego i zorganizowanego trollingu jest sowiecki (Sowieci w nowej odsłonie są prekursorami w walce elektronicznej i wojnie hybrydowej) – można, jak się wydaje,  przyjąć, że to, co w tym aspekcie dzieje się w polskim internecie ma zdecydowanie sowiecką inspirację. Sowieci jako główni wrogowie Polski mają interes w tym, żeby generować konflikty społeczne i eliminować poprzez ukierunkowane kampanie nienawiści swoich przeciwników. Jeśli z tego punktu spojrzymy na rozmaite wydarzenia w Polsce, to zrozumiemy, dlaczego niektóre sprawy toczą się tak a nie inaczej. Nie twierdzę bynajmniej, że wszystko bez wyjątku ma inspirację sowiecką, ale lekceważenie tego zagrożenia jest niewybaczalnym błędem, mszczącym się na całym narodzie, a nie tylko na tych, którzy „nie wierzą w teorie spiskowe”.

Według mnie Sowieci wytrwale, w sposób zaplanowany i z wykorzystaniem wielkich środków i najnowszych technologii oraz osiągnięć nowoczesnej psychologii, przeprowadzają operację przeciwko Polsce wybijającej się na prawdziwą niepodległość z neokomunistycznego tworu znanego pod nazwą IIIRP. Nie wchodząc w to, jak to wyzwalanie wychodzi i czy wszystko się udaje – trzeba powiedzieć, że już sam fakt podjęcia przez naród polski takiej kolejnej próby wyrwania się z kleszczy ludobójczego komunizmu jest wystarczająco alarmujący dla Sowietów, żeby przeciwko Polsce prowadzić działania hybrydowe – i one trwają na różnych polach, w tym na medialnym. Wojna hybrydowa przeciwko Polsce trwa i – chcąc nie chcąc – musimy jako naród brać udział w tym narzuconym Polsce konflikcie, jeśli chcemy utrzymać niepodległość. Nie możemy udawać, że nic się nie dzieje, a to, co pojawia się w przestrzeni publicznej to jakieś przypadki.

Strategia i taktyka obecnych sowieckich działań wywodzi się z czasów istnienia Związku Sowieckiego w swojej pierwotnej postaci. Warto sobie przypomnieć, że w Sowietach i państwach strefy sowieckiej jednym z narzędzi wykańczania oponentów politycznych i osób sprzeciwiających się władzy (zarówno jednostek jak i grup społecznych) były nagonki medialne – początkowo w prasie i radiu, a gdy technika się rozwinęła – także w telewizji. W czasach rewolucji bolszewickiej 1917 roku komuniści organizowali nagonki na kler, burżujów czy interwentów. W czasach rządów Stalina – wrogiem wskazywanym przez politbiuro lub sekretariat prasy WKP(b) byli kułacy, Polacy, inżynierowie – całe grupy społeczne przeznaczone do wyniszczenia. Trzeba pamiętać, że w scentralizowanym systemie bolszewickim, przy braku prywatnej prasy, nie było mowy o tym, żeby któraś z redakcji nie wzięła udziału w zorkiestrowanej akcji, będącej wstępem do działań morderczych. Tak jak to się stało w przypadku Polaków, kiedy przygotowywano „operację polską NKWD”. Analizując dzieje ZSRS i krajów podbitych, rządzonych przez komunistów, można zauważyć pewną prawidłowość: akcje eksterminacyjne i polityczne skierowane przeciwko wrogom systemu lub wewnątrz partyjnym oponentom rozpoczynały się akcjami prasowymi, które miały wskazać wroga, otorbić go tak, aby nikt nie myślał nawet o jakiejś pomocy, rozbić go psychicznie i w końcu unicestwić. W czasach nam bliższych, gdy nie stosowano już tak często jak wcześniej metod eksterminacyjnych (pamiętajmy, że po XX zjeździe KPZS po raz pierwszy wymiana władzy w ZSRS zakończyła się nie wymordowaniem przegranych, ale pójściem w odstawkę), kampanie nienawiści kończyły się pozbawieniem stanowisk albo zmuszeniem do emigracji. Oczywiście, były także sytuacje, gdy medialna kampania nienawiści kończyła się śmiercią obiektu kampanii – tak jak stało się to z Bł. księdzem Jerzym Popiełuszką, gdy dyrygentem nagonki był niesławny Jerzy Urban (nota bene także “dziennikarz”, niegdyś rzecznik prasowy rządu PRL, do dzisiaj w dobrym zdrowiu żyjący w Polsce, a teraz popierający kolejną formą przetrwalnikową komunistów). Stało się to w okresie transformacyjnym komunizmu w stronę ustroju niesłusznie nazywanego postkomunizmem. Według mnie jest to raczej neo-komunizm, a Polska jest aktualnie w okresie zrzucania jego jarzma. Jest to trudne zadanie, bo naszym przeciwnikom zależy na utrzymaniu obcych wpływów w Polsce. Oraz utrzymania opinii publicznej kraju atakowanego i jego sojuszników w przeświadczeniu, że żadnej wojny nie ma. Że nie ma ataku.

Tak więc w kraju, jakim jest Polska, przez lata pod komunizmem, a po 1989 roku pod przemożnym wpływem neo-komunizmu mamy utrwalone generacyjne doświadczenie ulegania przemocy medialnej, ponieważ okupacja sowiecka wykształciła mechanizm mimikry. Medialne kampanie nienawiści organizowane przez ośrodek dyspozycji politycznej przeciwnika nazywam na swój własny użytek rosyjskim słowem травля, ponieważ oddaje ono najlepiej charakter zjawiska: jest ofiara, jest grupa naganiaczy i są myśliwi. W języku rosyjskim to słowo oznacza szczucie psami ofiary. W życiu publicznym – ataki medialne na ofiarę. To coś więcej niż po polsku “nagonka”.  Wprawdzie w dzisiejszych czasach nie chodzi o eksterminację (chociaż też są wyjątki), to jednak skutki tego są mordercze dla życia publicznego.

Przede wszystkim współcześni organizatorzy травля chcą doprowadzić do utraty zaufania członków społeczności i szerzej – obywateli – do osób czy instytucji państwa demokratycznego. Do osób i instytucji zagrażających interesom neokomunistów albo wprost interesom Związku Sowieckiego w jego współczesnej postaci. Elementami istotnymi травля jest: osaczenie ofiary, eliminacja zwolenników, uderzenie w godność i poczucie człowieczeństwa ofiary, poniżenie publiczne i na koniec doprowadzenie albo do wycofania się z życia publicznego lub wprost eksterminacja (zabójstwo lub samobójstwo). Aby травля była skuteczna, współcześnie jej organizatorzy muszą dysponować mediami elektronicznymi lub kanałami informacyjnymi w internecie. W czasach pierwotnego komunizmu, gdy nie było internetu, a komuniści dysponowali scentralizowanym aparatem medialnym, nakierowanie mediów na ofiarę wystarczało do osiągnięcia celu. Obecnie, gdy system medialny jest zdecentralizowany, z przewagą mediów prywatnych należących do obcego kapitału (w większości niemieckiego), aby травля była udana, niezbędne jest uruchomienie hejtu internetowego w mediach społecznościowych. I to jest właśnie główny kanał medialny używany przez wrogów Polski. Jest to szczególnie istotne od czasu, gdy okazało się, że polski internet może być – jako zjawisko społeczne i polityczne – wykorzystywany w sposób decydujący w kampaniach wyborczych – co zobaczyliśmy w pełni podczas wyborów 2015 roku. Ale po kolei:

  • Osaczenie

W травля organizowanych w Polsce przez wrogów nie tylko Dobrej Zmiany ale i – w mojej ocenie – Polski w ogólności, kwestia pierwszego etapu jest kluczowa, warunkująca powodzenie operacji. Osaczenie polega na takim sformatowaniu wizerunku ofiary w umysłach odbiorców, aby otoczenie społeczne nie myślało nawet o rzeczowej analizie zarzutów w stosunku do postaci, na którą prowadzona jest травля. W jaki sposób dokonuje się osaczenie?

Są dwa podstawowe sposoby: spotwarzenie i insynuacje. Spotwarzenie jest takim przedstawieniem osoby, aby nikt ze społeczności, do której jest adresowany przekaz, nie chciał (ani próbował) solidaryzować się z osaczanym. Samo słowo „osaczenie” w języku polskim pochodzi od słowa „sak” czyli rodzaj sieci. Sieć wyodrębnia łowioną rybę od otoczenia. I właśnie ta ilustracja pokazuje dokładnie o co chodzi. Potwarz albo insynuacja (czyli „pomiędzy wierszami” informowanie o jakichś negatywnych przymiotach osoby, albo jej negatywnych czynach) powodują, że jest ona „wyodrębniona” ze swojego otoczenia społecznego. W gruncie rzeczy – samotna, bez pomocy. I wydana na łup nagonki. Otoczenie jedynie się przygląda, co się z nią stanie, bez udzielania pomocy.

  • Eliminacja zwolenników

Oczywiście istotne dla życia publicznego osoby, przywódcy polityczni, działacze społeczni czy duchowni, nie działają w próżni i mają swoich zwolenników. Zwolennicy mogą występować w obronie ofiary nagonki. Do zapobieżenia tej interwencji służy opisane powyżej osaczanie. Innym sposobem eliminacji zwolenników jest korupcja polityczna – oferowanie jakichś beneficjów zwolennikom osaczanego, tak aby utracił ich poparcie. Również sama groźba zwrócenia się machiny propagandowej przeciwko zwolennikom atakowanego jest skutecznym narzędziem powstrzymania pomocy.

  • Uderzenie w godność i człowieczeństwo ofiary

Ten etap травля ma na celu takie sformatowanie wizerunku ofiary w umysłach odbiorców, aby później łatwiej i bez protestów można było ją wyeliminować z życia – albo społecznego albo wprost spośród żywych. Uderzenie w godność jest oczywiście kontynuacją osaczania i może przebiegać w ten sam sposób. Mogą też dojść dodatkowe elementy, takie jak np. znane z propagandy komunistycznej i nazistowskiej „odczłowieczanie”, przedstawianie ofiar jako insektów, robactwa, lub też jako osoby o jakichś odrażających w danej społeczności przymiotach. Na tym etapie mogą być też nadawane ofiarom uwłaczające przydomki, ośmieszanie ofiar przez przypisywanie cech uchodzących za zabawne, naigrawanie się z nazwiska i inne. Ten etap nagonki ma też na celu (w jeszcze bardziej diabolicznym wymiarze) uznanie przez ofiarę, że rzeczywiście ma cechy, które przypisuje jej wrogi przekaz. Nazywam to „efektem Grzesiuka” – bo pierwszy raz z tym zjawiskiem zetknąłem się przed laty podczas lektury jego opowieści obozowych „5 lat kacetu”. Grzesiuk opisuje co odkrył po kilku miesiącach spędzonych w niemieckim obozie koncentracyjnym – że zabójcze dla więźniów oprócz samych warunków obozowych było także psychiczne nastawienie ofiary. Jeśli więzień zaczynał patrzeć na siebie oczami Niemców i uwierzył w to, że jest „Untermenschem” – podczłowiekiem, niewartym życia, to znacznie łatwiej popadał w „zmuzułmanienie”, co w konsekwencji prowadziło do śmierci. Ten efekt jest szczególnie pożądany przez organizatorów травля – nie ma dla nich nic lepszego, niż zaakceptowanie przez ofiarę tego, jak jest przedstawiana w травля.

  • Poniżenie publiczne ofiary

Ten etap травля (jeśli do niego dojdzie, ponieważ często ofiary załamują się wcześniej i wycofują z aktywności publicznej) ma na celu ostateczne załamanie atakowanego i doprowadzenie do jego wyjścia z życia – albo publicznego albo z życia w ogóle. Potem jest już tylko albo upokarzająca deklaracja o zaprzestaniu działalności albo samobójstwo.

 

Tравля są – w mojej ocenie – narzędziem wykorzystywanym przez Sowietów do ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski za pomocą własnej agentury, lub przy pomocy całej plejady tzw. „pożytecznych idiotów” (useful idiots, Полезные идиоты). Równocześnie musimy rozróżnić pomiędzy krytyką prasową, zupełnie normalną w demokracji, a травля – które służą rozbiciu instytucji demokratycznych i wyeliminowaniu antykomunistów i patriotów.  Organizacja травля według powyższych zasad jest możliwa tylko wtedy, gdy istnieją “kotwy mocujące” w systemie medialnym Polski – taki układ personalny, który będzie pasem transmisyjnym sowieckiego przekazu. Mówimy tu już wprost o ludziach, którzy w świadomy sposób działają na rzecz obcych interesów – niemieckich i sowieckich, które akurat na terenie Polski są zbieżne. Ten układ personalny w wielu punktach jest niezmienny od 1989 roku. Są to niezbyt eksponowane funkcje, ale mające wpływ na to, jak wyglądają polskie media.

 

Konkluzja musi być jedna – aby Polska pozostała krajem demokratycznym i niepodległym, potrzebna jest repolonizacja mediów. Trzeba ujawniać, jak działają mechanizmy hejtu w internecie, uczyć ludzi krytycznego myślenia i nieulegania bezkrytycznie internetowym fake newsom. Musi też nastąpić odbudowanie zawodu dziennikarza. To dziennikarze kształtują opinię publiczną i mają wpływ na to, co ludzie myślą. Dziennikarze mają służyć prawdzie a nie organizować nagonki na przeciwników politycznych. Wcale nie potrzebujemy dziennikarzy posłusznych rządowi czy PiS. Potrzebujemy po prostu rzetelnych dziennikarzy, dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, nie ulegających naciskom, lecz poszukujących prawdy. Ludzi wychowanych w dogłębnej znajomości etosu tego zawodu, reprezentujących wysoki poziom moralny i do tego odważnych. Sprzeciwienie się mainstreamowi nie jest łatwe, wiele można stracić. Ale uleganie mu przynosi konkretne straty całej społeczności, całemu narodowi, Polsce.

 

1 komentarz

  1. Przed laty zjawisko zostało nazwane zapaść semantyczna. Nie oddaje to istoty sprawy ale lepiej określa niż kradzież semantyczna . Destrukcja, może aberracja . Autor prawidłowo przedstawia przykłady: dobro nazywane jest złem , a brzydota pięknem, przyzwoitość to ciemnogród. Kradzież jest o tyle lepsza że wskazuje na istnienie aktywnego czynnika destrukcji a zapaść dzieje się niejako samoczynnie w wyniku naturalnych zjawisk rozpadu zachodzących w świecie materii. Sumując : wciąż brak celnego nazwania kłamstwa pojęciowego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.