Historia jednej rodziny – część druga

Wojenne losy rodziny Murawskich – ciąg dalszy; część pierwsza do przeczytania tutaj

Obóz w Potulicach

W obozie funkcjonowała szkoła, raczej namiastka szkoły. Była jedna duża sala. Już nie pamiętam, jakie grupy dzieci na te lekcje przychodziły, które ponadto odbywały się nieregularnie. W obozie, jak wspomniałem, było dużo dzieci, z tym, że od 12 roku życia musiały już iść do pracy. W tej oto obozowej szkole otrzymał zatrudnienie nasz ojciec, gdy się okazało, że jest z zawodu nauczycielem i zna perfekcyjnie język niemiecki.

Tatuś uczy dzieci wszystkie razem w języku polskim, tłumaczonym na niemiecki. W kantorku z tyłu, za szklaną ścianą, siedzi Sturmführer (gestapowiec) Kurtz – sprawdzający sposób nauczania tatusia oraz pocztę obozową. Tatuś, gdy jest wolny, pomaga mu. Przypuszczam, że stemplował pocztę. Kurtz jest kulturalnym człowiekiem, traktuje tatusia po ludzku – normalnie. Informuje tatusia, ze musi sprowadzić dzieci, które uciekły i są u krewnych. W przeciwnym razie rodziny te będą również wywiezione do obozu. Mówi, że sam wyśle te listy z poczty we wsi i nie będą sprawdzane. Poza tym poucza, żeby krewni przywozili dzieci bez pośpiechu – nie wszystkie razem. Gdy już wszyscy jesteśmy razem, przenoszą nas do baraku nr 8. Mieszka z nami rodzeństwo: Mietek i Terenia Czerwińscy.

Maryla:

Nie wiem dokładnie, jak znalazłam się w obozie… Gdy przybyliśmy do obozu w Potulicach, musieliśmy się rozebrać z naszych rzeczy i przejść przez łaźnię, rzeczy (ubrania) zostały oddane do parowania. Na pewno nie wiedziałam, co znaczy obóz, ale tak się cieszyłam, że byliśmy znowu wszyscy razem.

 Mieszkaliśmy w baraku, w izbie, gdzie były piętrowe łóżka i oprócz naszej 9-cio osobowej rodziny mieszkały z nami dwie osoby, rodzeństwo. Ja spałam w łóżku przy drzwiach na piętrze. W nocy kąsały nas pluskwy, siedziały takie czerwone w szparach między deskami. Tatuś usiłował je zabijać scyzorykiem z lampka w ręce, ale czasami z zewnątrz słychać było „verdunkeln”.

Moje wspomnienia związane z przybyciem do obozu pokrywają się z relacjami Oli i Maryli. Pierwsze wrażenie: rzędy baraków, a w środku duży plac apelowy. Z ciocią Marynką musieliśmy się pożegnać po wejściu do urzędowej części obozu, w której mieściła się administracja. Po zewidencjonowaniu nas (mnie i Zenona) zostaliśmy wprowadzeni do obozu, gdzie w towarzystwie kapo czekał na nas już tatuś, wcześniej o naszym przybyciu poinformowany. Pierwsze kroki prowadziły do łaźni. Po kilkunastu dniach, w taki sam sposób, zostali dowiezieni do obozu Fela wraz z Andrzejem i Marylką. Rodzina zatem była już w komplecie.

Jak wyglądało życie w obozie?

W 1943 roku trafiliśmy już do nowo wybudowanego obozu. Baraki, w których zostaliśmy ulokowani, były, w porównaniu do tych wcześniejszych, niezwykle prymitywnych, bardziej komfortowe, jeśli takiego określenia można użyć. Ustawione były rzędami i ponumerowane. Wciąż dobudowywano nowe. Baraki oznaczone numerami 6 – 12 posiadały izby małe, z trzema zestawami pryczy, w których można było zakwaterować nawet kilkanaście osób; baraki od numeru 13 wzwyż posiadały izby duże, w których można było umieścić kilkadziesiąt osób. Nasza rodzina została ulokowana w baraku z izbami małymi. Sądzę, że wpływ na to miała pozycja ojca związana z jego pracą – kierowanie szkołą obozową. Przez całą długość baraku prowadził środkiem korytarz, a na jego końcu po obu stronach były toalety, osobne dla kobiet i mężczyzn, w których mieściły się krany z zimną wodą oraz sedesy (bez kabin). Na początku korytarza, przy wejściu, znajdowała się jednoosobowa izba, którą zajmował kapo nadzorujący ten barak.

Życie w obozie rozpoczynało się wcześnie rano; pobudka, o ile się nie mylę, była o godzinie 5:00. Około godziny 5:30 rozdawano kawę, a o godzinie 6:00 była już zbiórka na placu apelowym, skąd po odprawie, w kolumnach, udawano się do pracy. Szczególnie uciążliwe były te apele na jesieni lub w zimie, zwłaszcza gdy trzeba było nieraz długo czekać na odprawę lub stać w deszczu lub na mrozie. Ci, którzy pracowali na terenie obozu, a znajdowało się na jego terenie wiele różnych warsztatów, wracali po godz. 12:00 do swych baraków na posiłek obiadowy, po czym wracali z powrotem do swych zajęć, i pracowali do godz. 18:00. Natomiast ci, którzy udawali się do pracy poza teren obozu, wracali z powrotem dopiero wieczorem. Obiad dostarczano im w miejscu pracy. Wieczorem, po powrocie do baraków, rozdawano kawę oraz porcję chleba z marmoladą; ten przydział musiał starczyć na kolację i na śniadanie. Pracowaliśmy we wszystkie dni roku, również w niedziele i święta (wolnymi dniami od pracy były pierwsze dni świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy i Zielonych Świąt, czasem także jakaś niedziela). Wieczorem, na ile warunki obozowe zezwalały, rozwijało się życie towarzyskie. Najczęściej były to jakieś koleżeńskie spotkania. Graliśmy nawet w karty (własnego wyrobu). Po godz. 22:00 nie można było przebywać poza swoim barankiem, sprawdzano obecność, obowiązywała cisza nocna.

Dwie rzeczy były najbardziej dokuczliwe: głód i pluskwy.

Gdy chodzi o jedzenie, było ono okropne i niewystarczające. Chodziłem cały czas głodny. Wieczorem, jak już wspomniałem, dostawaliśmy niedużą pajdę czarnego chleba z marmoladą i kubek kawy. Porcja chleba musiała starczyć na dwa posiłki. Każdy we własnym zakresie musiał zdecydować, jak ją sobie podzielić. Ja najczęściej zjadałem całą porcję chleba, grubości dwóch skibek, na kolację; rano – nie było już nic do jedzenia, tylko kubek czarnej kawy. Pamiętam, że moim największym pragnieniem było najeść się do syta. Doświadczyłem w obozie, co to jest głód i nigdy tego uczucia nie zapomnę. Znajdowałem się wtedy w okresie dorastania, miałem 13-14 lat, a więc byłem w okresie rozwojowym, w którym organizm intensywnie rozwija się i ma się szczególnie duży apetyt. Na obiad było pół litra zupy, w okresie jesienno-zimowym z brukwi lub kapusty, a w okresie wiosenno-letnim z różnego rodzaju chwastów, przeważnie z pokrzyw i lebiody. Czasem, jak miało się szczęście, można było trafić na jakiś ziemniak, za to dużo częściej odnajdowaliśmy w niej robaki. Przez cały czas pobytu w obozie, przez blisko dwa lata, raz tylko na obiad były ziemniaki (na Zielone Święta); ani razu nie było mięsa, nie mówiąc już o jakiejś wędlinie (kiełbasie), serach, twarogu czy mleku. Tych wszystkich produktów żywnościowych, tak ważnych dla fizycznego rozwoju w okresie dzieciństwa, byliśmy całkowicie pozbawieni.

Drugim bardzo dokuczliwym problemem były pluskwy. Nie dawały w nocy spać. Wyłaziły ze szpar między deskami (baraki były zbudowane z desek, podobnie prycze). Po pewnym czasie zdecydowano się na wygazowanie baraków. Na jakiś czas to pomogło, ale nie na długo. Piszą o tym Ola i Maryla.

Ola:

Pluskwy… gryzły i wychodziły, gdy tylko zgasło światło. Ściany w pomieszczeniach były z wąskich desek i głębokimi szparami. Panoszyło się to robactwo w tych szparach… Gdy nie dawały spać, tatuś szybko zapalał światło i przejeżdżał scyzorykiem po tych szparach. Równie szybko, chociaż okna były zasłonięte, zjawiali się żandarmi, pukali w okno i wołali „Verdunklung”. Pytali: „was machen sie da?” Tatuś odpowiadał: „Wanzenschlacht”. Podobnie było z wszawicą. Wszy oprócz włosów wchodziły do odzieży i siedziały w szwach. Codziennie przed ułożeniem się do snu, zabijaliśmy to świństwo paznokciami kciuka. Również od czasu do czasu odbywało się odwszawianie, tzn. prysznic i przegląd włosów. Gdy tylko coś znaleziono we włosach, zaraz maszynką golono głowę.

 Od czasu do czasu odbywało się gazowanie baraków przeciw pluskwom. Po gazowaniu trzeba było sprzątać, ponieważ wszystkie rzeczy zostały w barakach. Zakręcali wodę, żeby utrudnić ludziom sprzątanie. Wyznaczali czas i SS-mani przychodzili sprawdzać. W pomieszczeniach po gazowaniu trzeba było nocować (pomieszczenia nie były dobrze wywietrzone). Maryla, młodsza siostra, po każdym gazowaniu dostawała krwotoku nosa.

Maryla:

W obozie z powodu pluskiew przeprowadzano gazowanie baraków. Trzeba było potem wszystko wynieść i umyć, ale wodę zamykano. Pamiętam, jak stałam z kanką po wodę w kolejce do kotłowni.

Do pracy byli zobowiązani wszyscy powyżej 12 roku życia. Ojciec pracował w obozowej szkole.

Pisze:

 Uczyłem w szkole obozowej w Potulicach dzieci w wieku szkoły podstawowej w 4 dniach tygodnia i chłopców powyżej 14 lat w szkole zawodowej 2 razy w tygodniu.

Mama w ogóle nie pracowała. Nie umiem wytłumaczyć, jak to się jej udawało. Ale wydaje mi się, że ze względu na dużą gromadę dzieci; było nas siedmioro i trzeba było się nami opiekować. Trójka ze starszego rodzeństwa – Fela, Roman i Zenon – musieli podjąć pracę. Fela chodziła do pracy w szwalni, mieszczącej się w zamku, gdzie funkcjonował zakład, w którym szyto kożuchy dla niemieckich żołnierzy. Pracowało tam wiele kobiet, zwłaszcza młodych dziewcząt.

Zamek Potulickich w tym czasie przestał już pełnić funkcję obozu. Mieściły się w nim różne warsztaty i pracownie, między innymi także owa szwalnia. W podziemiach był bunkier, wzbudzający powszechny strach, gdzie umieszczano za karę „niepoprawnych” obozowiczów. Gdy przybyliśmy do Potulic, przetrzymywano w podziemiach zamku sporą grupę Żydów. Po kilku tygodniach, pewnego dnia zniknęli. Prawdopodobnie zostali wywiezieni do innego obozu, gdzie zostali zagazowani.

Zenon i ja, ze względu na naszą dosyć dobrą znajomość języka niemieckiego, zostaliśmy zatrudnieni jako gońce: Zenon jako goniec w rezydencji komendanta obozu, ja – w biurach obozu. Względnie komfortową sytuację, jak na obóz, miał Zenek. Mieszkał w piwnicach (w kotłowni) rezydencji komendanta obozu, w willi, nazywanej „białym domem”. Miał tam dosyć dobre warunki: ciepłą wodę, nie dokuczały mu pluskwy, nie chodził głodny – korzystał z posiłków lokalnej kuchni. Nieraz udało mu się coś z jedzenia przemycić dla nas, do obozu. Wtedy była wielka radość; mogliśmy doświadczyć, jak smakowało normalne jedzenie. Jako gońce mieliśmy przepustki, zezwalające na wielokrotne przekraczanie obozu. Wartownicy, przy bramie obozowej, nas już trochę znali, więc nie zwracali na nas specjalnej uwagi. Moja rola jako gońca polegała na tym, że w budynku administracyjnym obozu, umiejscowionym zaraz obok bramy obozowej, pełniłem na korytarzu dyżur – i byłem takim chłopcem na posyłki: coś zanieść, coś przynieść itp. Było nas trzech, miedzy innymi wspominany przez Olę Lutek Cendrowski. Jak na warunki obozowe, była to bardzo dobra praca. Nie była uciążliwa. Dzięki temu, że można było wychodzić poza teren obozu, dawała jakieś poczucie wolności. Ponadto można było nieraz coś zdobyć do jedzenia, np. gdy byliśmy wysyłani z jakimś poleceniem do przyobozowego ogrodu. Pracowali tam więźniowie, więc czasem jakiś owoc czy warzywko wetknęli do kieszeni.

Dzieci do dwunastego roku życia w ciągu dnia wyprowadzano do lasu, niedaleko obozu (oddalonego od bramy obozowej niecały chyba kilometr). Był on ogrodzony drutem. Wspomina o tym Marylka.

Dzieci musiały chodzić do lasu, wydawało mi się, że było daleko. Starsze dzieci budowały z mchu wały-szałasy, aby osłonić się przed wiatrem i od zimna. Do lasu szliśmy czwórkami, w kolumnach. Przechodziliśmy przez straż, gdzie kapo liczył nas i meldował. Kapo – był to wysoki mężczyzna w ciemno niebieskim mundurze, z dużymi zębami i silnym głosem, bardzo się jego bałam. W lesie wszyscy biegli szybko do swoich szałasów, bo inni niszczyli je i kradli mech. Andrzej był bardzo szybki i zawsze w naszym szałasie był pierwszy, a w ogóle był przedobry, opiekuńczy i odważny, przy nim czułam się bezpieczna. Pewnego razu musiałam iść do lasu tylko z Leosiem, bez Andrzeja. Czułam się bardzo opuszczona, nie dostaliśmy miejsca w szałasie, tylko siedzieliśmy pod drzewem, na szczęście było ciepło. Ja zasnęłam, a Leoś, bardzo kochany, siedział przy mnie i dostał biegunki. Jak się obudziłam, był bardzo zabrudzony, wycierałam go trawą, bo nic innego nie miałam. W czasie pobytu w lesie przywożono w takim zielonym, dużym pojemniku na dwóch kołach zupę, albo wodę, i trzeba było z kubkiem biec, aby coś dostać. Oczywiście, Andrzej był niezastąpiony, sprytny, szybki, zawsze coś dla nas zdobywał. A jak byłam sama z Leosiem, nie dostaliśmy nic do jedzenia. A gdy wracaliśmy do obozu, to nie mieliśmy miejsca w kolumnie, czekaliśmy z boku, żeby kapo nas do kogoś dołączył.

Chciałbym jeszcze kilka słów powiedzieć o spędzaniu wolnego czasu. Nie było go zbyt wiele: w zasadzie tylko wieczory po pracy do godziny 22:00, czasem niedziela. W miarę upływu czasu, zawiązywały się znajomości, powstawały więzy koleżeństwa i przyjaźni. Staraliśmy się wytworzyć na miarę możliwości, jaki stwarzał obóz, jakąś przestrzeń wolności. Obóz był otoczony podwójnym kordonem drutu kolczastego, po jego zewnętrznej stronie znajdowały się budki strażnicze, pilnowali nas uzbrojeni żołnierze (wachmani). Trzeba było starać się żyć w miarę normalnie, żeby nie popaść w jakąś depresję, żeby nie zwariować. Można było spacerować „aleją” wzdłuż baraków, co też chętnie czyniliśmy. Owa droga, nazywana przez nas aleją, stawała się po pracy istnym deptakiem. Chodziliśmy w małych grupkach, rozmawiając na różne tematy, przekazując sobie wiadomości dotyczące działań wojennych, snując niejednokrotnie jakieś wizje na przyszłość. Miałem kilku bliskich kolegów, z którymi spotykałem się na takich spacerach. Ponadto staraliśmy się ten wolny czas w jakiś inny, sensowny sposób wykorzystać.

Ola:

Po powrocie z lasu graliśmy często w karty. Przychodził Lutek Cendrowski, czasami Roman Gdaniec i graliśmy w loterię, baśkę i w tysiąca. Staraliśmy się w tym trudnym dla nas czasie coś robić, czy czegoś nauczyć się. Bardzo powszechną grą, głównie wśród dzieci, była gra w kamyki. Kamyki były wszędzie, łatwe do zdobycia. Musiało być 5 względnie równych kamyków, mieszczących się w garści. Polegała ona na podrzucaniu kamyków po kolei od jednego do pięciu i łapaniu ich. To w obozie nauczyłam się robić siatki różnego użytku. Przeważnie z jakiegoś cienkiego sznurka lub nici. Już nie pamiętam, w jaki sposób te sznurki czy nici osiągaliśmy. Igły do przetykania oczek robili nam panowie stolarze w stolarni. Robili ponadto różne piękne rzeczy, np. kasetki do przyborów do szycia. W obozie nauczyłam się robić na drutach. Organizowaliśmy chyba przez gońców biały sznurek, który rozciągaliśmy jak watę, a potem przędliśmy na wrzecionach ręcznych, które robili nam również stolarze. Pamiętam, jak robili piękne drewniane spody na letnie klapki (dzisiaj modne koturny). Przybijali jakieś tam wierzchy z materiału lub kolorowej taśmy. Robili to wszystko po kryjomu. Te wszystkie prace wykazywały duży artyzm.

Małe dopowiedzenie ode mnie.

Niewiele rzeczy osobistych ludzie przywozili z sobą do obozu. Wywózka, jak w naszym przypadku, zawsze była nagła, odbywała się w nocy i było mało czasu na spakowanie się. Kto w takiej sytuacji jest w stanie przewidzieć, co zabrać, co może się przydać? Nie ma się głowy, żeby o tym wszystkim pomyśleć. Toteż wielu rzeczy w obozie brakowało, inne niszczyły się przez częste ich używanie. Wprawdzie ci, którzy musieli podjąć pracę, dostawali ubrania obozowe, ale wszystko inne zużywało się szybko. W obozie starano się te braki w różny sposób usuwać. W warsztatach stolarskich, w których przyszło mi wkrótce pracować, robiliśmy potajemnie różne rzeczy, między innymi drewniane walizki, szkatuły na przybory do szycia, ale największym powodzeniem cieszyły się drewniane klapki, zarówno męskie, jak i damskie. Sporo takich klapek udało mi się zrobić, nieraz za jakąś kromkę chleba.

W obozie istniał specjalny barak, który był obozowym szpitalem. Pracowali w nim obozowi lekarze, oczywiście pod nadzorem jakiegoś lekarza-gestapowca. Panowały nawet względnie dobre warunki. Ten szpital obozowy najbardziej wbił się w naszą pamięć poprzez szczepienia, którym musieliśmy się od czasu do czasu poddać. Bardzo baliśmy się ich. Były bolesne. Pamiętam, że lekarka czy pielęgniarka stała z dużą strzykawką w ręku i po kolei wbijała tę samą igłę, nie zmieniając jej, w ramię czy w pierś podchodzących w kolejce do niej obozowiczów. Na ogół po takim szczepieniu trzeba było odchorować, bo były to nieraz dawki drakońskie. Być może, że udawało się w ten sposób ustrzec społeczność obozową przed groźnymi infekcjami i zaraźliwymi chorobami. Spośród naszego rodzeństwa w szpitalu obozowym znaleźli się Leoś i Marylka. Przypominam sobie pobyt Leosia, który miał niecałe trzy latka. Już nie pamiętam, na co chorował. Jako goniec mogłem wejść do tego szpitala, udając, że przyniosłem tu jakieś pismo czy dokument. Leżał taki biedny, osamotniony na jednej ze szpitalnych sal… O swoim pobycie w szpitalu pisze Marylka:

Gdy byli z nami jeszcze rodzice, dostałam silnego krwotoku z nosa. Nie można było zatamować krwawienia (dzisiaj wiem, że spowodowane było to brakiem witaminy C). Zawinęli mnie w prześcieradło i zanieśli do szpitala – był taki. Położyli mnie na wysokim łóżku i lekarz założył do nosa tamponadę. Zatrzymali mnie w szpitalu. Nie dostałam jedzenia, ale chciało mi się strasznie pić. Poprosiłam o wodę, a przynieśli do picia brązowe i bardzo słone maggi – nie dało się tego pić. Ten obrzydliwy smak pamiętam do dzisiaj. Ze szpitala odebrała mnie Fela. Te krwawienia z nosa miałam jeszcze długo po powrocie z obozu.

Ciąg dalszy w kolejnych numerach “Reduty Online”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.