Historia jednej rodziny – część pierwsza

Od redakcji: Tekst nadesłany w ramach Akcji #PowiedzmyNiemcomPrawdę. Wojenne losy rodziny Murawskich, upamiętnione w dramatycznej relacji ,,Historia jednej rodziny”, ze względu na bardzo obszerny materiał, będą zamieszczone w dwóch kolejnych wydaniach.

Maria Szuster, ks. Roman Murawski

Wojenne losy rodziny Murawskich (1939-1945)

Wojenne losy naszej rodziny były bardzo dramatyczne. Powstał zamysł, aby je spisać, inspirowany również i tym motywem, aby mogły je poznać przyszłe pokolenia wywodzące się z naszych rodzin. Kilka lat temu prosiłem rodzeństwo, aby każdy spisał to, co zapamiętał. Fela, Zenon i Andrzej nie zdążyli, albo też nie chcieli napisać, a wiem, że pamiętali sporo; odeszli już do Pana. Te wspomnienia, które przedstawiamy, spisaliśmy wspólnie: Ola (Aleksandra), Maryla i Roman, który je uporządkował, zebrał w całość i nadał im ostateczny kształt. Pozostało również kilka luźnych notatek po zmarłych rodzicach, zwłaszcza po ojcu. Te ostatnie powstały, jak można z charakteru ich zapisu domyślać się, jako szkice lub teksty konferencji, które ojciec wygłaszał w różnych miejscach, na które był zapraszany jako autentyczny świadek tamtych dramatycznych wydarzeń.

Wspomnienia, które utrwaliły się w naszej świadomości, przekazujemy w wielkim skrócie i mogą być niepełne. Dotyczą bowiem wydarzeń sprzed ponad siedemdziesięciu lat i sporo rzeczy możemy nie pamiętać lub pamiętać niedokładnie. Byliśmy bardzo młodzi; Marylka, gdy Niemcy wywozili nas do obozu, miała zaledwie 5 lat. Niełatwo jest o tych przeżyciach i doświadczeniach pisać. Mimo że upłynęło już tyle lat, są one wciąż żywe. Los sprawił, że musieliśmy stawić im czoła w okresie dzieciństwa, w okresie życia szczególnie wrażliwym na traumatyczne przeżycia.

Jest jeszcze jeden motyw, który skłonił nas do utrwalenia na piśmie naszych wojennych przeżyć: wdzięczność wobec ludzi, którzy nam pomogli. Już nie żyją. Ale bez pomocy tych ludzi, zarówno krewnych, jak i osób nam całkiem obcych, nie bylibyśmy w stanie tych dramatycznych, wojennych lat w ogóle przeżyć. Pragniemy im bardzo serdecznie podziękować. Zachowujemy ich bezinteresowną pomoc we wdzięcznej pamięci. Niech im Pan to wynagrodzi!

                                                                         *     *     *

W 1939 roku mieszkaliśmy w Rumi. Było nas sześcioro rodzeństwa: Felicja – lat 11, Roman – lat 9, Zenon – lat 8, Ola – lat 7, Andrzej – lat 3 i Marylka – lat 1; siódmy z rodzeństwa, Leon – urodził się w czasie wojny w 1941 roku. Ojciec – Alfons, lat 37, pełnił funkcję kierownika szkoły, matka – Gertruda, lat 38, prowadziła dom. Mieszkaliśmy w szkole (dzisiaj szkoła nr 1), w tzw. Starej Rumi. Rumia była kaszubską wioską, która, wraz z rozwojem Gdyni, zaczęła się szybko rozbudowywać. Przed wojną gmina liczyła już ponad 6 tysięcy mieszkańców. Przedwojenna Rumia szczyciła się tym, że wybudowano na jej terenie lotnisko gdyńskie (rozbudowane w czasie wojny przez Niemców, w 1945 roku całkowicie zniszczone i nigdy nie odbudowane; na jego terenie znajduje się obecnie osiedle mieszkaniowe). Byliśmy szczęśliwą rodziną. Dzieciństwo nasze upływało radośnie i beztrosko – aż do 1 września 1939 roku.

Wrzesień 1939

Ola wspomina (teksty Oli i Maryli podaję kursywą):

Rozpoczęcie II wojny światowej pamiętam bardzo dobrze. Miałam tego dnia rozpocząć rok szkolny w 1-szej klasie. Obudziły nas odgłosy wystrzałów i warkot samolotów. W Rumi było wówczas lotnisko. Zbiegliśmy szybko z piętra na parter [dzieci miały sypialnię na pierwszym piętrze], gdzie była sypialnia rodziców. Zobaczyłam jak tatuś dyskretnie odsuwa firankę i mówi, że są to obce samoloty. Ponieważ mieszkaliśmy w gmachu szkoły, a pogoda była piękna i słoneczna, poszłam do części, gdzie mieściły się klasy i zobaczyłam wielu rannych. Panowała panika…Uciekamy do lasu, gdzie przebywamy dwie doby.

Moje wspomnienia dotyczące tamtego dnia:

 Byłem wraz z moją siostrą Felą już po pierwszej Komunii świętej. Tego dnia, 1 września, przypadał pierwszy piątek miesiąca. Z tej racji wybieraliśmy się rano na godzinę 7:00 do kościoła na Mszę św. Zostaliśmy wcześniej zbudzeni, krótko po godzinie 6:00. Wstając, słyszałem warkot maszyn. Myślałem, że to nasz sąsiad, znad przeciwka, młócił zboże. Nagle dały się słyszeć potężne eksplozje, od których zatrząsł się cały dom i szyby w oknach. Ogarnęło nas przerażenie. Zbiegliśmy szybko na dół do rodziców. Ojciec wyglądał przez okno i mówi: rozpoczęła się wojna, niemieckie samoloty bombardują lotnisko. Poszliśmy do kościoła, a po powrocie zobaczyliśmy, że szkoła została zamieniona na szpital; w klasach szkolnych byli ranni. Wskutek bombardowań zostało zniszczonych kilka domów w okolicach lotniska. Kilka bomb spadło na lotnisko, które w tym czasie było puste; nie było już polskich samolotów, kilka dni wcześniej opuściły lotnisko. Rozeszła się pogłoska, że w południe, około godziniy 14:00, ma być następne bombardowanie. Nie wiem, skąd ludzie mieli te informacje. Rzeczywiście około godziniy 14:00 nad Rumią przeleciały dosyć nisko niemieckie samoloty, ale nie zrzuciły żadnej bomby. Ponieważ robiło się niebezpiecznie, rodzice wraz ze znajomymi postanowili ukryć się w lasach okalających Rumię. Tak też zrobiono. Po dwóch dobach wróciliśmy z powrotem do domu.

Pisze Ola:

Gdy wracamy do domu [z lasu], przychodzą do naszych piwnic mieszkańcy Rumi. Ludzie modlili się wśród huku wystrzałów. Wojsko niemieckie wyrzuca ludzi z domów i zamyka wszystkich w kościele (na jedna dobę).

Chciałbym, odwołując się do mojej pamięci, trochę ten wątek rozwinąć.

Po dwóch dobach spędzonych w lesie wróciliśmy do swoich domów. Przez kilka dni był względny spokój. Nadsłuchiwaliśmy, co się dzieje, jak przebiegają działania wojenne, gdzie jest front. Po kilku dniach działania wojenne objęły Rumię. Schroniliśmy się w piwnicach szkoły, gdzie zgromadziło się też wielu okolicznych mieszkańców. Rumia była ostrzeliwana, na ile pamiętam, przez trzy, cztery dni. Tyle czasu spędziliśmy w pomieszczeniach piwnicznych szkoły. Działania wojenne były bardzo intensywne. Niebezpiecznie było wychodzić na zewnątrz. Słychać było huki wystrzałów. Ludzie modlili się. Po kilku dniach Stara Rumia została zdobyta. Niemieccy żołnierze wyprowadzili nas, a także ludzi z okolicznych domów, na plac przed szkołą, a potem zamknęli w kościele. Pamiętam, że zanim weszliśmy do kościoła, staliśmy jakiś czas, pod obstrzałem, przed kościołem, na drodze oddzielającej kościół od cmentarza, i widziałem na cmentarzu jeszcze polskich żołnierzy. Dochodziło tam do walki wręcz. W kościele spędziliśmy jedną dobę. W tym czasie, w pewnym momencie, potężna eksplozja wstrząsnęła kościołem. Z ostrzału artyleryjskiego z Kazimierza (dwa kilometry odległego od kościoła), dokąd wycofali się polscy żołnierze, została strącona wieża kościoła.

Wspomnienia Oli:

Z kościoła wypuszczają kobiety i dzieci, a mężczyzn wyprowadzają osobno. Tatuś znalazł się w więzieniu w Wejherowie. My wracamy do naszego mieszkania, do szkoły. Niemcy podpalają stodołę, szukając tam polskich żołnierzy. Nas wyrzucają z mieszkania. Uciekamy przez lotnisko wśród wystrzałów do Wejherowa, gdzie zatrzymujemy się u kuzynki mamy – cioci Pauli. W drodze zaginął gdzieś nasz brat Roman. W Wejherowie udaje się naszej mamie (ponieważ znała b. dobrze język niemiecki) wydostać tatusia z więzienia.. Po kilku dniach wraca niespodziewanie nasz brat, który z innymi uciekinierami dotarł do Pucka.

Od siebie chciałbym dodać:

Już dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że następnego dnia, po południu, po spędzeniu całej doby w kościele, pośród trwającego cały czas obstrzału karabinowego i artyleryjskiego, kobiety i dzieci zostały wyprowadzone z kościoła, z zaleceniem, aby przez lotnisko przedostać się na tyły frontu, do strefy zajętej już przez Niemców, do Redy. Pozwolono nam na krótko wrócić do mieszkania i zabrać z sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Była z nami również ciocia Mela, siostra ojca, która przed wojną mieszkała i pracowała w Gdyni, a po wybuchu wojny przybyła do nas, do Rumi. Całe szczęście! Nasza mama nie dałaby rady z dwojgiem bardzo małych dzieci: z jednoroczną Marylką i niespełna trzyletnim Andrzejem. Wiem, że dźwigałem jakąś walizkę czy torbę. Droga w stronę Redy prowadziła przez lotnisko. Szło dużo ludzi, a właściwie biegliśmy z pochylonymi głowami, bowiem nad nami świstały kule. Mama i ciocia Mela troszczyły się przede wszystkim o najmłodszych, niosły na przemian Marylkę, trzymając za rękę Andrzeja, a my starsi musieliśmy sobie sami radzić, pilnując się wzajemnie, żeby się nie zgubić. I to właśnie mnie się zdarzyło. W Redzie rozchodzą się drogi: jedna do Wejherowa, druga do Pucka. Ludzie na tym skrzyżowaniu też zaczęli się rozchodzić: jedni szli w stronę Wejherowa, inni w stronę Pucka. Zanim zorientowałem się w sytuacji, już szedłem z grupą ludzi w kierunku Pucka. Było już za późno, żeby zawrócić. Zaopiekowali się mną idący w tym samym kierunku ludzie, a właściwie sąsiedzi z naprzeciwka szkoły, prowadzący zakład fryzjerski, państwo Zburalscy (tak chyba się nazywali). Mieli w Pucku rodzinę czy znajomych, u których zatrzymali się, a ja wraz z nimi. Domyśliłem się, że cała moja rodzina poszła do Wejherowa, i jedyne miejsce, gdzie mogła znaleźć schronienie, była ciocia Paula (krewna ze strony matki). Mieszkała ze swym mężem, który był maszynistą kolejowym, przy jednej z głównych ulic Wejherowa. Adresu dokładnego nie znałem. Po kilku dniach, gdy już nieco ucichły działania wojenne, zebrała się jakaś grupka ludzi, którzy zamierzali udać się do Wejherowa, by połączyć się ze swymi rodzinami. Zabrałem się z nimi. Miałem trochę obawy, czy uda mi się odnaleźć mieszkanie cioci Pauli. I tu dopisało mi szczęście. Nagle na chodniku wśród ludzi, zauważyłem moją mamę. Można sobie wyobrazić radość matki, która po kilku dniach odnalazła zagubione dziecko, i to w takich okolicznościach (wojennych)! Co musiała w tym czasie przeżywać!

Gdy chodzi o zatrzymanych w rumskim kościele mężczyzn, to zostali oni później przetransportowani do więzienia w Wejherowie. Dowiedziała się o tym nasza mama. Udała się do kierownika więzienia i płynną niemczyzną, czym zaszokowała go, domagała się natychmiastowego zwolnienia ojca, argumentując to tym, że trzeba szukać zaginionego podczas działań wojennych dziecka. Najprawdopodobniej Niemcy nie mieli jeszcze wówczas pełnego rozeznania, kim są poszczególni więźniowie. Dopiero zaczęto ustalać ich tożsamość. Ojciec został zwolniony i uniknął w ten sposób śmierci. Już po kilku dniach był ponownie poszukiwany. Wielu z wówczas aresztowanych mężczyzn zostało później rozstrzelanych w lasach Piaśnicy pod Wejherowem. Tak sobie nieraz myślę: prawdopodobnie moje zagubienie uratowało wtedy życie ojcu. Nie do przewidzenia są drogi, którymi Pan nas prowadzi.

Ola pisze:

Wracamy do Rumi, ale musimy opuścić mieszkanie w szkole. Użyczają nam mieszkania znajomi, państwo Penkowscy. Tam pod wieczór przychodzi zniemczony Kaszub, który ostrzega tatusia, że jest na liście i rano ma być przez Niemców aresztowany. Tatuś wraz z trzyletnim bratem Andrzejem jeszcze tego wieczoru wyjeżdża do Osia (Bory Tucholskie), do rodziny tatusia. Po 6-ciu tygodniach przyjeżdża po nas brat tatusia z Osia – wujek Władek, dużym wozem drabiastym. Po załadowaniu naszego dorobku jedziemy do Koleczkowa, gdzie czeka tatuś. Stamtąd jedziemy dalej nocą do Osia. Przejeżdżamy w pewnym miejscu przez drewniany most, który wygina się, a konie nie miały siły wóz pociągnąć. Tylko cudem uniknęliśmy tragedii.

W Osiu mieszkamy kilka dni u rodziców tatusia (dziadków). Jest bardzo ciasno, chałupa kryta strzechą. Potem udaje się znaleźć jeden duży pokój bez kuchni. Pokój ogrzewany jest trociniakiem, który kopci i trudno na nim gotować. Jest b. zimno, a ściany pokrywa lód. Mój brat Roman zostaje oddany do wujostwa na gospodarstwo do Śliwic, z powodu braku miejsca do spania.

Z zapisków ojca:

Dlatego, że na tutejszym terenie groziła mi ze strony okupanta zemsta, a nawet utrata życia, po przebyciu 10-dniowego więzienia w Wejherowie, opuściłem tajemnie tutejszy teren 6 października 1939 r. i ukryłem się w mojej rodzinnej wiosce w Borach Tucholskich, w Osiu, powiecie świeckim. W listopadzie sprowadziłem również rodzinę, gdyż musiała Rumię opuścić, wyprowadzając się do Koleczkowa, skąd furmanką przewiozłem ją do Osia.

Niewiele mam do dodania. Wiem, że już na kilka dni przed przyjazdem po nas wujka Władka, część naszego skromnego dobytku została przewieziona do Koleczkowa, do znajomych gospodarzy. Znalazłem się tam również i ja wraz z Zenonem. Pamiętam, że codziennie wychodziliśmy na drogę, wypatrując przyjazdu wujka Władka. Podróż z Koleczkowa do Osia trwała dwa dni, odległość około 120 kilometrów. Mama z małymi dziećmi i dziewczynkami siedziały na wozie, ja z Zenonem i tatusiem szliśmy pieszo za wozem. Jechaliśmy bocznymi drogami, żeby nie natknąć się na Niemców, co nam się udało. Były to dopiero pierwsze dni okupacji niemieckiej, więc w małych miejscowościach, w miejscach odludnych, nie było jeszcze niemieckich patroli widać.

Zamieszkaliśmy u naszych dziadków. Była to bardzo skromna i stara chałupa pokryta strzechą, bez żadnych wygód; sanitariaty były w podwórzu. Składała się z dwóch części, przedzielonych sienią, z osobnym wejściem. W każdej były tylko dwa pomieszczenia: kuchnia, która służyła też do spania, oraz izba. Prawą część zajmowali dziadkowie wraz z najstarszą córką (siostrą ojca), ciocią Maryną oraz dwoma dorosłymi synami (braćmi ojca): wujkiem Tadkiem i wujkiem Stachem, a lewą część zamieszkiwała rodzina wujka Władka (prowadzącego gospodarstwo), z sześciorgiem dzieci. Ciasnota przeogromna. Jeszcze dzisiaj trudno przychodzi mi wyobrazić sobie, jak pomieściliśmy się. Toteż jedną z głównych trosk rodziców było poszukanie jakiegoś kąta, gdzie można by zamieszkać i być na swoim. Taka okazja wkrótce się nadarzyła, ale, jak wspomina Ola, o czym sam później mogłem się przekonać, warunki były naprawdę bardziej niż prymitywne. Trudno sobie dzisiaj taką sytuację wyobrazić: w jednej izbie rodzice plus sześcioro dzieci, w którym piec-trociniak (palony trocinami z tartaku) służył zarówno do ogrzewania pomieszczenia, jak i za piec do gotowania. Na jednym palenisku trzeba było gotować i przyrządzać posiłki dla ośmiu osób.

Mnie spotkał inny los, może bardziej przyjazny. Ojciec oddał mnie do wujostwa, do Milochów, do Śliwic, oddalonego od Osia około 20 kilometrów. Zanim rodzina przeniosła się od dziadków do owego jednoizbowego mieszkania, zostałem przez ojca zawieziony do Śliwic. Kursowały już pociągi osobowe. Więc pewnego dnia, był to chyba już koniec października lub pierwsza połowa listopada, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy. Był wieczór i było ciemno, gdy przyjechaliśmy na miejsce. Ze stacji odebrał nas wuj Witalis. I tak rozpoczęła się moja dwuletnia wojenna przygoda związana ze Śliwicami. Wypada o niej nieco więcej opowiedzieć.

W Śliwicach

W Śliwicach, położonych w samym środku Borów Tucholskich, na tzw. wybudowaniu, w odległości 1,5 kilometra od wsi, znajdowało się spore gospodarstwo, liczące ponad dwadzieścia hektarów, będące ojcowizną naszej babci, Febronii (ze strony ojca). Gospodarował na nim wuj, Witalis Miloch (rodzony brat babci), z żoną – ciotką Anną, wraz z dwojgiem prawie już dorosłych dzieci, Władysławem – 18 lat, i Reginą – lat 16. Dom był pod strzechą, dosyć obszerny, ale bez wygód, natomiast gospodarstwo jak na owe czasy było już bardzo nowoczesne. Miałem do dyspozycji odrębną izbę, która sąsiadowała z inną, w której mieszkała nasza prababcia, Petronia, matka wuja Witalisa, licząca wówczas ponad osiemdziesiąt lat. Wszyscy byli dla mnie bardzo dobrzy, szczególnie wuj Witalis. Myślę, że bardzo mnie lubił, zabierał mnie wszędzie ze sobą, a dla mnie, młodego chłopca, jazda wozem z końmi była dużą atrakcją.

Życie w Śliwicach, mimo wojny, toczyło się prawie normalnym torem, gdyby nie to, że od czasu do czasu widziało się umundurowanych Niemców, a w miejscach publicznych słyszało się język niemiecki. Gospodarzy ponadto nękały dosyć duże kontrybucje, nałożone przez władze okupacyjne. Trzeba pamiętać, że Pomorze zostało włączone do Trzeciej Rzeszy i obowiązywały na jego terenie inne prawa i zasady niż w innych regionach Polski. Wkrótce została otwarta szkoła, a rodziców i opiekunów zobowiązywano do posyłania do niej dzieci. Nauczano w języku niemieckim, klasy były łączone. Zostałem również i ja do niej zapisany. Do szkoły miałem prawie dwa kilometry, ale chodziłem bardzo nieregularnie. Częściej byłem w domu niż w szkole. Nawet nie pamiętam, która to była klasa i chyba niewiele się nauczyłem. Były to dopiero początki okupacji, więc kontrola władz niemieckich nie była jeszcze taka dokładna i uciążliwa. Lubiłem przebywać w gospodarstwie i na polu (zabudowania gospodarskie znajdowały się w środku pola). Chętnie angażowałem się w różne prace, a w okresie letnim, po żniwach, pasłem krowy (było około dziesięciu sztuk bydła). W jesienne i zimowe wieczory siedziało się przeważnie w domu, przy lampie naftowej (nie było elektryczności) lub przy lampie karbidowej. Rozmawiało się o polityce, o aktualnych wydarzeniach, lub grało się w karty. W niedziele, zwłaszcza w okresie letnim, miały miejsce zazwyczaj spotkania rodzinne. Gospodarstwo wuja Witalisa w Śliwicach stanowiło ośrodek, do którego zjeżdżali i gdzie spotykali się wszyscy najbliżsi krewni. Stąd się wywodzili, żyła jeszcze prababcia Petronia. Dla jednych – matka, dla innych babcia, a dla mnie prababcia. Były to, choć przeżywane w atmosferze wojny, bardzo radosne dni i prawdziwe święta. Nie tylko rodzinne, ale i patriotyczne. Była okazja, żeby podzielić się najnowszymi wiadomościami. Wiele mówiło się o sytuacji w Polsce, nie brakowało też i śpiewów. Ponieważ w pobliżu, przynajmniej w odległości kilkuset metrów, nie było żadnych zabudowań, a mieszkali tam też Polacy, więc nie obawiano się interwencji władz niemieckich. W Śliwicach u wujostwa spędziłem dwa lata. Dla mnie ten czas pobytu w Śliwicach należał do tych okresów mego dzieciństwa, który wspominam z radością i z wdzięcznością.

W Osiu

Ze wspomnień Oli:

Jesienią 1940 roku przeprowadzamy się do jeszcze niewykończonego domu (dwupokojowego), należącego do naszych dalszych krewnych Nogów. Uczymy się od tamtejszych mieszkańców robienia różnego rodzaju szczotek, pomagając w ten sposób rodzicom finansowo. Mieszkamy tam do 8-go lipca 1943 roku, kiedy to w nocy obudziło nas łomotanie do drzwi.

Chciałbym tę krótką relację mojej siostry nieco poszerzyć, żeby choć trochę pokazać, jak wyglądało to nasze okupacyjne życie w Osiu aż do momentu wywiezienia nas do obozu w Potulicach.

Wróciłem ze Śliwic do Osia latem 1941 roku. Właśnie dlatego sprowadzili mnie rodzice, ponieważ znacznie poprawiły się nasze warunki mieszkaniowe. Nogowie, Dominik i Klara, byli naszymi dalszymi krewnymi (o ile się nie mylę, nasz ojciec i Klara byli kuzynostwem w drugim pokoleniu). Mieli trzy córki w naszym wieku: Bogusię (rok starsza ode mnie), Władzię i Małgosię. W podwórku stał niezamieszkały domek z dwoma pokojami i maleńką kuchnią. Nogowie nam go udostępnili. Bardzo nam w tych trudnych, okupacyjnych czasach pomogli. Trudno słowami wyrazić, jak bardzo. Jesteśmy im bardzo wdzięczni. Zawiązała się między naszymi rodzinami głęboka przyjaźń, która trwa do dzisiaj, mimo że wyrosły już nowe pokolenia. Nogowie prowadzili, podobnie jak inni mieszkańcy sąsiadujących domów, szczotkarską manufakturę, tj. warsztat, w którym robiono szczotki. Zatrudnili nas, starszych z rodzeństwa. Chodziłem tam prawie codziennie, głównie po południu. Szybko nabrałem wprawy. Od każdej zrobionej szczotki dostawaliśmy stosowne wynagrodzenie, czym wspomagaliśmy finansowo naszych rodziców.

Cała posesja, w której zamieszkaliśmy, składała się z trzech domów, w których mieszkało (razem z nami) sześć rodzin; w pośrodku zaś było duże podwórko. Niektóre rodziny były bardzo liczne: w sumie – blisko 30 dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Można sobie wyobrazić, jaki ruch i hałas panowały w podwórku, gdy cała dzieciarnia wybiegła, żeby się razem bawić, zwłaszcza w letnie popołudnia i wieczory. Całą gromadą wychodziliśmy też do pobliskiego lasu na przechadzki, zwłaszcza do tzw. „zatok”, dużego rozlewiska wodnego na Wdzie (powstałego wskutek zbudowania zapory wodnej w elektrowni Żur), w lecie na jagody, a w jesieni na grzyby.

Chodziliśmy także do szkoły. Dzieci zostały podzielone na dwie grupy: utworzono klasy niemieckie i polskie. W klasach niemieckich realizowano pełny program nauczania, a uczęszczały do nich dzieci volksdeutschów oraz dzieci z tych polskich rodzin, które przyjęły obywatelstwo niemieckie (tzw. „trzecią grupę”). Dzieci z rodzin, które zachowały obywatelstwo polskie, tworzyły polskie klasy, które najczęściej były klasami łączonymi i realizowano w nich niepełny program. W zasadzie niewiele pobieraliśmy nauki. Chodziliśmy najczęściej (całymi klasami) do pracy w pobliskich folwarkach lub do lasu zbierać leśne runo (jagody i grzyby).

Nasz ojciec pracował początkowo jako robotnik drogowy, a później w biurze prowadzonym w Osiu przez jakiegoś Niemca (Axena?).

Pisze:

Początkowo byłem bez pracy. Od marca 1940 do września 1941 r. pracowałem jako robotnik drogowy na szosie przy konserwacji i brukowaniu dróg. Od października 1941 przekazał mnie niemiecki urząd pracy (Arbeitsamt) do porządków nieruchomości (Grundstückgesellschaft) dla wymierzania mieszkań, gdzie pracowałem do lipca 1943 r. (…) W dniu 8 lipca 1943 r. nocą wywiozło mnie z żoną i siedmiorgiem dzieci gestapo do obozu w Potulicach koło Nakła. Cały mój dobytek zagrabili Niemcy.

Ponieważ ojciec znał bardzo dobrze język niemiecki, dorabiał sobie ponadto pisaniem pism (podań) do władz niemieckich, o które prosiły go różne osoby. Sporym problemem było wyżywienie tak licznej rodziny. Było nas siedmioro dzieci (w kwietniu 1941 roku urodził się nasz najmłodszy brat Leon), więc niełatwo było wyżywić tak dużą gromadę dzieci. Wiele artykułów spożywczych było na kartki. Ale mieliśmy w okolicy dużo krewnych, którzy prowadzili gospodarstwa rolne. Od nich nieraz dostawaliśmy brakujące produkty, głównie mąkę, jaja, mleko, a także i mięso. Ponieważ byłem najstarszy z chłopców i umiałem już jeździć na rowerze, ojciec niejednokrotnie posyłał mnie po owe artykuły. Były to wyprawy dość ryzykowne, bo tego rodzaju zaopatrywanie się w żywność było zakazane i karane.

I tak doszliśmy do wydarzenia, po wrześniu z 1939 roku najtragiczniejszego, które miało miejsce w nocy z 7 na 8 lipca 1943 roku.

Wywiezienie do obozu w Potulicach

Kontynuuję wspomnienia Oli:

…w nocy obudziło nas łomotanie do drzwi. Gestapowcy okrążyli dom i kazali się pakować. Kilka dni wcześniej tatuś rozmawiał z nami i przygotował nas na ewentualne wywiezienie do obozu. Dom, w którym mieszkaliśmy, był w podwórku. Szczyt domu łączyła duża brama, za którą był duży sad szybko schodzący górką w dół. Do tego ogrodu w kuchni było maleńkie okienko, przez które po kolei, gdy gestapowcy nie byli w zasięgu, tatuś wypychał moje rodzeństwo do ogrodu. Tam czekali już ludzie, krewni – nie wiadomo skąd się dowiedzieli. Był tam również bardzo przyzwoity Niemiec, u którego tatuś pracował jako mierniczy. To on, Axen (tak się chyba nazywał), zajął się moim bratem Zenonem (11-letnim), którego potem oddał do krewnych. Wszyscy w ten sposób uciekli. Zostałam tylko ja. Stałam przy łóżeczku mojego 2-letniego braciszka, Leosia, który był chory na zapalenie płuc. Tatuś goląc się brzytwą specjalnie podciął się, aby było więcej czasu na ucieczkę. Mimo próśb rodziców nie ruszyłam się miejsca.

(…) Jechaliśmy pociągiem do Bydgoszczy, gdzie była przesiadka. Mój mały braciszek, Leoś, miał wysoką temperaturę. Mama poprosiła o coś do picia dla niego, ale dali tylko czarną kawę. Powieziono nas potem do Nakła, skąd do obozu w Potulicach.

Tam byliśmy poddani kontroli. Zabrali wszystko, co posiadaliśmy, nawet bursztynowe kolczyki z uszu mamy. Były moje, ale mama zamieniła się ze mną i dała mi swoje, złote z koralem, które otrzymała w prezencie od tatusia. Ponieważ nie byłam uczesana, więc włosy przysłaniały je. W ten sposób uratowałam kolczyki, a po wojnie mama powiedziała: ponieważ uratowałaś te kolczyki, są twoje. Mam je do tej pory.

Chciałbym dodać kilka szczegółów dotyczących naszej ucieczki z obstawionego przez niemieckich żandarmów domu.

Najpierw moje krótkie spostrzeżenie z poprzedniego dnia. Pod wieczór widziałem na naszej ulicy kręcących się w pobliżu naszego domu niemieckich policjantów. Byłem tym widokiem nieco zdziwiony, ponieważ zazwyczaj nie widywało się ich w tej okolicy. Ale była wojna, więc różne rzeczy mogły mieć miejsce. Jestem przekonany, że robili rekonesans, chcieli zbadać okolicę i poznać terenowe warunki, w jakich będą musieli w nadchodzącej nocy działać.

W nocy, około godziny drugiej, zbudziło nas łomotanie do drzwi. Ja tego łomotania osobiście nie słyszałem. Zbudził nas tatuś, który ze spokojem oświadczył, że przyszła niemiecka policja i wywożą nas do obozu. Dają nam dwie godziny czasu na spakowanie się. Podziwiałem spokój i opanowanie naszych rodziców w tej tak dramatycznej dla naszej rodziny sytuacji: siedmioro dzieci, w tym troje w wieku przedszkolnym; najmłodszy, dwuletni brat, Leoś – chory na zapalenie płuc, z wysoką temperaturą. Tylko dwie godziny czasu na spakowanie. Co zabrać? Co będzie potrzebne? Na ile czasu nas zabierają? Czy wrócimy? Kto takiej sytuacji nie przeżył i nie doświadczył w życiu, trudno mu będzie to pojąć. Już drugi raz w czasie wojny musimy opuszczać swoje mieszkanie i porzucać swoje mienie.

Policjanci byli na zewnątrz, o ile się nie mylę, było ich dwóch. Obserwowali dom od strony podwórka, od czasu do czasu zaglądając do środka. Nie pilnowali domu od strony ogrodu, bo nie było widać okien. Było jednak jedno małe okienko w kuchni, które wychodziło na ogród, którego nie zauważyli, a które od strony ogrodu było jeszcze zasłonięte krzakami. Spostrzegł to tatuś i ocenił, że można uciec. Podpowiedział mi, żebym spróbował. Wyskoczyłem i ukryłem się w zaroślach w ogrodzie, obserwując, czy policjanci nie zauważyli mojej ucieczki. Następnie poprzez ogród i sąsiadujące z nim inne ogrody i pola pobiegłem do domu wujka Władka, tego samego, który nas przywiózł na początku wojny z Rumi do Osia, i powiadomiłem go o całym wydarzeniu. Ukrył mnie u jakichś sąsiadów i sam pobiegł zobaczyć, co się dzieje. Jedni drugich zaczęli o tym wydarzeniu informować, tak że w krótkim czasie pod naszym domem zdążyła zebrać się już spora grupa ludzi, głównie sąsiadów. Szczególnie aktywny był wujek Dominik Noga, który w ogrodzie odbierał wyskakujące przez to małe okienko, ciągle jeszcze niezauważone przez policjantów, resztę rodzeństwa i przekazywał je ludziom. W ten sposób uciekli jeszcze po mnie: Fela, najstarsza siostra – lat 15, Zenon – lat 12, Andrzej – lat 7 i Marylka – lat 5. Nie chciała uciec Ola, jak sama o tym wspomina; czuła się jakby sparaliżowana. Żandarmi co jakiś czas zaglądali do mieszkania. W pewnym momencie zorientowali się, że nie ma dzieci. Od tego czasu ponoć już nie wychodzili z mieszkania. Tak relacjonował później tatuś.

Nie wiem, w jaki sposób dowiedzieli się o naszej wywózce do obozu najbliżsi sąsiedzi, zwłaszcza wujek Dominik Noga, który, jak to wynika ze wspomnień Oli i Maryli, był bardzo aktywny w organizowaniu naszej ucieczki. Moja ucieczka była tylko pierwszą próbą. Gdy tylko się udała, podjęte zostały następne. Przy ucieczce młodszych z rodzeństwa, siedmioletniego Andrzeja i pięcioletniej Marylki, potrzebna już była pomoc. Tej udzielał niezmordowany wujek Noga. Podziwiać trzeba jego odwagę i zaangażowanie.

Gdy chodzi o mnie, to po pewnym czasie opuściłem po kryjomu dom, gdzie zostałem ukryty i poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Niezauważony, podszedłem poprzez te okalające ogrody pod sam dom i trafiłem w sam raz na moment odjazdu rodziny, eskortowanej przez niemieckich żandarmów. Spostrzegłem tylko samych rodziców z Olą i Leosiem. Wywnioskowałem, że pozostali z mojego rodzeństwa też zdołali uciec. Obserwowałem tę scenę najpierw przez płot w ogrodzie, a potem, gdy wóz zaczął odjeżdżać, wyszedłem z ukrycia i w odległości około stu metrów posuwałem się za nim, obserwując, co się będzie dalej działo. Robiłem to bez żadnego zastanowienia, nie zdając sobie sprawy z grożącego mi niebezpieczeństwa. W pewnym momencie zauważył mnie wujek Noga i nakłonił do natychmiastowego powrotu, do ukrycia się.

Dla pełnego obrazu przytaczam jeszcze krótką relację Maryli, która wtedy miała pięć lat i trochę szczegółów z tego wydarzenia zapamiętała.

Pisze:

Gdy nas wywożono do obozu – 8 lipca 1943 roku – miałam skończone 5 lat. Tej nocy spałam w łóżku obok mamy i obudził mnie szloch mamy. Na stoliku paliła się nocna lampka, a mama siedziała w łóżku z głową opartą na rękach i płacząc, mówiła: „co będzie z dziećmi?” Potem przyszedł wujek Noga i z tyłu domu zapukał do okienka kuchni i zapytał: „Murawski, co robimy z dziećmi?” Postanowili ucieczkę i tak pięcioro z nas uciekło przez to małe okienko w kuchni. Bardzo się bałam i krzyczałam, że nie chcę, bo tam są myszy. Przy domu, od tamtej strony, tj. od ogrodu, był rów z chrustem i chłopcy mnie straszyli, że są tam myszy. Ale przy okienku stał wujek Noga i uspokajał mnie, a następnie odebrał. Potem dobrze już nie pamiętam; siedziałam chyba gdzieś w krzakach.

Ci spośród nas, którym udało się uciec, zostali najpierw przez wujka Władka ukryci w różnych rodzinach, a potem – z racji, że policja niemiecka mogła nas poszukiwać, a tych, którzy nas przygarnęli, mogły spotkać surowe kary, włącznie z wywiezieniem do obozu – zostaliśmy po kryjomu przetransportowani do innych miejscowości. Ja spędziłem pierwszą dobę u sąsiadów wujka Władka, a następnego dnia zostałem przewieziony (pociągiem) do Brus, do państwa Rolbieckich, bliskich krewnych rodziny Grabskich z Osia, z którą to rodziną byliśmy zaprzyjaźnieni. Nie przypominam sobie dziś, gdzie znaleźli schronienie pozostali z mego rodzeństwa. Jak wynika z relacji Maryli, ona znalazła schronienie u krewnych w Malachiniu, a Andrzej w Czersku. W Czersku był chyba również Zenon. Nie pamiętam, gdzie ukrywała się Fela.

 Państwo Rolbieccy w Brusach prowadzili przed wojną piekarnię, która została im przez Niemców zabrana. Mieli dorosłych synów i córki. Byli wszyscy dla mnie bardzo dobrzy. Ponieważ były letnie wakacje, więc nikogo specjalnie nie dziwiło, że w tym wakacyjnym czasie przebywa u nich jakiś chłopiec w wieku szkolnym. Specjalnie się ukrywałem.

Marylka wspomina, że została odesłana do krewnych do Malachinia koło Czerska, gdzie znalazła schronienie u cioci Rózi, rodzonej siostry naszej babci z Osia, która z mężem, Zygmuntem, prowadziła tam spore gospodarstwo.

Nie pamiętam, jak znalazłam się Malachiniu, ale pamiętam, że przebywałam tam jakiś czas i na początku byłam zbuntowana, i chyba nie rozmawiałam. Jednak było mi tam bardzo dobrze, wszyscy okazywali mi dużo miłości i cierpliwości, zarówno ciocia Rózia i wujek Zygmunt, jak i inni. Ale najbardziej kochałam ciocię Władzię (córkę wujostwa): była dobra, czuła i często mnie tuliła, bo było mi smutno, strasznie tęskniłam i płakałam.

Po kilku tygodniach, już w sierpniu, dokładnej daty nie pamiętam, otrzymałem wezwanie powrotu do Osia, bowiem tatuś potajemnie z obozu przysłał kartkę, wyrażając w niej pragnienie (pisze o tym w swoich wspomnieniach Ola), aby rodzina była razem, w komplecie i chce, żebyśmy wszyscy zostali przewiezieni do obozu.

Marylka wspomina, odwołując się do ustnej relacji naszego ojca:

Tatuś opowiadał, dlaczego musieliśmy przyjechać do obozu. Gestapo oczywiście zorientowało się, że brakuje dzieci i wzywali go aż trzykrotnie, żeby nas ściągnął do obozu, ale tatuś zwlekał. Dopiero za trzecim razem, gdy ostrzegli, że rodziny, u których przebywamy, zostaną też wywiezione do obozu, zdecydował się na ściągnięcie dzieci do obozu.

Na nic więc zdała się nasza ucieczka. Wróciłem do Osia. Ciocia Marynka, siostra ojca, mieszkająca z dziadkami w Osiu, zawiozła nas, w dwóch partiach i w odstępie kilkunastu dni, najpierw mnie i Zenona, a potem Felę z Marylką i Andrzejem, do obozu w Potulicach. Pojechaliśmy pociągiem do Nakła, z przesiadką w Bydgoszczy. Jechałem z mieszanymi uczuciami. Zdawałem sobie sprawę, że tracimy wolność i nie wiadomo jak potoczą się nasze dalsze losy. Z Nakła do Potulic, około 10 kilometrów, szliśmy pieszo, dźwigając nasz skromny bagaż. Niewiele mieliśmy. Ja, uciekając owej nocy, nic ze sobą nie zabrałem. Podobnie pozostali z mego rodzeństwa. Gdy się ucieka, nie myśli się o tym. To, co mieliśmy i czym dysponowaliśmy, dostaliśmy potem od dobrych ludzi.

Obóz w Potulicach

Najpierw kilka słów o samym obozie.

Obóz w Potulicach powstał w posiadłościach majątku rodu Potulickich, odległego około 10 kilometrów od Nakła. Majątek ten w okresie międzywojennym został przekazany Chrystusowcom, nowemu zgromadzeniu zakonnemu powstałemu z inicjatywy kard. Augusta Hlonda dla misji wśród Polonii zagranicznej. Główne zabudowanie stanowił zamek. Obok zamku Niemcy pobudowali kilka dużych baraków, w których panowały bardzo prymitywne warunki. W pierwszym okresie istnienia obozu, od listopada 1940 do lipca 1941, był on obozem typowo przesiedleńczym (Umsiedlungslager), służącym jako przejściowy obóz zbiorczy dla polskiej ludności wysiedlanej z Gdańska i Pomorza do Generalnej Gubernii. Od połowy lipca 1941 zmienił swój charakter, zachowując nadal swą dotychczasową nazwę. Stał się obozem karnym, podległym obozowi w Stutthofie – jego filią. Do obozu wywożono polskie rodziny, głównie z Pomorza, zwłaszcza te, które stanowiły jakieś zagrożenie dla władz okupacyjnych. Ponieważ liczba przywożonych i przetrzymywanych tu osób od 1941 roku zaczęła gwałtownie rosnąć, zapadła decyzja o rozbudowie obozu. Do samego końca stale był rozbudowywany i powiększany. Było ponad trzydzieści baraków. W obozie było bardzo dużo dzieci bez rodziców, przetrzymywanych w specjalnych barakach dla dzieci. Ich rodzice zostali wywiezieni do innych obozów, a właściwie podobozów, do pracy w fabrykach produkujących sprzęt wojenny. W obozie były też wydzielone podobozy, otoczone kolczastym drutem, do których zwykli obozowicze nie mieli dostępu. O ile się nie mylę, przebywały w nich dzieci z Rosji. W ogóle los wszystkich dzieci w obozie potulickim był szczególnie dramatyczny. Wiele dzieci nie wytrzymywało trudnych warunków obozowych. Spoczywa ich najwięcej na przyobozowym cmentarzu.

Wspomnienia z przybycia do obozu

Ola:

…baraki otoczone drutami. Najpierw skierowano nas do odwszawialni. Prysznice w łaźni dla wszystkich razem – dzieci i dorosłych (osobno dla mężczyzn i kobiet). Mieszkamy w baraku nr 12. Izby są małe z trzema pryczami (trójpoziomowymi), pluskwy, które nie dają spać. Od trzynastki (baraku nr 13) izby są już duże. Jedzenie bardzo ograniczone: dwie kromki czarnego chleba na cały dzień. Zupa z pokrzywy lub lebiody – w okresie letnim, a zimą z brukwi lub kapusty, bez ziemniaków. Natomiast robactwo było na porządku dziennym w obiedzie.

W obozie funkcjonowała szkoła, raczej namiastka szkoły. Była jedna duża sala. Już nie pamiętam, jakie grupy dzieci na te lekcje przychodziły, które ponadto odbywały się nieregularnie. W obozie, jak wspomniałem, było dużo dzieci, z tym, że od 12 roku życia musiały już iść do pracy...

[Kontynuacja wojennych losów rodziny Murawskich w kolejnych numerach Reduty Online]

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.