Nadberezyńcy… Świętując Niepodległą, pamiętajmy o Nich

Halina Świrska

Kiedy 11 listopada świętujemy odzyskanie niepodległości przez Polskę w 1918 roku, niepodległości straconej na skutek trzeciego rozbioru z 1795 roku, cieszymy się, bo to jest radosne święto i wielki dzień. Trzeba jednak pamiętać, że Polska odrodziła się w innym, zmienionym kształcie. Kiedy u schyłku XVIII wieku traciła swój samodzielny byt, była wszak Rzeczpospolitą Obojga Narodów, a w istocie państwem wielonarodowym, w którym w miarę harmonijnie współżyli po sąsiedzku Polacy, Rusini, Litwini, Żydzi, Tatarzy, Karaimi, Ormianie, od stuleci wspólnie zmagając się z najazdami a to Szwedów, a to Moskwy czy Turków. Tak więc z mapy zniknął potężny organizm państwowy złożony z dwóch, ściśle złączonych: Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przy czym Księstwo było krajem Rusinów (Białorusinów) przede wszystkim, a dopiero w drugim rzędzie Żmudzinów posługujących się językiem litewskim.

Dla polskich losów niezwykle brzemienny w skutki stał się kończący wojnę polsko-bolszewicką Traktat Ryski, zawarty 18 marca 1921 roku. Ustalono wtedy wschodnie granice odradzającego się państwa polskiego, II Rzeczpospolitej.

Pierwsza faza rozmów miała miejsce w sierpniu 1920 roku, kiedy Sowieci szli na Warszawę. Szef polskiej delegacji, Jan Dąbski zgodził się na nieuwzględnienie Ukrainy jako pełnoprawnego partnera rozmów – co sprawiło, że jej los został przesądzony i ostatecznie niezależne państwo ukraińskie (które w zamyśle Piłsudskiego miało pełnić rolę bufora między Polską a Rosją) nie powstało. Po odparciu bolszewików 15 sierpnia – „Cud nad Wisłą” – a potem po zwycięstwie Polaków w Bitwie nad Niemnem (28.09.1920) i zdobyciu Mińska, sytuacja negocjacyjna radykalnie się zmieniła. Wileński historyk prof. Marian Zdziechowski zanotował: „Komisarze bolszewiccy w słusznym przeświadczeniu, że Polska zażąda przesunięcia swoich granic aż po Berezynę i Dniepr nakazali ewakuowanie całego ruchomego majątku z całego obszaru Orszy i Smoleńska”.

Skąd się wzięli „Nadberezyńcy”?

Berezyna… rzeka tragicznych zmagań armii napoleońskiej, rzeka domowa dla wielu Polaków zasiedlających szerokie ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Losy Polaków mieszkających między Berezyną a Dnieprem, właśnie „Nadberezyńców” w czasie „przed” i podczas odradzania się Polski niezwykle malowniczo i przejmująco opisał Florian Czarnyszewicz w epopei pod takim właśnie tytułem. To książka przepiękna i jednocześnie bardzo bolesna. W dużej mierze autobiograficzna, bo Autor stamtąd pochodził, tam dorastał, wszystko to sam przeżył i zapamiętał – z wielką, młodzieńczą wrażliwością – i po wielu latach odtworzył. Przy tym odtworzył językiem żywym, autentycznym niepodrabianym – stamtąd!

Drobna, zagrodowa szlachta, z której pochodził, od wieków mieszkała nad Berezyną, na „ziemiach zabranych”, jak je zwano w czasach zaborów. Część ulegała zruszczeniu, większość jednak trzymała się uparcie polskiej mowy, wiary i pamięci. Florian Czarnyszewicz ukończył 4 klasy rosyjskiej szkoły w Bobrujsku, polskiego pisma uczył się od domorosłych nauczycieli tajnych polskich szkółek. Jako podrostek był świadkiem i uczestnikiem polskiego odrodzenia narodowego po ukazie carskim z 1906 roku znoszącym m.in. zakaz nauczania języka polskiego (dotyczącym wcześniej również nauki we własnym domu!) i nabywania ziemi przez Polaków na „ziemiach zabranych”. Wszystko to obrócił wniwecz najpierw wybuch I wojny światowej w 1914 roku, a następnie rewolucja październikowa. Florian Czarnyszewicz opisuje wielką tęsknotę do „Korony”, żarliwe oczekiwanie ludzi, że Ona, Ta, która się właśnie odradza, o nich nie zapomni, do nich wróci; zmagania z bronią w ręku, by to się stało. Dramatyczne podziały, rosnące wpływy bolszewików, władza Niemców, szał radości po przyjściu Dowbór-Muśnickiego, zmieniające się fronty. Miłość i śmierć. I, jakby mimochodem, obojętność możnych panów, którym łatwiej sprzedać swoje dobra i wyjechać, niż poprowadzić do walki o Ojczyznę… Opisując szczegółowo podniosłą i wzruszającą uroczystość konsekracji polskiego, tak bardzo upragnionego kościoła w Bobrujsku, autor na mgnienie oka porzuca narrację w trzeciej osobie, by powiedzieć: I ja tam byłem, pamiętam i nigdy nie zapomnę… Ale nie jest to książka patetyczna. Przeciwnie, wiele w niej humoru, drobnych obserwacji obyczajowych, co sprawia, że ten zaginiony raz na zawsze świat staje żywy przed naszymi oczami. Tylko miłość potrafi stworzyć tak wierny obraz. Miłość do tych ludzi, tej ziemi, tego świata, ostatecznie zgładzonego przez operację polską NKWD w 1937 roku. Zgładzonego wbrew ustaleniom tegoż samego Traktatu Ryskiego, gwarantującego możliwość „repatriacji” i prawa polskiej ludności pozostającej na obszarze Rosji Sowieckiej. Wyjechać do Polski udało się nieco ponad milionowi rodaków. Ponad półtora miliona pozostałych spotkały prześladowania – przymusowa kolektywizacja, wysiedlenia, zesłanie, głód, a ostatecznie często rozstrzelanie.

Ale jeszcze nim ten świat przestał istnieć Czarnyszewicz musiał go porzucić.

Był wywiadowcą w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku, zwycięskiej wojnie, która dała mu i wielu innym pewność, że Polska wróci nad Berezynę… Gorycz, polski chleb powszedni stała się i jego udziałem.

Po decyzjach Traktatu Ryskiego, które na przekór oczywistym faktom i przekonaniom samych Sowietów oddały tamte ziemie bolszewickiej Rosji a Nadberezyńców wydały na przepadłe, nie mógł tam pozostać. Zaczął pracować w Wilnie, ale bieda powojenna i utrata wszystkiego, a także gorycz bycia tak blisko utraconej ojcowizny, sprawiły, że wyjechał na emigrację. Co czuł ten wrażliwiec miłujący swoją ziemię każdą cząstką duszy, smakujący jej przepaściste puszcze i rozsłonecznione pola, całą swojskość nadberezyńską – przez kilkadziesiąt lat dźwigając świńskie i krowie tusze w rzeźni w Berisso w Argentynie?

Książkę pisał długo, wydał w 1942 roku, być może ożywiony nadzieją, że II wojna światowa ponownie odmieni kształt świata. I że jest jeszcze jakaś nadzieja dla Nadberezyńców. Zapewne nie wiedział, że wszyscy oni od lat już są straceni – bo wieści z sowieckiej Rosji nie przychodziły, kryjąc zbrodnie milczeniem. A zasięg oddziaływania Sowietów po II wojnie jeszcze się zwiększy…

Choć jego książka od razu zyskała świetne recenzje, narzucona Polsce po II wojnie światowej podległość Rosji i władza komunistów uniemożliwiły jej zaistnienie w kraju, choć powinna wejść do kanonu literatury polskiej.

Dlaczego Polska ich oddała?

Dlaczego tak się stało? Dlaczego po zwycięskiej wojnie, odparciu bolszewików i ich rozbiciu, zgodziliśmy się na okrojenie terytorium i porzucenie ziem i ludzi na przepadłe?

Podczas rokowań w Rydze uwidoczniła się różnica stanowisk między najważniejszymi siłami politycznymi w Polsce. Józef Piłsudski dążył do realizacji koncepcji federacyjnej, w myśl której należało wspierać narody I Rzeczpospolitej w ich dążeniach do samostanowienia. Innymi słowy obok odrodzonej Polski powinna powstać niezależna Ukraina, Litwa i Białoruś, oddzielające nas od Rosji. Jednak większość polskiej delegacji w Rydze stanowili endecy Romana Dmowskiego, których zdanie było odmienne. Według nich należało dążyć do włączenia do Polski pewnej części ziem kresowych dawnej Rzeczpospolitej i je następnie spolonizować. Ewentualne powstanie młodych państw – Ukrainy, Białorusi i Litwy – uważali za zagrożenie. Dlatego na przykład zdecydowali o oddaniu Mińska Białoruskiego – żeby uniemożliwić utworzenie niezależnego obwodu sfederalizowanego z Polską. Narodowa Demokracja była przekonana, że państwo sowieckie się nie utrzyma, a odrodzona Rosja będzie sprzymierzeńcem w walce politycznej z Niemcami. Jak pokazała historia, były to chybione przewidywania. I choć pozornie w II Rzeczpospolitej została zachowana różnorodność i bogactwo Pierwszej, a utracone zostały jedynie ziemie I rozbioru, to stała się rzecz dramatyczna, a kompletnie pomijana – oprócz gehenny, która stała się udziałem Polaków w Sowietach. Otóż Wielkie Księstwo Litewskie, które wraz z Koroną ostatecznie zostało „złożone do grobu” w 1795 roku, wraz z nią nie zmartwychwstało. Zostało podzielone, i były to niesłychanie bolesne podziały. Jego „resztówka” – Wileńszczyzna i ziemie do Dźwiny, część zachodniej Białorusi (a także część Ukrainy po Zbrucz i Dniestr) weszły w skład terytorium Polski. Z części ziem północnych powstało państwo litewskie, pozostałe zagarnęła sowiecka Rosja. Całą bolesność tego podziału żywo odczuwał Józef Mackiewicz, wyraziciel „idei krajowej” – warto sięgać do jego tekstów. Tęsknota za Księstwem przebija u Czesława Miłosza.

W Rydze Roman Dmowski postawił na swoim, federalistyczna koncepcja Piłsudskiego przegrała. Przegrali Nadberezyńcy i cała rzesza Polaków porzuconych na pastwę sowieckiej władzy. Niecałe dwadzieścia lat później, we wrześniu 1939 roku, okazało się, że przegrała Polska. A skutki tamtych błędnych decyzji trwają do dziś.

Tak więc świętując odzyskanie niepodległości, pamiętajmy o nich, Polakach porzuconych na Kresach.

Bo, jak napisała w swoich wspomnieniach z lat wojny, okupacji sowieckiej i niemieckiej a następnie syberyjskich łagrów Grażyna Lipińska, mieszkanka Grodna, szefowa wywiadu Armii Krajowej (Wachlarza) na Wschodzie, m.in. na Mińszczyźnie, przytaczając słowa Mickiewicza z „Dziadów”: „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie”.

Lektura obowiązkowa:

Florian Czarnyszewicz, „Nadberezyńcy”;

z recenzji: Czy wiesz, że dziesięć lat temu wyszła książka po polsku w Argentynie, o której boję się ci pisać w za dużych superlatywach, bo tak namiętnie ją pokochałem. Pisana przez zagrodowego szlachcica znad Berezyny. Język słowotwórczy, dźwięczny, półbiałoruski. Konkretność wizji, miłość ziemi, drzew, chmur, obok której Reymont sztuczny jest i zimny, obok której myśleć można tylko o »Panu Tadeuszu«. […] Wierz mi, ta książka, nad którą z Marysią jak stare osły płaczemy, zostanie i będzie świadczyć o tamtej Atlantydzie – Józef Czapski w liście do Jerzego Stempowskiego, 1953 r.

Czesław Miłosz zaś stwierdził: Wystarczyło jednej stronicy, ażebym uległ wpływowi tego narkotyku i przeczytał jednym tchem 577 stronic dużego formatu… W powieści Czarnyszewicza są »Krzyżacy«, »Potop«, i »Pan Tadeusz« równocześnie. Bohaterowie trochę zbiednieli od czasów Polski szlacheckiej. Książkę uznawał za „nieporównany rysunek obyczajów”, doskonalszy od „Chłopów” Reymonta”.

Jędrzej Giertych pisał: Polska szlachta zagrodowa ma w literaturze szczęście. Po Dobrzyniu z »Pana Tadeusza«, po Laudzie z »Potopu«, po Bohatyrewiczach z »Nad Niemnem«, otrzymujemy czwarty pomnik: Czarnyszewicza Smolarnię.

Michał Kryspin Pawlikowski wychowany w majątku Pućków za Berezyną pod Bobrujskiem pisał: Jak »Cichy Don« jest eposem kozactwa w okresie pokoju i wojny, tak »Nadberezyńcy« są eposem szlachty zagrodowej, której mnogie setki tysięcy rozsiane były jeszcze przed 30 laty – w zaściankach, zagrodach, futorach i »okolicach« – w dorzeczach Berezyny, Ptyczy, Druci i Dniepru. Nie zawaham się użyć jeszcze mocniejszego porównania: »Nadberezyńcy« – to »Wojna i Pokój« naszych polskich kresów […] Porównanie »Nadberezyńców« z »Wojną i Pokojem« robię nie tylko bez wahania, lecz z naciskiem. Czarnyszewicz – pisarz-samouk – nie dorósł, oczywiście, ani do mrożących krew, zawrotnych wyżyn tołstojowskiej myśli filozoficznej, ani do maestrii stylistycznej Tołstoja, tej maestrii, którą w prostocie ducha nazywamy – prostotą stylu… Ale: plastyczność i wstrząsająca prawda psychologiczna typów ludzkich – wartki, żywy, przykuwający, choć pozbawiony wszelkich tricków tzw. intrygi, tok opowieści – wreszcie piękny język, brzmiący odświeżająco dla uszu, nawykłych do hegemonii »oficjalnej« nieco zmazurzonej (czy może skrakowiałej) polszczyzny – wszystko to stawia książkę Czarnyszewicza na poziomie pierwszorzędnych arcydzieł eposu polskiego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.