OBRAZAMI odmawiam moje za nich modlitwy.

 

 

Pytania o wiarę, wartość życia, człowieczeństwo nigdy nie straciły na aktualności. Nigdy też nie wybrzmiały tak mocno jak w konfrontacji z bezmiarem zbrodni w Auschwitz.

Stawia je również Marian Kołodziej, numer 432, więzień pierwszego transportu do obozu, w wizyjnych, wstrząsających grafikach i instalacjach „Klisze pamięci. Labirynty”.

 

 

 

 

To nie wystawa – nie sztuka, nie obrazy, a słowa zamknięte w rysunku

W Harmężach, nieopodal Oświęcimia, na terenie Centrum św. Maksymiliana, znajduje się zapadająca głęboko w serce stała ekspozycja „Klisze pamięci. Labirynty” Mariana Kołodzie­ja. Artysta – świadek zagłady piekła Auschwitz – prowadzi nas w głąb tytułowych labiryntów jako numer 432, dzieląc się swoimi przeżyciami. To jego testament. Misterium śmierci.

Sugestywna przestrzenna aranżacja cyklu grafik i rekwizytów obozowej codzienności obejmuje 374 prace.

Za pomocą często najprost­szych środków plastycznych: ołówka, tuszu, zwykłej kartki papieru autor snuje wstrząsającą, plastyczną opowieść o sobie i tych, którzy nie ocaleli z „fabryki śmierci”. Powstał artystyczny zapis traumatycznych wspomnień obozowej apokalipsy, rozpaczliwej walki o zachowanie życia i ludzkiej godności.

Pod wpływem obrazu, scenografii, ponu­rej kolorystyki, gdzieniegdzie tylko przetkanej barwnymi wspomnieniami minionego świata, gehenna więźniów powraca. Staje się niemal realnym przeżyciem każdego, kto podąża za autorem labiryntami piekła, upodlenia, niewy­obrażalnego bólu, zmagań o „własną wagę” – o wartości, dzięki którym wciąż jeszcze można się uznać za człowieka.

Zostawiam prawą stronę „Sądu Ostatecznego”

Wejście na wystawę prowadzi przez bydlęcy wagon. Gdy z niego wyjdziemy, od razu znaj­dziemy się w samym centrum dramatu. Nagle osaczają nas kłębowiska ciał, bezduszna, pluga­wa śmierć, wynaturzone postacie kapo, rekwi­zyty dnia obozowego czy zewsząd napierające przerażone oczy więźniów, którzy wraz z utra­tą indywidualnych rysów twarzy tracą swoje człowieczeństwo. Niemal czujemy, jak stają się symbolami, numerami, półżywymi półludźmi, których pochłaniają apokaliptyczne bestie. Nad achromatyczną „fabryką śmierci” czernieje słoń­ce, a Bóg wydaje się nieobecny.

Marian Kołodziej tak skomentował tę rzeczywistość:

Ja rysuję tylko piekło, nie rysuję nieba. Ja zostawiam tylko prawą stronę „Sądu Ostateczne­go”. Tu nie ma podziału na grzeszników i świę­tych – jak na tryptyku Memlinga. Nie ma raju i weselnych szat. Sprawiedliwości i sądu. Czym się staje świat bez Dekalogu? Makabrą, piekłem.

Potworność obozowa przybiera jednak nowe oblicze – oblicze cierpiącego Jezusa. Nie­którzy skatowani więźniowie upodobniają się do postaci Chrystusa Frasobliwego. Jesteśmy świadkami, jak sam Frasobliwy, z koroną z dru­tu kolczastego, zdejmuje numer 432 ze słupka, obozowej Golgoty – jak z krzyża – jednej z naj­straszliwszych tortur. Współcierpi. Jest obecny.

Mieć własną wagę!

Zmagania bohatera o zachowanie czło­wieczeństwa są równie dramatyczne jak walka o przeżycie po katorżniczej pracy. Jak złapanie choćby kropli wody nadającej się do picia lub chochli zupy bez piasku i kamieni. Nawet drob­ne gesty w tej ekstremalnej rzeczywistości ura­stają

do heroicznego czynu. Oto artysta z czuło­ścią i szacunkiem niesie zmarłego przyjaciela do pieca krematoryjnego. Na innym obrazie dzieli się z innymi przejmującym żalem podczas Wigi­lii ukazanej jako Ostatnia Wieczerza.

„Mieć własną wagę” – to pragnienie pojawia się w „Kliszach pamięci” jak modlitwa. Waga, symbol sprawiedliwości u Dürera – atrybut dru­giego jeźdźca Apokalipsy, alegorii głodu – wy­stępuje na grafikach wiele razy. Waga w obozie istniała naprawdę. Została zrobiona przez skaza­nych, by rozdzielać po równo okruchy chleba, który trafiał do więźniów. Co dla nich ozna­czała? Chodziło o zachowanie jakiejś namiast­ki sprawiedliwości, nawet w tym piekle. O to, by ważyć w sobie każdy czyn, by wiedzieć, że wszystko ma swoje konsekwencje, wreszcie – by strzec w sobie człowieczeństwa.

„Własna waga” przekładała się również na dbałość o słowo. Kołodziej wylicza kolejną torturę: W surrealistycznym miejscu śmierci chłostano nas […] i maltretowano na co dzień również słowem. Odrażającym, plugawym, okrutnym. Ordynarne przekleństwa to „krema­toryjne esperanto”. Aby bronić się przed takim zniszczeniem, więźniowie potajemnie zorga­nizowali teatr. Aktorzy (Stefan Jaracz, Tadeusz Kański, Zbigniew Sawan, reżyser Leon Schiller) recytowali Mickiewicza, Słowackiego, Nor­wida, Krasińskiego, Wyspiańskiego. Skazańcy przez chwilę oddychali Polską, obcowali z pięk­ną polszczyzną. Numer 432 w zaułku swoich labiryntów zaprosił nas na lagrową scenę, którą nakreślił ze scenograficznym rozmachem.

Kim stałbym się, gdybym Cię nie spotkał – mój Mistrzu…

Nawet w takim piekle, jakie zgotowano w obozie, można było zachować ludzką godność i odnieść moralne zwycięstwo. Dowiódł tego Ojciec Kolbe. Gest bezinteresownej miłości św. Maksymiliana do nieznanego mu ojca rodziny podczas pamiętnego apelu w lipcu 1941 r. zrobił tak wielkie wrażenie na Marianie Kołodzieju, że zaczął on w Ojcu Kolbem widzieć drugiego Chrystusa. Porównywał go także do asyskiego Franciszka odbudowującego Kościół na polece­nie Jezusa.

Maksymilian Kolbe, numer obozowy 16670, obok autora „Labiryntów” stał się drugim głów­nym bohaterem wystawy. Został uwieczniony z własnymi rysami twarzy, co u Kołodzieja ozna­cza zachowanie pełni człowieczeństwa (Koło­dziej zostawił niezmienione rysy twarzy także Franciszkowi Gajowniczkowi, symbolicznie wyrzuconemu przez Świętego z krematoryjnego rusztu). Do ponurego świata Auschwitz, pozba­wionego nadziei, Ojciec Maksymilian wniósł światło życia. Dzięki niemu Chrystus z obrazu Grünewalda, ikony cierpienia, zmartwychwstał!

 

Artysta przedstawił graficznie pełną biogra­fię Świętego: począwszy od domu rodzinnego, przez życie zakonne, misyjne, na obozie i mę­czeńskiej śmierci kończąc. Często w różnych wypowiedziach podkreślał, że Ojciec Kolbe ura­tował życie nie tylko Franciszka Gajowniczka, lecz także jego – numeru 432. Że gest miłości Świętego wybrzmiał wśród więźniów, dając nadzieję i ogromną siłę do wytrwania. Cytował przy tym Herberta: Kim stałbym się, gdybym Cię nie spotkał – mój Mistrzu…

Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo

Marian Kołodziej dopiero w ostatnich latach przed śmiercią powrócił artystycznym zapisem wspomnień do swojej tragicznej młodości. Nie­wiele brakowało, by prace prezentowane na wystawie w ogóle nie powstały. Po blisko pięć­dziesięciu latach milczenia do dania świadectwa skłoniła go ciężka choroba, a przyświecał frag­ment wiersza Herberta: Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo.

Grafiki i scenografie nie przedstawiają je­dynie przeszłości. Autor swoje prace stworzył także jako podstawę do przemyśleń – nad histo­rią Polski, naszym człowieczeństwem, godno­ścią, wolnością, wiarą. Stawia trudne pytania, zachęca do pracy nad sobą. Jest wymagającym nauczycielem. Każdy, kto przejdzie ścieżką „La­biryntów”, nie może pozostać obojętny.

Na wystawie zderzymy się więc nie tylko z rozpaczą więźniów pierwszego transportu, strachem zagazowanych Żydów, ale też z potrze­bą naszej odpowiedzi. By przeżyć to misterium, trzeba odwiedzić ekspozycję. Możemy to zrobić online (labyrinths.pl, harmeze.franciszkanie.pl) lub na miejscu, bezpłatnie, z zachowaniem obo­wiązującego reżimu sanitarnego, po uprzednim zgłoszeniu planowanej wizyty u franciszkanów, którzy są kustoszami wystawy (e-mail: harme­ze@franciszkanie.pl).

Moje rysunki […] to moje wyryte głęboko rany

W 1940 r. Marian Kołodziej jako 17-letni harcerz znalazł się w pierwszym transporcie więźniów politycznych do obozu hitlerowskie­go w Auschwitz. Ku jego rozpaczy musiał wraz z innymi więźniami rozbudowywać obóz – miej­sce kaźni. Tam za szpiegostwo został skazany na karę śmierci. Do końca wojny tułał się jeszcze po innych obozach: Gross-Rosen, Breslau-Lissa, Buchenwald, Sachsenhausen. Doczekał wyzwo­lenia w Mauthausen-Ebensee.

Po powrocie do Polski studiował na Aka­demii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale malarstwa w pracowni prof. K. Frycza. Został scenografem teatralnym i filmowym – jednym z najwybitniejszych w Polsce. Osiadł w Gdań­sku, gdzie podjął pracę w Teatrze „Wybrzeże”. W ciągu 40 lat pracy artystycznej zaprojektował scenografie do wielu spektakli, współpracując z Hübnerem, Golińskim, Kreczmarem, Mincem, Okopińskim, Hebanowskim, Babickim, Ha­nuszkiewiczem, Kutzem czy Różewiczem. Był twórcą ołtarzy papieskich w 1987 r. na Zaspie w Gdańsku i w 1999 r. w Sopocie. W 1997 r. został Honorowym Obywatelem Miasta Gdań­ska. Zmarł w 2009 roku, jego grób znajduje się w Harmężach.

Protest do przemyśleń i wyciągania wniosków

Proponuję przejście labiryntem znaczonym doświadczeniami fabryki śmierci. Proszę, prze­czytajcie moje narysowane słowa, które powsta­ły również z tęsknoty za jasnością kryteriów, za czytelnym oddzieleniem dobra od zła, prawdy od fałszu, sztuki od jej pozoru. To także moja niezgoda na świat jaki jest dziś. To również jest o nas, o tym co zrobiliśmy z naszym człowie­czeństwem, protest do przemyśleń i wyciągania wniosków istotnych dla nas dzisiaj. To list sta­rego człowieka do samego siebie sprzed 55 lat. Również hołd tym wszystkim, którzy spopieleni – odeszli.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.