„Piękny czas”

Tȟašúŋke Witkó

Słoneczną środę 23 września 1992 roku spędzałem w niemiłosiernie wlokącym się pociągu osobowym, wiozącym mnie z rodzinnej Łodzi do Poznania. W kieszeni spodni miałem książeczkę wojskową z kartą powołania do odbycia zasadniczej służby wojskowej, pełnionej w charakterze kandydata na żołnierza zawodowego, pół paczki podłej jakości papierosów i równy milion przed denominacyjnych złotych w pogniecionych banknotach. Siedziałem przy oknie i robiłem sobie auto retrospekcję ostatnich kilkunastu miesięcy.

Wróciłem znów myślami do Wojskowej Komendy Uzupełnień, gdzie regularnie dowoziłem zaświadczenia o pobieraniu nauki w szkole średniej, i do odbytej tam rozmowy z dojrzałym oficerem w stopniu majora, który najprawdopodobniej miał chwilę wolną, więc wdał się w ojcowską pogawędkę z dziewiętnastoletnim wypłoszem. Pan major, doświadczony życiowo chłop w wieku mojego ojca, zaczął zagajać o warunki życia w domu, moje oceny w szkole, wiek rodzeństwa i plany na przyszłość. Gdy usłyszał, że po maturze chciałbym studiować historię na Uniwersytecie Łódzkim, zaśmiał się tylko i zapytał, czy moich rodziców będzie stać, z marnych robotniczych pensji, na utrzymywanie dorosłego konia przez kolejne kilka lat. Fraza „dorosły koń” zadźwięczała w moich uszach niczym dzwon Zygmunta i tylko totalne zaskoczenie nie pozwoliło mi napomknąć, że podobną wątpliwość i niechęć do dalszej hodowli owego „domowego zwierzątka” wyrażał mój Ojczulek. Widząc moją rozdziawioną ze zdziwienia gębę, oficer zapytał, czy nie pomyślałem kiedykolwiek o studiach wojskowych, a gdy uzyskał odpowiedź odmowną, zabrał mnie do swojego gabinetu, posadził na krześle i pokazał informator opisujący wszystkie uczelnie armijne. Wspólny – czyli mój i majorowski – wybór padł na Wyższą Szkołę Oficerską w Poznaniu, a „wspólnota” polegała na tym, że on zakomunikował mi, gdzie będę studiował, wypełnił stosowne dokumenty, kazał pilnie notować terminy i miejsca dostarczenia kolejnych zaświadczeń, a ja posłusznie podpisywałem podsuwane papiery we wskazanych miejscach. Gdy po dwóch kwadransach skończyliśmy, mężczyzna uśmiechnął się lekko, klepnął po przyjacielsku w ramię i powiedział, że jestem chłopak niegłupi i będzie ze mnie „niezły materiał na żołnierza”.

„Niezły materiał na żołnierza” dostrzegli we mnie członkowie komisji rekrutacyjnej uczelni, gdy zjawiłem się w niej na początku lipca roku 1992, w celu złożenia egzaminów wstępnych. Czterodniowy sprawdzian obejmował kilka przedmiotów – w tym okrutną matematykę i jeszcze gorszą fizykę – czyli dziedziny dostępne jedynie dla alchemików, magów i czarnoksiężników. Nie wiem, jak to się stało, ale jakimś cudem rozwiązałem większość zadań oraz podałem żądane definicje. Dysząc z radości niczym parowóz, poszedłem na halę sportową i bieżnię, by przystąpić do zaliczenia mojego ulubionego wychowania fizycznego. Muszę zaznaczyć, iż tam odnalazłem się niczym ryba w wodzie, co zaowocowało bardzo wysoką całościową notą końcową. W wielkim zaufaniu zdradzę Państwu, że gdzieś z tyłu głowy nieznośnie brzęczały mi wówczas tezy wcześniejszych pedagogów, w których podważali oni wielokrotnie moje walory umysłowe, ale jakoś nigdy nie odmawiali mi siły, wytrzymałości i sprawności fizycznej, jednak w oceanie swojego młodzieńczego samozadowolenia nie zaprzątałem sobie nimi dłużej myśli. Ostatniego dnia stanąłem przed wysoką komisją złożoną z kilku wysokich rangą oficerów o bardzo surowych twarzach. Dowiedziałem się, iż zostałem zakwalifikowany do studiowania w murach uczelni. Uściśnięto mi dłoń, kazano wracać do domu i zapowiedziano, że spotkamy się znów jesienią. Tak oto znalazłem się w pociągu do Poznania w ową słoneczną środę. Jaki to był piękny czas!

Piękny czas, nawet piękniejszy niż ten, jaki mogłem sobie wyimaginować, nastał tuż po tym, gdy przekroczyłem bramę koszar. Nie mając bladego pojęcia, co mnie czeka, wpadłem w starą, sprawdzoną machinę obrabiania rekruta, która jest praktycznie taka sama na całym świecie – od Nowej Zelandii po Alaskę. Najpierw fryzjer, później łaźnia, następnie magazyn mundurowy, gdzie rozstałem się z ubraniem cywilnym a otrzymałem mundur polowy, wyjściowy, buty, bieliznę i wiele innych, niezbędnych do funkcjonowania rzeczy. Wszędzie poruszaliśmy się biegiem, w zorganizowanej grupie, popędzani nieustannym krzykiem naszych przełożonych – podchorążych, studentów III roku, odbywających u nas praktyki dowódcze. Krótkie komendy, ład, skład, porządek i dyscyplina – wszystko zgodnie z utartym schematem.

Po dwóch dniach byłem już tak otumaniony, że nie wiedziałem zbytnio, jak się nazywam ani skąd pochodzę. Stawałem się wytresowanym automatem reagującym posłusznie na sekwencje wykrzykiwanych rozkazów. Rano wstawałem, ścieliłem łóżko, biegłem kilka kilometrów, myłem się, zjadałem śniadanie, następnie uczestniczyłem posłusznie w apelu i biegłem na zajęcia – głównie z musztry indywidualnej, zespołowej, taktyki oraz wychowania fizycznego. Sam nie wiem, kiedy zostałem całkowicie wyzuty z cywilnych przyzwyczajeń i stałem się trybikiem większego zespołu ludzkiego, który działał sprawnie niczym dobrze naoliwiona maszyna. Ten szaleńczy okres zakończył się w sobotę, 28 listopada 1992 roku, w dniu złożenia przeze mnie i kolegów przysięgi wojskowej. Moi ówcześni przełożeni byli jednak specjalistami najwyższej próby i odnieśli niesamowity sukces w pracy ze mną, bo gdy Mama mnie zobaczyła, to łzy stanęły jej w oczach i powiedziała, że jestem tak chudy i wycieńczony, iż zaraz porwie mnie wiatr. Ale tak jest od wieków – Mamy są dokładnie po to, aby martwić się o synów, a faktycznie wtedy żaden wiatr mnie porwał.

Wiatr, który rzeczywiście porwał mnie i moich kolegów, był wiatrem zmian w armii. Co prawda żaden z nas nie służył już w Ludowym Wojsku Polskim, ale nasi przełożeni i dydaktycy brali swoje korzenie właśnie stamtąd. Być może Czytelnicy będą zaskoczeni, ale w owym czasie nie zauważałem w nich większej nostalgii do Układu Warszawskiego. Większość wykładowców, szczególnie tych z przedmiotów stricte wojskowych, miała za sobą wieloletnią służbę w nadodrzańskich, pierwszorzutowych pułkach, gdzie zajmowali stanowiska dowódców batalionów czołgów, pułków zmechanizowanych czy szefów komórek operacyjnych sztabów dywizji. Byli doświadczonymi, spełnionymi oficerami liniowymi, wybitnymi specjalistami w swoim fachu, a etat wykładowcy akademickiego zwieńczał wieloletnią, znojną służbę wojskową. Znali doskonale doktrynę i struktury wojsk Paktu Północnoatlantyckiego, sposób planowania i prowadzenia walki przez NATO oraz zdawali sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nich ciąży podczas uczenia nas wojennego rzemiosła. Byli bezwzględni i bardzo wymagający dla słuchaczy, ale nie przypominam sobie ani jednego przypadku tęsknoty za starymi czasami, pomimo że wszyscy nosiliśmy jeszcze brązowe buty.

Brązowe buty, będące dziś znakiem rozpoznawczym LWP, zaczęły znikać jako element umundurowania gdzieś w połowie roku 1994, a zbiegło się to z bardzo poważnymi zmianami w nauczaniu taktyki ogólnej. Mniej więcej wtedy zerwano z rysowaniem map przedstawiających wojska własne w kolorze czerwonym i skończono planowanie natarcia na zachód. Wdrożono nowe regulaminy walki, na uczelni pisano kolejne skrypty, gdyż struktury pułkowe odchodziły do lamusa luzowane przez brygadowe. Zarówno dla studentów, jak i dla pedagogów był to czas wytężonej pracy. Czuć było świeżość – szkołę odwiedzały delegacje z Belgii, Włoch czy Stanów Zjednoczonych, ale dla nas, żaków w mundurach, nie miało to najmniejszego znaczenia, gdyż codzienny nawał nauki i obowiązków służbowych nie pozostawiał zbyt wiele czasu na dywagacje o światowym układzie sił. Dodatkowo, dyskoteka w pobliskim akademiku, zamieszkiwanym głównie przez urocze studentki, oferowała o wiele ciekawsze zajęcia niż zgłębianie meandrów wykonywania prac inżynieryjnych następnej kolejności czy maskowania w terenie zurbanizowanym. Do dziś pamiętam wiele czarujących uśmiechów i cudownych spojrzeń, ale ze zrozumiałych względów nie będę rozwijał przedmiotowego wątku. Niczym nie różniliśmy się mentalnie od innych słuchaczy akademickich i nasz cykl życiowy był starannie regulowany zimową i letnią sesją. W końcu staliśmy się najstarszym rocznikiem i z niecierpliwością czekaliśmy wyjazdu na praktyki zawodowe do jednostek liniowych, a marzenie spełniło się 13 listopada 1995 roku.

13 listopada 1995 roku zameldowałem się u dowódcy 16. batalionu powietrznodesantowego w Krakowie w celu odbycia dalszego szkolenia. Zostałem przywitany bardzo ciepło, żołnierskim uściskiem ręki i dostałem tylko jedno pytanie – czy jestem pewien, iż chcę służyć w pododdziałach spadochronowych, co było jednocześnie ostrzeżeniem, że będzie ciężko. Zgodziłem się bez wahania, a major uśmiechnął się do mnie i kazał uciekać do roboty. Udałem się w rejon zakwaterowania, dostałem łóżko, instruktaż i zaczęło się wzmożone działanie. Był to okres dla batalionu bardzo trudny, gdyż zgodnie z rozkazem wyższych przełożonych jednostka miała wyjechać wkrótce na Bałkany w ramach Polskiego Kontyngentu Wojskowego IFOR. Otrzymałem niepowtarzalną możliwość uczenia się prawdziwej żołnierki od niekwestionowanych mistrzów w tej dziedzinie. Codziennie kompanie szturmowe trenowały bardzo intensywnie wypełnianie przewidywanych zadań mandatowych. Pododdziały artyleryjskie dawały im wsparcie ogniowe, a logistyka dwoiła się i troiła, aby nikomu niczego nie zabrakło. Gdy pewnego razu zapytałem mojego pryncypała, jak daje radę wytrzymać trzecią dobę bez snu, on rzucił tylko w moim kierunku starą spadochroniarską dewizę: „W desancie rzeczy niemożliwe wykonujemy natychmiast, a jedynie na cuda należy chwilkę poczekać”, poprawił hełm na głowie i dziarsko pomaszerował na czele kolumny. Na początku roku 1996 batalion wyjechał do Bośni a ja znalazłem się znów w Poznaniu, aby zaliczyć ostatni, ósmy semestr nauki, i skończyć studia już jako podporucznik.

Jako podporucznik wróciłem do Krakowa i zostałem dowódcą plutonu w 6 Brygadzie Desantowo-Szturmowej, w czasie niezwykle intensywnych przygotowań naszego wejścia do NATO. Przełożeni nakazywali wdrażanie nowych instrukcji, dokumentów rozkazodawczych i sposobów działania. Związek Taktyczny wizytowały często sojusznicze gremia, celem sprawdzenia postępów w szkoleniu oraz dowodzeniu zgodnie z procedurami Paktu i wreszcie, 12 marca 1999 roku, staliśmy się jego pełnoprawnym członkiem.

Każde kolejne ćwiczenia międzynarodowe, głównie z wojskami USA, pozwalały lepiej opanować zasady obowiązujące w Sojuszu, a także doskonalić współdziałanie i kooperację wojsk. Zmieniło się również mentalne podejście do poszanowania życia oraz zdrowia ludzkiego. Podczas planowania i prowadzenia operacji poczesną rolę zaczęło odgrywać zabezpieczenie medyczne i logistyczne wojsk w rejonie działań. Wszelkie różnice zaczęły się szybko zacierać, co zostało dostrzeżone przez polityków i najwyższych dowódców, a zaowocowało skierowaniem spadochroniarzy do Iraku, gdzie znalazłem się w styczniu roku 2004. W Karbali miałem możliwość praktycznego sprawdzenia własnych umiejętności nabytych podczas wieloletniej nauki. Z perspektywy lat mogę ocenić, iż zadania stawiane przede mną i moim pododdziałem zostały wypełnione całkiem przyzwoicie, na co jednoznacznym dowodem jest fakt, iż wszyscy moi ówcześni podwładni wrócili do Polski cali i zdrowi. Tam też, podczas insurekcji Muktady as-Sadra, działałem ramię w ramię z żołnierzami bułgarskimi i amerykańskimi. Były chwile lepsze, były oczywiście gorsze, ale jedno nie ulega najmniejszej wątpliwości – poświęcenie, morale i dzielność żołnierza polskiego zostały na irackiej ziemi udowodnione po raz kolejny. Podnosiły się wówczas głosy, że Polacy zostali wysłani na wojnę w samochodach rolniczych marki Honker, co budziło powszechne oburzenie opinii publicznej. Tak, to prawda, poruszaliśmy się nieopancerzonymi pojazdami, ale nie można pominąć faktu, iż początkowy charakter misji był całkowicie pokojowy, a dopiero ofensywne działania powstańców przekształciły ją w regularną wojnę, co wymusiło na decydentach szybkie dostawy godziwego sprzętu.

Godziwego sprzętu nie zabrakło już w Afganistanie, gdzie wylądowałem w marcu 2007 roku. Nasze transportery opancerzone „Rosomak” budziły zazdrość i podziw u amerykańskich sztabowców, a była to pierwsza liga armii USA – 82. Dywizja Powietrznodesantowa z Fort Bragg. W azjatyckich górach nasi dzielni żołnierze z 18. batalionu desantowo-szturmowego i 17. Brygady Zmechanizowanej znów dali popis mistrzowskiego wyszkolenia, odwagi i pełnego profesjonalizmu. Przekonałem się wtedy, jak ważna jest inna wojna – ta o serca lokalnej ludności. Budowaliśmy tam szkoły, kopaliśmy studnie, układaliśmy kanalizację czy remontowaliśmy budynki użyteczności publicznej, co spotykało się z bardzo pozytywnym odzewem mieszańców górskich wiosek. Na wszystkich poziomach nasi specjaliści posługiwali się biegle językiem angielskim, wzbudzając zdumienie sojuszników. W roku 2009, podczas mojego drugiego pobytu w Azji, w bazie Warrior odwiedził nas ze swoimi podkomendnymi amerykański generał, Curtis “Mike” Scaparrotti, będący wtedy dowódcą wspomnianej wcześniej 82. Dywizji. Po krótkiej odprawie, jaka została przygotowana dla niego po angielsku, zażartował, iż bijemy jego ludzi na głowę, bo on w swoim sztabie odprawy po polsku nie miałby szans zorganizować. Cóż, na taką pochwałę wszyscy aż pokraśnieliśmy z zadowolenia, a towarzysze “Mike” zaczęli nagle zakłopotani intensywnie przyglądać się czubkom własnych butów lub kontemplować odległe wzory na ścianach. Mieliśmy poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Poczucie obowiązku wyróżnia od zawsze żołnierza polskiego. Nie musimy mieć żadnych kompleksów ani obaw, że czemuś nie podołamy. Jesteśmy narodem bohaterów, ludzi dzielnych i gotowych do poświęceń. Codzienny żołnierski trud czasem zniechęca, czasem budzi obawy, zmęczenie, zdenerwowanie i poczucie bezradności. Niekiedy ktoś ma dość, chce rzucić wszystko i poszukać spokojnej pracy w biurze, ale wtedy zjawia się dobry kolega, stawia piwo lub nawet kilka, i następnego dnia sam zrezygnowany zaczyna śmiać się już ze swojej chwilowej słabości. Służba wojskowa to ciężki kawałek chleba, ale ja osobiście wspominam ją jako piękny czas.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 10 stycznia 2019 r.

komentarze 2

  1. Piękniejszego wpisu nie czytałem od lat! Gratulacje!
    Pokrywa się idealnie z moimi wspomnieniami, chociaż ja za granicę nie jeździłem, a w Poznaniu zaliczyłem 3 miesiące kwatermistrzówki jako podchorąży i rok mps-u na Ławicy, opuszczając wojsko jako oficer z uwagi służby w stanie wojennym.
    Potwierdzam, że nasi wojskowi zawsze prezentowali profesjonalizm, a że są tylko ludźmi, to czasami zdarzało się im błądzić (głównie przez alkohol).
    Pozdrawiam!

  2. Masz lekkie pioro, mysle ze mógłbyś pokusić sie o cos większego, by na dłużej zatrzymać czytelnika. Tak trzymaj, prosze o wiecej .

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.