PIEŚŃ UJDZIE CAŁO? Czyli rok 1863 zobowiązuje

Jacek Kowalski

Akademicy i nieakademicy polscy w powstaniu 1863. Współczesna rycina z prasy francuskiej. Zbiory Muzeum im. Ks. Józefa Jarzębowskiego w Licheniu. Skan w dyspozycji autora.

 

Powstanie styczniowe upadło. Nie zamierzam jednak – przynajmniej teraz – zabierać głosu w debacie: czy było słuszne, czy niesłuszne; czy trzeba je potępiać, czy nie. Piszę o jego pieśniach, które zaistniały dla mnie z wielką mocą tuż po sto dwudziestej rocznicy wybuchu, i dotąd fascynują. Ich geneza, losy i wpływ – są pouczające.

 

 

Cywilbanda na manewrach

 

Była późna komuna, dla niektórych wciąż stan wojenny (formalnie odwołany), w kościołach słyszało się znów: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!” – i tam właśnie, w kościele, konkretnie w zakrystii poznańskich dominikanów, kupiłem kultowy „Piosennik Powstania Styczniowego”. „Podziemną” kasetę,  którą przywiózł z Krakowa do Poznania zespół Grono Przyjacielskie. Autorem tej pół-tajnej publikacji był jeden z założycieli oraz filarów Grona, mój późniejszy przyjaciel i wydawca, Janusz Kotarba; dziś już niestety świętej pamięci.

 

„Piosennik…” opanował mnie wtedy na amen i do dziś pozostaje ważnym punktem mego osobistego muzeum wyobraźni. Wyjaśnijmy: dla nas wtedy, studentów z duszpasterstwa akademickiego, nie istniał dylemat „bić się czy nie bić”, prawie nikt bowiem nie myślał o prawdziwej wojnie z bronią w ręku, raczej o strajkach, podziemnych wydawnictwach, Niemniej pieśni powstańcze nuciliśmy serdecznie, z lubością, zapałem, identyfikując się (po części podświadomie, po części zaś jakby à rebours) z powstańcami, przywdziewając często-gęsto pseudo-mundurowe buty i kurtki (przypominały mundury powstańcze z rysunków Grottgera!). Sam Janusz Kotarba chadzał, pamiętam, w długiej, czarnej, romantycznej pelerynie. Patrząc na to wszystko, pewien stary ojciec dominikanin, przedwojenny hrabia, mruczał pod nosem: „jak to się cywilbanda poprzebierała! a od służby wojskowej się wykręcają”.

 

 

Król-Duch

 

Pieśni styczniowego zrywu, jak zresztą całą jego duchową spuściznę, oddzielić trzeba od powstania jako takiego. Miały rząd dusz i nie utraciły go mio klęski, bo wzlatywały wyżej niż mizerne efekty militarne i tragiczne polityczne skutki roku 1863. Nieśmiertelny, śpiewny Król-Duch, hołubiony przez pokolenia, przetrwał stając się zasiewem Legionów, Powstania Wielkopolskiego, Powstań Śląskich, zmartwychwstania Niepodległej, a potem odrodził się za Solidarności i w stanie wojennym.

 

 

Nie tylko Mickiewicz

 

Powstańcy poszli w bój z ugruntowanym repertuarem, który budował się w ciągu trzech wcześniejszych dekad. Owszem, na ustach gościł Mickiewicz, bo „My z niego wszyscy”, ale znacznie większe wzięcie mieli poeci minorum gentium, których jakże niesłusznie się potem zapominało (dziś przeżywają pewien renesans, szkoda, że głównie badawczy). Najwięcej popularnych śpiewów zapisał na swoim koncie bodajże Wincenty Pol, w swoim czasie (w roku 1831) powstaniec litewski, którego „Pieśni Janusza” obiegły całą Polskę, a z nimi: „Bracia, rocznica”, „Grzmią pod Stoczkiem armaty”, „Nie masz pana nad ułana”, „Leci liście z drzewa”, w roku 1863 zaś „W krwawym polu srebrne ptaszę”. Oczywiście ognisty Rajnold Suchodolski, okrzyknięty narodowym bardem listopadowego zrywu, który, wzięty do niewoli, zerwał bandaże z ran i umarł z upływu krwi. To spod jego ręki wyszły najbardziej buńczuczne i bojowe: „Dalej bracia, do bułata”, „Witaj majowa jutrzenko”, „Patrz Kościuszko na nas z nieba”. Wreszcie Karol Sienkiewicz z genialnym przekładem „Warszawianki” Casimira Delavigne’a, Konstanty Gaszyński z „Czarną sukienką”, Franciszek Kowalski z „Tam na błoniu błyszczy kwiecie” i Seweryn Goszczyński z „Uderzcie w bębny”, na koniec zaś Kornel Ujejski, który, zdruzgotany galicyjską rabacją 1846 roku, ułożył do muzyki Józefa Nikiforowicza sławny „Chorał” – „Z dymem pożarów”. Listę utworów i autorów można mnożyć, ale nie czas na to. Zwracam tylko uwagę, że świat polskiej pieśni był w tamtych latach równie ogromny, co żywy i aktualny jak może nigdy. Kto wie, czy nie należałoby porównać tej epoki w polskiej kulturze do czasu prowansalskich trubadurów? Oczywiście bliżej nam było do działających jednocześnie francuskich pieśniarzy politycznych, jak Béranger i jego koledzy po fachu. Paryż żył tysiącami pieśni i piosenek, każdy zaś naród miał wtedy swoich popularnych bardów. Jednakże polska pieśń odgrywała chyba – któżby się z tym nie zgodził? – rolę szczególną.

22.01.1984. Premiera „Piosennika  Powstania Styczniowego” w kapitularzu klasztoru oo dominikanów w Krakowie. Śpiewa i gra Grono Przyjacielskie. Janusz Kotarba trzeci od prawej. Ze zborów Małgorzaty Kotarby.

I tu parę wspomnień.

 

 

Rodzina

 

Nauczyciel gimnazjalny w wielkopolskim Trzemesznie, Augustyn Zimmermann, we wspomnieniu Teodora Żychlińskiego, uczestnika i zarazem historiografa wielkopolskich powstańców roku 1863:

 

Pochodzenia niemieckiego, ale żarliwy katolik, […] pokochał całą duszą Polskę. […] Jakkolwiek Augustyn Zimmermann zatrącał w mowie z niemiecka, przecież w domu jego wyłącznie po polsku mówiono i obyczaj był w nim czysto polski. […] Ulubioną rozrywką Zimmermanna była muzyka; sam śpiewał pięknie i grał na wszystkich niemal instrumentach. Najmilszym też było jego zajęciem ustawić w szeregu sześciu swoich synów i uczyć ich patriotycznych polskich pieśni, których każdy musiał mieć zbiór zapisanych do książeczki.

 

 

Szkoła

 

W żadnym z zaborów nie było wolno uczniom śpiewać zakazanych pieśni narodowych. Nawet seminaria duchowne stosowały tu surowe restrykcje. A jednak… w miarę wszędzie działo się podobnie jak w poznańskim gimnazjum św. Marii Magdaleny. Jego uczeń, wielkopolski ziemianin, Kazimierz Szczaniecki:

 

[…] podtrzymywano [w nas] ducha narodowego, który zresztą i profesorów naszych ożywiał. W wyższych klasach na lekcjach wolnej deklamacji, to jest takich, gdzie wolno było do deklamacji wybierać poezję i prozę autorów polskich, deklamowano nieraz ustępy z „Pieśni Janusza” i „Wacława dzieje” Garczyńskiego, nie mówiąc już o Mickiewiczu, Słowackim i  Krasińskim […]

 

O takich „ekscesach” nie można było nawet pomarzyć w Kongresówce. Tam „patriotyzm wykołysany na legendach słyszanych od ojców” musiał żarzyć się w ukryciu. Uczeń Jan Łukasz Borkowski:

 

Mieliśmy […] patriotyczną bibliotekę, złożoną z jednego zeszytu, w którym zapisywano skrzętnie znane wówczas pieśni, śpiewy i patriotyczne poezje: o Bartoszu Głowackim, „Redutę Ordona”, „Pieśni Janusza”, piosnkę o czarnej sukience i wiele innych. […] Biblioteka mieściła się w garderobie pod podłogą. Gdy się wszyscy uśpili […] partiami w garderobie odrywano deskę i czytano z namaszczeniem spiskowców […]

 

 

Uniwersytety

 

Polska brać z wyższych szkół Rosji i Królestwa; przykład: studenci warszawskiej Akademii Medyko-Chirurgicznej, piórem Stanisława Rybickiego:

 

Schodziliśmy się często […] podniecając animusz studencką piosenką „Hej, koledzy, precz frasunek” albo „Precz, precz smutek wszelki”, albo inną jaką przy gorącej herbacie, ponczu i bułkach z serdelkami. Zebrania te często przeciągały się do późnej nocy. […] Czytanie książek historii naszej dotyczących, rozmowy i śpiewy patriotyczne w gronie kolegów, stopniowo i we mnie rozbudziły patriotyzm i poczucie, że jako Polak polskiej sprawie służyć powinienem i zawsze i wszędzie bronić jej w razie potrzeby.

 

Zapamiętajmy piosenkę: „Hej koledzy…”, bo ona na długo już przed powstaniem, i to – uwaga! – pośród polskich studentów uczelni rosyjskich! – zapowiedziała rok 1863:

 

Z Moskalami jutro może

Bić się będziem, co daj Boże!

Czy zwyciężem, czy polężem, ,

Zawsze sława nam!

 

 Akademicy poznańscy z duszpasterstwa oo. dominikanów w Poznaniu w nowohuckim kościele księdza Jancarza. Zima 1986 roku. Fot. ze zbiorów autora.

Ulica i kościoły

 

Echa szkół, poddaszy, salonów uzupełnił wkrótce głos ulicy i stołecznych świątyń w dniach tak zwanej „rewolucji moralnej”. 29 listopada 1860 roku, w okrągłą, trzydziestą rocznicę Nocy Listopadowej, pod warszawskim kościołem karmelitów zgromadził się wielki tłum. Jeden ze spiskowych, Karol Nowakowski, klęcząc zaintonował dźwięcznym głosem prawie nieznaną wówczas pieśń, której refren pochwycono jednak natychmiast:

 

Tłum, przyciągnięty tą pieśnią i coraz więcej rosnący, na kolanach na bruku błotem okrytym, całą wielką przestrzeń ulicy zalegający, w najwyższym uniesieniu, porwany uczuciem, łkając wznosił błagalną modlitwę: „Ojczyznę, wolność racz nam wrócić, Panie”.

 

W tłumie klęczała poetka Narcyza Żmichowska, tuż obok przybyłego niedawno z Sybiru Karola Ruprechta, który miał się jej wówczas zwierzyć, że „wszelkie dawnych spiskowań emocje nie wyrównywają temu wzruszeniu, którego doznał przy owej wspólnej modlitwie”. Odtąd też pieśń „Boże, coś Polskę” stała się narodowym hymnem. Jednym z kilku, bo było ich wówczas wiele. Weźmy znów wspomnienia Rybickiego:

 

Codziennie więc na raz w kilku przynajmniej kościołach modlą się masy ludu, właściwie zaś nie modlą, tylko manifestują, śpiewając po kościołach pieśni narodowe „Boże, cos Polskę” i „Z dymem pożarów”, powstają coraz to nowe, niby religijne, a właściwie polityczne pieśni, które lud po kościołach całymi godzinami wyśpiewywuje.

 

 

Upiory

 

Romantyzm lubił posępność, a romantyzm polski – posępność narodową. Niektórzy badacze z lubością punktują patriotyczną „wampiryczność” spiskowców i powstańców 1863 roku. Rzeczywiście, wielu z nich śpiewało przed, w czasie i po powstaniu:

 

Zgasły dla nas nadziei promienie!

Zanim zorza zaświeci nam blada,

Stańmy jako upiorów gromada,

We krwi wrogów nasyćmy pragnienie […]

 

Czas już skargi i żale porzucić,

Bo wstyd czoła już od nich nam pali,

Czyż nie lepiej się zemstą rozjuszyć 

W krwi niemieckiej i ścierwach Moskali. 

 

W noc spokojną, do domów wpadniemy,

Gdzie szczęśliwi cichemi śpią snami,

Naszą pieśnią ich spokój skłóciemy,

Niech się zerwą, niech idą za nami. […]

 

Tę pieśń usłyszałem po raz pierwszy w wykonaniu Przemysława Gintrowskiego w połowie lat 80. Niesamowite wrażenie jego wykonania pozostało i wraca jak echo. Nie bez powodu w jednym z już po-powstańczych śpiewników zatytułowano ten utwór „To my”. „My” – pokolenie powstania 1863. Traktujmy jednak tę makabreskę raczej jako swoistą licenta poetica, posępny komentarz, tło, niekoniecznie zaś jako odzwierciedlenie praktyki tudzież ideową deklarację. Co do tej… zanim zobaczymy, jak wyglądał repertuar pól bitewnych, zanurzmy się w passus z „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej. Egzaltowana Barbara nadaremnie usiłuje tu wykrzesać z Bogumiła Niechcica, byłego powstańca-bohatera, choćby odrobinę wampiryzmu…

 

Wtem zapragniono dać wyraz innym, bardziej walecznym uczuciom, zaświadczyć, że piersi obecnych noszą w sobie i gotowość do buntu. Ktoś uderzył w klawisze, a goście wnet podjęli znaną gniewną melodię i stojąc, przechadzając się lub otaczając fortepian śpiewali:

                          Zemsta, zemsta na wroga

                          z Bogiem, a choćby mimo Boga!

Zerkano przy tym na okna, a pani Michalina zapuszczała od niechcenia rolety.

Pani Barbara podeszła do Bogumiła.

– Znasz tę pieśń? – szepnęła.

– Nie – odparł – właśnie się przysłuchuję.

– A prawda – westchnęła – nie znasz „Dziadów”. Ale myślałam, że śpiewaliście ją tam…

– Nie – powtórzył Bogumił – nie śpiewaliśmy.

Pani Barbara odeszła nucąc na drugą stronę pokoju i ci wszyscy, co tu teraz stworzyli tak ożywczy stan ducha, wydali jej się bardziej bojownikami niż ten mężem jej będący człowiek, co stał opodal, co nie czytał zakazanych utworów i nie znał tej pieśni, i słuchał.

 

W marszu

 

Nadeszła nieszczęsna noc 22 stycznia. Cytowani powyżej autorzy wspomnień: Żychliński, Szczaniecki, Borkowski, Rybicki ruszyli w pole lub, ewentualnie, do pracy w tajnych ekspozyturach Rządu Narodowego. A jakże, z pieśnią na ustach. Oddziały Langiewicza idą na swój pierwszy punkt zborny:

 

W drodze starsi wiekiem zaintonowali: „Kto się w opiekę”… – my zaś młodzi: „Jeszcze Polska nie zginęła!” – i z tymi śpiewami wjechaliśmy do Wąchocka.

 

Borkowski zdążał z Wielkiego Księstwa Poznańskiego:

 

Jadąc na wózku we czterech do Inowrocławia śmialiśmy się cały czas podróży, śpiewaliśmy, furman Kujawiak nam wtórował. Było wesoło, jakbyśmy jechali na wesele. Błogosławiona lekkomyślność! W kilka dni później ja jeden zostałem przy życiu!…

 

Edmund Skąpski, poznańczyk, wyliczył potem z pamięci całą antologię ulubionych pieśni:

 

W czasie marszu śpiewano zwykle piosnki narodowe tj. „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Cześć polskiej ziemi, cześć, ojczyźnie naszej cześć”, „Polska powstaje, głos wolności brzmi, dumny despota na swym tronie drży”, „Wielopolski wyrachował, że zmarzniemy w lesie, a tu Pan Bóg się zmiłował, zimą wiosnę niesie”. Ulubionym śpiewem kosynierów było coś w tym rodzaju: „Idzie z nami piechota, cóż będzie robić moskiewska hołota” itd.

 

Im dalej w las, tym obozowa piosenka powstańcza przestawała być aż tak bardzo wzniosła. Stefan Brykczyński, który z lubelskiego gimnazjum uciekł prosto do powstańczej partii, daje o tym świadectwo:

 

W czasie marszów dziennych, a czasem i nocnych, o ile nam dano się wyspać, śpiewaliśmy wspomniane wyżej pieśni, piosnki narodowe. Ale ulubionym w całej partji był oberek:

 

W szczerym polu stoi wierzba

Na niej gruszek, Boże, ratuj,

Chociażem ja w kamizeli,

Pan Jezus mnie nie opuści,

                                   A juści

 

Przy tem strofkę śpiewał jeden, a zakończenie: „A juści”, hukały całe kompanje jednym, grzmiącym okrzykiem.

 

Oddział Aleksandra Zdanowicza, niczego nie podejrzewając, stanął na kwaterze w majątku Ciotusza, „między Tomaszowem a Szczebrzeszynem”. Oficerowie wstąpili do dworu. Jakby się zmaterializował „Ostatni mazur”:

 

Już było dobrze po północy, około godziny w pół do trzeciej z rana 11-go listopada, św. Marcina. Śniegu jeszcze nie było ale mróz ściskał i była gruda. Wedety były porozstawiane i zdawało się, że żadne niebezpieczeństwo nie zagraża nam w tej chwili. Część ludzi już się posiliła i wróciła do koni, drudzy czekali na krupnik z baraniną, który się dogotowywał, a kilku z nas, może około 10-ciu, weszliśmy do salonu gdzie był fortepian. Świdziński przysiadł się zaraz i zaśpiewał nam swym dźwięcznym barytonem hejnał Ujejskiego: „Górą serca i czoła” [„Marsz polski” Kornela Ujejskiego z 1860 roku – przyp. JK]  – następnie ja zagrałem walca – wiara poodpinała pałasze i pobrawszy się pod boki poszli w taniec, nie domyślając się, że za chwilę inny taniec będzie. – Okrążyli salę może dwa razy, kiedy Rogowski wchodzi pospiesznie, zabiera z fortepianu swoje pistolety, zatyka je za pas, i najspokojniej w świecie, jak gdyby szło o najbłahszą rzecz, powiada nam: Panowie! kozacy są we wsi! Wszyscy skoczyli do pałaszy, do czapek i rzucili się ku wyjściu.

 

I jeszcze powstaniec Chmielewski, chwilę przed bitwą pod Pyzdrami:

 

Pamiętam dziwne wrażenie, jakiego doznałem, – patrząc na rozpalone ogniska, przy których jeszcze wczoraj, było pełno wesołego gwaru i śmiechu; – dziś słychać było tylko śpiewy nabożne: tu „Kto się w opiekę”, tam inne. – O trzeciej rano trąbki i bębny, zagrały ogólny alarm. .

 

 

Na polu chwały

 

Wreszcie ogień, szable, kosy z bliska. Henryk Wierciński o bitwie pod Suchedniowem:

 

Nad wysuniętym naprzód naszym oddziałkiem dowództwo obejmuje staruszek p. Z [Ziębiński?], który dla obserwacji nieprzyjaciela i dla dodania nam odwagi wychodzi na wał panujący nad szosą i rozpoczyna modlitwę głośno: „Kto się w opiekę”. Kule brzęczą dokoła uszu jak w ulu; przedziurawiają kosy – nas nie tykając wcale.

 

„Staruszek Z.” zginął w tej bitwie. Na innym krańcu Polski, nad kujawskim Gopłem, Borkowski widział i słyszał rzeczy dość podobne:

 

Większość ze świstu kul nic sobie nie robiła. Były przy tym sceny komiczne. I tak w pobliżu mnie szedł karczmarz z zawodu, śpiewając głośno litaniją, a gdy kula głośniej nad nim syknęła, zniżał się na kolanach wykrzykując: „Kyrie Elejson” lub „Wieżo Dawidowa”.

 

W konińskiem – bitwa pod Kołem. Wspomnienia Szczanieckiego –

 

Dzień był piękny, słoneczny, my staliśmy na pagórku, a na dole widać było maszerujących Moskali. Było ich może dwie roty, ze stu kozaków i dwa działa, które zajechały na małe wzniesienie i stamtąd strzelały, kule jednak do nas nie dochodziły. Dano znak do ataku i druga kompania piechoty, w której służyło najwięcej inteligencji, zaintonowała „Z dymem pożarów”, której tony w tych okolicznościach przejmujące sprawiały wrażenie.

 

Krótki przegląd pieśni nie tyle bojowych, co śpiewanych podczas walki, powinien zamknąć Kazimierz Zimmermann, syn znanego nam już Augustyna, Niemca, który stał się Polakiem. Podobno tenże Kazimierz był głównym kantorem oddziału Kazimierza Mielęckiego w lasach Kaźmierskich pod Koninem w marcu 1863 roku. Dzięki sumiennej gorliwości swojego ojca znał na pamięć tyle narodowych pieśni, że podczas postojów wędrował od ogniska do ogniska, prowadząc wspólne śpiewy. Wreszcie podczas bitwy pod Olszakiem „z bohaterską odwagą, z pieśnią na ustach, mimo odwoływań kochających go towarzyszów, wysuwał się śród gradu kul nieprzyjacielskich na groblę”, jednocześnie śpiewając, strzelając i ratując rannych, jak pisze na podstawie różnych relacji jego współczesny, Teodor Żychliński.

 

Kiedy już po bitwie pod Pyzdrami „cofnęli się Moskale”, wedle słów Pawła Wyskoty Zakrzewskiego:

 

[…] otrzymawszy plac boju, wycofaliśmy się do Pyzdr. Postanowiono placówki, grangardy, wysłano podjazdy – a reszta na „Te Deum” do kościoła się udała.

 

 

Poeci

 

Na samym początku wspomniałem o literackim zacięciu powstańczego wojska. To prawda, acz zastrzec trzeba, że najpopularniejszych piosenek stworzyli jednak poeci, którzy bezpośrednio prochu nie wąchali, biorąc za to udział w konspiracji. „Hej, strzelcy wraz” – to dzieło Władysława Ludwika Anczyca, który sam go nie opublikował, rozpowszechniło się płynąc z ust do ust, sam autor zaś dla bezpieczeństwa porzucił Królestwo na rzecz Galicji. Podobnie Włodzimierz Wolski, autor znanego powszechnie „Marsza żuawów” szybko pierzchnął za Zachód. Za to Władysław hrabia Tarnowski broń w dłoni dzierżył, zaś jako poeta, pod pseudonimem „Ernest Buława”, pozostawił po sobie teksty, które śpiewano w oddziałach. Dziś pogrążyła je niepamięć. Tarnowskiego wspomina się wszakże dzięki ludowej, wciąż i wciąż przerabianej „na żywca” w marszach, piosence „Jak to na wojence ładnie”. Tarnowski zanotował jej tekst w obozie i bodaj jako pierwszy podał do druku. Śpiewniki nadal – niesłusznie – jemu właśnie tekst ten przypisują.

 

Najważniejszy jednak – przynajmniej dla mnie – w tej plejadzie poetów jawi się Mieczysław Romanowski, prawdziwy Baczyński, albo lepiej: Gajcy powstania styczniowego. Jedna z legend i ikon powstania, ostatni chyba romantyk z krwi i kości, który własną śmiercią przypieczętował schyłek epoki. We Lwowie był już sławą, wschodzącą gwiazdą polskiej literatury. Oczywiście spiskował, a nawet wszedł do grona ścisłego kierownictwa. Widząc jednak wewnętrzne kłótnie i nieudolność ruchu, postanowił zerwać z konspirą. Tuż po wybuchu powstania zwierzał się rodzicom w liście: „bardzo trzeźwo zapatruję się na wszystkie wypadki […] nadto mam rozsądku i nim się kierować będę”. Mimo to wkrótce postanowił, że iść wypada. W niedzielę 1 lutego 1863 roku pożegnał się z rodzinnym miastem i przeszedł kordon. U boku Lelewela-Borelowskiego pełnił ważną funkcję „komisarza administracyjnego i wojennego sądowego”. Kiedy 24 kwietnia koło Józefowa Lubelskiego zaskoczyli ich Moskale, pozostał w tylnej straży, na bagnach, przez które uciekali jego towarzysze. Odnaleziono jego ciało obdarte przez wroga, ze śladami „żołdackiego bestialstwa”. Nie wiemy nawet dokładnie, gdzie go pochowano, czy w tej właśnie zbiorowej mogile,jaka znajduje się na miejscowym cmentarzu? Stało się więc, jak sam sobie wyprorokował:

 

Jeźli polegnę, niechaj mi w nagrodę

Za was nie kładą pamięci kamienia.

Ziemią niech piersi przysypią mi młode;

Mój kurhan niech mi trawa ozielenia,

A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi,

Niech nad nim ptak się jak mój duch unosi.

 

Jak napisał autor jego biografii, Konrad Bartoszewski, „okazuje się, że w tych czasach wyobrażenia literackie aż nazbyt łatwo przybierały kształt rzeczywisty”.

 

 

Dziś

 

Dziś Polacy w masie swojej – nie licząc mniejszych, zamkniętych środowisk – nie umieją już śpiewać, i to nie tylko pieśni patriotycznych, ale w ogóle. Nasze patriotyczne zgromadzenia (z nielicznymi, szlachetnymi wyjątkami) fałszują tak, że aż dusza boli, o uszach nie wspominając. Kto zawinił? Z pewnością winna jest miedzy innymi długo pielęgnowana w III RP „polityka ahistoryczna” i „pedagogika wstydu”, ale kto wie, czy nie bardziej jeszcze nędzniuchna namiastka tzw. wychowania muzycznego, lub pełen jego brak, w szkołach. Zdaje się, że, wedle twórców szkolnych programów, Polak muzykować nie musi, a wedle ich przeciwników, bodajże w ogóle śpiewać nie powinien – bo przecież śpiewanie z natury „nacjonalistycznym jest”. Śpiewajmy zatem. Śpiewem nie wygrało się żadnego powstania, prawda; ale bez śpiewu, czyli wspólnoty serca i głosu, trudno o jakąkolwiek prawdziwą „rewolucję moralną”. Bez śpiewu można Ojczyznę po prostu przegrać, pozbywając się tej części polskiej duszy, która dla narodowego krwioobiegu zdaje się niezbędna.

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.