Polityka historyczna i jej brak –  czy Polska jest państwem poważnym?

Maciej Świrski

Polityka historyczna – samo to pojęcie jest wyśmiewane przez „znawców przedmiotu”, rozmaitych profesorów o „ugruntowanym dorobku”, polityka historyczna, według nich, to jakiegoś rodzaju cenzura i zestaw nakazów skierowanych do badaczy historii.

Otóż nie chodzi tu o historyków ani o ograniczanie swobody badań historycznych. Polska, jak każde poważne państwo, musi mieć swoją politykę historyczną, tak jak mają ją Niemcy, Francja, Anglia, Stany Zjednoczone, Rosja czy Izrael. Można powiedzieć, że to jest właśnie wyróżnik powagi i pozycji państwa – posiadanie własnej polityki historycznej. Historia kraju uprawomocnia jego działania w dobie współczesnej. Historia przedstawiana przez kraj pokazuje, że dzisiejsze działania nie biorą się znikąd, że są zakotwiczone w przeszłości – jak w przypadku RFN – „przezwyciężenie nazizmu” jest legitymacją uprawniającą Niemców do pouczania innych, zwłaszcza Polaków, jak powinna wyglądać demokracja.

W gruncie rzeczy polityka historyczna jest jednym z narzędzi polityki zagranicznej i wewnętrznej danego państwa. Jej cele – a jak napisano powyżej, tylko państwo poważne prowadzi politykę historyczną – są zbieżne ze strategicznymi celami państwowymi, wspomaganymi przez wszystkie możliwe środki będące w dyspozycji rządu. Poważne państwa, dzięki polityce historycznej przemyślanej strategicznie, mogą wpływać na te obszary polityki międzynarodowej, na które bez polityki historycznej nie miałyby w ogóle wpływu. Wystarczy kilka przykładów – Rosja, nawiązując do swojego udziału w pokonaniu Hitlera i liczby ofiar (zaliczając do nich także ofiary terroru stalinowskiego, co zwiększa liczbę zabitych w latach 1941-1945) stawia Zachód przed swoistym szantażem emocjonalnym: „pokonanie faszyzmu” jest tak wielką zasługą, że wszelkie działania Rosji są usprawiedliwione, bo „Rosja walczy z faszyzmem”.  Zachodni intelektualiści i politycy, jak zwykle naiwni, kupują tę narrację i wierzą we wszystko, co Rosja im powie, bowiem krytykowanie Rosji staje się „popieraniem faszyzmu”. W ten sposób Rosjanie, dzięki nawiązaniu do historii i umiejętnej narracji, potrafili osaczyć Ukrainę i narzucić Zachodowi swoje warunki rozwiązania konfliktu w Syrii, co, jak w przypadku wszystkich totalitarnych dyktatur, kończy się jak zwykle – podbojem i śmiercią cywilów. Polityka historyczna Rosji, a konkretnie podkreślanie rosyjskich zasług w „walce z faszyzmem” działa na zachodnich polityków jak wzrok bazyliszka. Wychowani na uniwersytetach, gdzie marksizm dalej jest poważanym kierunkiem, cały czas ulegają tej propagandzie.

Rosyjska polityka historyczna ma cel wspomagać budowanie imperialnej pozycji Rosji pod rządami Putina. Rozmaite działania z tym związane, jak na przykład oskarżanie Polski o rzekome „wymordowanie sowieckich jeńców z wojny 1920 roku” (mające jakoby równoważyć winę rosyjską za Katyń), są wypadkową tego generalnego celu i bieżących potrzeb politycznych. W polityce historycznej Rosji, splecionej ze strategią dezinformacji skierowaną na Zachód, chodzi o osłabienie NATO, odebranie społeczeństwom i przywódcom woli przeciwstawienia się Rosji, porzucenie wschodnioeuropejskich członków NATO na pastwę Rosji, a w maksymalnym wymiarze – likwidację NATO jako realnej siły militarnej, co oczywiście jest możliwe przy wykorzystaniu całej gamy środków dyplomacji, agentury wpływu, dywersji, subwersji i dezinformacji. Polityka historyczna jest tu dodatkiem, niezwykle istotnym dla osiągnięcia celów Rosji. W przypadku Polski jako zwornika niezależności Europy Wschodniej, działania rosyjskie mają przede wszystkim na celu obniżenie wizerunku Polski wśród narodów zrzeszonych w NATO, tak aby zobowiązania sojusznicze nie były wobec Polski wypełnione. Wprawdzie po warszawskim szczycie NATO z lata 2016 roku i po ostatniej wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie wydaje się, że przynajmniej na jakiś czas możemy być spokojni, jeżeli chodzi o obecność wojsk amerykańskich w Polsce, co na naszych oczach staje się faktem. Jednak czym innym jest decyzja o rozmieszczeniu ograniczonego rotacyjnego kontyngentu USA i innych krajów członkowskich, a czym innym decyzja o pełnoskalowym wejściu do wojny z Rosją w obronie Polski. Pamiętajmy też, prezydent Donald Trump cały czas podkreślał, że podpisane deklaracje nie są „końcowe” (final). W Stanach cały czas trwa rozgrywka polityczna pomiędzy demokratami, republikanami i prezydentem o kształt polityki zagranicznej, a szczególnie kierunek „projekcji siły”. Aby decyzja o obronie Polski mogła być podjęta przez polityków chcących być wybranymi na następną kadencję, to Polska i Polacy muszą cieszyć się sympatią narodów zrzeszonych w NATO. Art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego jest ściśle polityczny – mówi o udzieleniu pomocy w przypadku agresji na członka NATO zgodnie z potrzebami, włącznie z pomocą wojskową. Nie ma tu automatyzmu. Zauważmy – pomoc wojskowa jest wskazana jako ostateczność, a w ogóle udzielana pomoc będzie dozowana w zależności od „potrzeb”. A więc politycy (bo to oni w krajach NATO sprawują kontrolę nad armią) będą oceniać, czy w przypadku agresji rosyjskiej ta „potrzeba” jest już „wystarczająca”, żeby udzielić pomocy. A decyzje będą podejmować nie tyle zgodnie z interesem Polski, co  z interesem swoich narodów, a przede wszystkim – swoich osobistych interesów politycznych. Jeśli zatem rządzone przez nich narody nie będą miały pozytywnego stosunku do Polski i pomoc dla nas będzie się wiązała z ofiarami – to żaden polityk nie podejmie decyzji o poważnej pomocy, ponieważ będzie chciał wygrać najbliższe wybory. Dlatego oskarżenia Polaków o sprawstwo Holokaustu są tak niebezpieczne dla naszej niepodległości. Wydaje się, że akcja dezinformacyjna prowadzona przez Rosję ma właśnie na celu takie obniżenie pozycji Polski w oczach Zachodu, aby Polska była osamotniona. Taki jest cel tej kampanii oszczerstw i musimy sobie zdawać sprawę, że nie mamy do czynienia z jakimiś przypadkami, lecz z przemyślaną strategią realizowaną od lat. Co gorsza, można odnieść wrażenie, że przed 2015 r. w tę strategię wpisywały się polskie instytucje, takie IAM, Instytuty Polskie, polski MSZ, oczywiście często bez świadomości, że biorą w tym udział. W kontekście tego, że naruszanie dobrego imienia Polski wprost godzi w polskie możliwości obronne, a więc w niepodległość Polski, a w dalszym wymiarze w istnienie narodu – wydanie w okresie rządów PO-PSL przez MSZ książki „Inferno of Choices” czy finansowanie marketingu filmu „Ida” przez Instytut Adama Mickiewicza należy ocenić właśnie w kontekście „wpisywania się” w tę strategię dezinformacyjną . Odrębnym pytaniem jest rzecz jasna kwestia, czy takie działania MSZ czy Instytutu Adama Mickiewicza były wyrazem złej woli czy raczej niefrasobliwości w podejściu do finansowanych z budżetu państwa dzieł, których wymowa w stosunku do Polaków i Polski jest oceniana jako kontrowersyjna.

Dzisiaj należy pamiętać, że atakowanie Polski przez ośrodki polityczno-medialne krajowe i zagraniczne za prowadzenie własnej polityki historycznej ma dwa podstawowe cele: po pierwsze chodzi o odebranie podmiotowości Polsce, a po drugie – wprowadzenie Polaków w stan zawstydzenia i poczucia niższości z tego powodu, że Polska mówi rzeczy „niesłychane”. Te niesłychane rzeczy to po prostu prawda – że Niemcy i Rosjanie są odpowiedzialni za wywołanie II wojny światowej, że obozy koncentracyjne to wynalazek okupantów, że Auschwitz zrobili Niemcy. Zwłaszcza wzbudza wściekłość przypominanie, że ta „fabryka śmierci” była zbudowana, wymyślona i prowadzona przez Niemców, realizowała niemiecką politykę państwową z wykorzystaniem niemieckich – ówcześnie najnowszych – wysokich technologii. I wściekli z powodu tych przypomnień są nie tylko przedstawiciele niemieckich ośrodków polityczno-medialnych, ale także ich odpowiednik w Polsce. Najlepszym przykładem tego zjawiska i tej metody dezinformacyjnej jest nagonka rozpętana w kraju i za granicą po przemówieniu premier polskiego rządu 14 czerwca 2017 roku, podczas obchodów kolejnej rocznicy pierwszego transportu do Auschwitz.

Słowa premier Beaty Szydło wypowiedziane w Auschwitz są być może najważniejszymi słowami polskiego polityka po II wojnie światowej. I wagę tym słowom przydaje właśnie kontekst miejsca. Beata Szydło powiedziała:

„Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”

Dlaczego te słowa wzbudziły taką furię nie tylko wśród krajowych przeciwników rządu, ale także w mediach niemieckich?

Ponieważ ówczesna premier potwierdziła tymi słowami wolę budowania silnego państwa opartego także na sile zbrojnej. Słowa te są bardzo podobne do tego, co od początku swego istnienia mówi państwo Izrael. I co zostało potwierdzone przy podobnej wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy przez Szewacha Weissa.  Na Forum Żydów Polskich uściślono ten kontekst:

„Wypowiedź Beaty Szydło jest jednoznaczna: jeżeli państwo demokratyczne nie będzie broniło swoich obywateli, to przyjdzie jakieś totalitarne państwo z morderczą ideologią (lub nawet sama ideologia) i ich wymorduje. Te słowa mają sens właśnie w Auschwitz: międzywojenna Polska nie była w stanie obronić swoich obywateli (przede wszystkim Żydów) i III Rzesza wymordowała ich miliony. To się nie może powtórzyć!

Nagonka na Szydło, oparta na świadomym przekręceniu sensu jej wypowiedzi, jest przykładem jak zaślepienie nienawiścią (z przyczyn politycznych) odbiera ludziom przyzwoitość.” (http://www.fzp.net.pl/opinie/reakcja-na-wypowiedz-szydlo-czyli-jak-zaslepienie-nienawiscia-odbiera-ludziom-przyzwoitosc autor Paweł Jędrzejewski; dostęp 26.06.19)

Wypowiedzenie tych słów właśnie w Auschwitz rozwścieczyło nienawidzących Polski hipokrytów, dlatego że odbierają one im jeden z potężnych argumentów w walce z Polską – ten o rzekomym polskim antysemityzmie. Polska ustami swojej premier mówi to samo, co Izrael i równocześnie potwierdza prawo Izraela do istnienia! I zapowiada, że będzie się bronić przed zabójczą ideologią, skądkolwiek by ona nie przyszła.

Od lat lewicowy antysemityzm w Niemczech i w całej Europie daje swoje zatrute owoce – zamachy na Żydów, wsparcie antysemickich ataków przeprowadzanych przez arabskich ekstremistów, rzekoma obrona Palestyńczyków, a tak naprawdę wspieranie zabójczego terroryzmu. Europa nie jest już bezpieczna dla Żydów, to Polska jest miejscem najbezpieczniejszym. Oskarżanie Polaków o antysemityzm ma skleić wizerunkowo z Polakami to, co się dzieje w Europie Zachodniej – i jest w tym konkretny polityczny cel: ustawienie Polski pod pręgierzem, tak aby potem było łatwiej stawiać Polakom najbardziej absurdalne żądania. Jednym z takich absurdów jest kwestia tzw. „relokacji”, a opór Polski jest tłumaczony ksenofobią i antysemityzmem. Słowa Beaty Szydło przecinają tę antypolską narrację. I jak zwykle w strategii dezinformacyjnej, ośrodki medialnej dezinformacji (i ich eksponenci w mediach społecznościowych) rozpoczęły nagonkę, odwracając znaczenie słów – dlatego że Polska wypowiedziała się własnym głosem.

W istocie to, co się stało, to atak lewackich antysemitów przeciwko Polsce, ponieważ Polska jasno oświadczyła, że będzie chronić swoich obywateli, kimkolwiek by nie byli, przed zewnętrzną i wewnętrzną przemocą. I w tym kontekście należy przypomnieć, że Rząd Polski na Uchodźstwie w 1942 roku uznał, że jednym z celów wojny prowadzonej przez Naród Polski jest ochrona i uwolnienie Żydów – obywateli Polski.

Polska polityka historyczna musi mieć dwa wektory – głoszenie prawdy i dążenie do prawdy oraz wektor ścigania jeszcze żyjących zbrodniarzy, nie tylko starców z SS i innych zbrodniczych organizacji niemieckich, ukraińskich, UPA i OUN, czy sowieckich NKWD, Smiersz i innych. Dotyczy to także prawdy o komunizmie i ściganiu komunistycznych zbrodniarzy, nie tylko stalinowskich oprawców, którzy jeszcze żyją, ale także tych, którzy strzelali do robotników w Grudniu 70, katowali ich w Czerwcu 76; ściganie całej hordy zomowców i wojskowych – zbrodniarzy ze stanu wojennego. Dla prowadzenia prawdziwej polityki historycznej niezbędne jest, aby rozliczenie komunizmu odbyło się naprawdę. To znaczy komuniści winni zbrodni, słudzy reżimu, mordercy z SB muszą stanąć przed sądem Rzeczypospolitej. Nie można budować państwa na fałszu, że komunizm był takim samym jak inne okresem w historii Polski, ot tylko może trochę mniej wolności było niż przed wojną. Nie – komunizm był sowiecką okupacją sprawowaną przez sprzedawczyków i zdrajców narodu. Rozliczenie komunizmu jest tak samo ważne, jak rozliczenie hitleryzmu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale oczywiście nieprawdziwe są twierdzenia Niemców o „przezwyciężeniu przeszłości” i że denazyfikacja się w pełni udała – do późna, do lat 70 XX wieku hitlerowcy, jak się ich teraz nazywa „naziści”, a w istocie Niemcy, którzy wyznawali ideologię Hitlera i byli funkcjonariuszami niemieckiej dyktatury, byli we władzach Republiki Federalnej na rozmaitych stanowiskach; byli także w przemyśle, w stowarzyszeniach. Nieliczne procesy zbrodniarzy nie skończyły się satysfakcjonującymi wyrokami. Zresztą w RFN kara śmierci została zakazana, jakoby dlatego że państwo to zerwało z nazistowską przeszłością. A przecież dzięki zniesieniu kary śmierci i ogólnemu nastawieniu sądów i prokuratury niemieckiej tacy zbrodniarze, jak Rainefarth – kat Woli – lub jak Eilert Dieken – dowódca ekspedycji karnej w Markowej, gdy zabito rodzinę Ulmów za ukrywanie Żydów – umarli we własnych łóżkach, nie niepokojeni. Polska polityka historyczna musi to przypominać i odpowiadać na niemieckie pouczenia. Bo polityka historyczna Niemiec odnosi się do istniejącego jedynie w propagandzie „przezwyciężenia” i uderza w Polskę jako sprawczynię niemieckich zbrodni. Odpowiedzieć na to możemy tylko pokazując prawdę – zarówno jeśli chodzi o wydarzenia II wojny światowej, jak i pokazując fałsz stwierdzeń o „przezwyciężeniu”. I pokazując konkretne przykłady. Oto pierwszy z brzegu, ale za to mało znany.

Pułkownik Friedrich Gollwitzer w czasie – jak oni to nazywają – „Polenfeldzug”, czyli napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku, dowodził 41 Pułkiem piechoty Wehrmachtu. We wsi Torzeniec w nocy z 1 na 2 września, czyli zaraz po przekroczeniu polskiej granicy, nastąpiła strzelanina pomiędzy niemieckimi żołnierzami, w wyniku której zginęło dwóch Niemców. Gollwitzer zarządził rozstrzelanie wszystkich mężczyzn z wioski, a następnego dnia jeszcze dodatkowe egzekucje. Zabito w sumie 37 osób. W październiku 1939 roku Gollwitzer został awansowany do stopnia generała Wehrmachtu. Dostał się do niewoli sowieckiej pod Witebskiem w czerwcu 1944 roku. Z niewoli wrócił w roku 1955. W 1964 niemiecka prokuratura wszczęła przeciw niemu śledztwo po tym, jak dostała list od byłego podkomendnego Gollwitzera z opisem licznych zbrodni popełnionych przez podległych mu żołnierzy. Podjęto dochodzenie w sprawie śmierci 18 polskich cywilów, lecz prokuratura zarzuciła to śledztwo i Gollwitzer, zasłużony bohater wojenny, spokojnie dożył swych dni na generalskiej emeryturze, w miejscowości Amberg, w której w 1935 roku objął dowództwo nowo utworzonej 193 Dywizji Piechoty Wehrmachtu, odbudowywanej niemieckiej armii. Zmarł w 1977 roku nie niepokojony dalej przez nikogo.

Tak wygląda to niemieckie rozliczenie się z przeszłością. Niemcy mają śmiałość pouczać Polaków, gdy groby ich ofiar i prochy zagazowanych wołają z przeszłości. To jest tak skrajna niesprawiedliwość, że nic nie jest w stanie tego przykryć – ani nieliczni sprawiedliwi Niemcy, którzy poczuwają się do winy i działają w duchu pojednania, ani wysiłki Kościołów, ani też co uczciwsi niemieccy politycy. I chodzi tu też o te pouczenia dotyczące teraźniejszości – wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Polski, ingerencje niemieckiej prasy, nagonki medialne uprawiane przez niemiecką prasę w Polsce i tak dalej.

Polska polityka historyczna powinna doprowadzić nie tylko do zrównoważenia oszczerczej niemieckiej narracji historycznej (a Niemcom udało się odkleić słowo „Nazi” od słowa „Germany”, czego dowody są w popkulturze, szczególnie w filmach), ale także do zastąpienia jej narracją prawdziwą, czyli polskim opisem przeszłości. Jest to oczywiście cel maksimum, zwłaszcza w porównaniu z tym, jak wygląda odbiór Polski obecnie, ale cele maksimum są jedynymi wartymi realizacji.

Rozmaici guru, zarówno historycy, jak i dziennikarze, zarzucają takiemu spojrzeniu na polskie pryncypia polityki historycznej już nie tyle maksymalizm, co wariactwo – zniechęcanie Niemców, szkodzenie sojusznikowi, burzenie dobrosąsiedzkich stosunków itd.

Odpowiedź na to jest tylko jedna – od czasu, gdy Niemcy w 1995 roku zmieniły w sposób zdecydowany swoją narrację o przeszłości, dokładając do niej prawie nieobecny wcześniej komponent rewizjonizmu historycznego i werbalnie uznając swoje winy, lecz de facto wybielając się (czego najlepszym przykładem jest oszczerczy serial „Unsere Mütter, unsere Väter”, który to serial, zdaniem polskiego sądu, narusza dobra osobiste żołnierzy AK, bo przedstawia ich jako antysemitów), od tego momentu trudno mówić o naprawdę dobrosąsiedzkich stosunkach między Niemcami a Polską.

W pamiętnym roku 1995, gdy obchodzono 50 rocznicę pokonania III Rzeszy, w lutym odbyła się znacząca uroczystość – upamiętnienie ofiar nalotu na Drezno. W lutym 1945 roku Anglicy i Amerykanie zbombardowali bombami zapalającymi to miasto i zginęło 25 tys. cywilów. Miasto było pozbawione znaczenia militarnego i to bombardowanie było – jak należy przypuszczać – kolejnym punktem z checklisty marszałka Harrisa, dowódcy Bomber Command RAF-u. Ten horror został opisany m.in. w powieści Kurta Vonneguta „Rzeźnia nr 5” –  wszyscy, którzy znają sposób narracji Vonnegutta wiedzą, że te wydarzenia zostały użyte do pokazania absurdu wojny w ogóle. Ale nawet Vonnegut, sam niemieckiego pochodzenia, który przeżył ten nalot, ale widział także okropności wojny (dostał się do niewoli niemieckiej podczas ofensywy w Ardenach), nie usprawiedliwiał Niemców.

Zburzenie Drezna to okropne wydarzenie, lecz równocześnie niczym się ono nie różni, może oprócz skali, od bombardowania Warszawy we Wrześniu 1939 lub podczas Powstania w 1944 (tu już zastrzeżenie o różnicy skali nie obowiązuje), Coventry czy Rotterdamu przez Niemców. Niemcy zniszczyli większość miast Polski, a Anglicy z Amerykanami spalili większość miast niemieckich.

Lecz w 1995 roku władze niemieckie wykorzystały tę rocznicę do postawienia nowego kroku na drodze zmiany spojrzenia na wydarzenia przeszłości. Kanclerz Kohl oznajmił, że dość już tego mięczakowatego przyznawania się do winy. Owszem, Niemcy wywołały wojnę – temu nie da się zaprzeczyć, ale Niemcy byli także ofiarami wojny. I to ofiarami, które niczym się nie różnią od ofiar niemieckich zbrodniarzy. Przedstawiciel rządu Niemiec zrównał ofiary z katami. Postawił na równi cywilnych mieszkańców niemieckich miast bombardowanych przez Anglosasów (i przez 4 polskie dywizjony bombowe) z niezliczonymi ofiarami niemieckiego okrucieństwa w całej Europie. W tym ofiarami Auschwitz, Sobiboru, Majdanka, Bełżca, Kulmhofu, Piaśnicy, Palmir…

Tego rodzaju postawienie sprawy przez kanclerza Niemiec dało przepustkę do zakłamanej akcji propagandowej, która musiała się zwrócić przeciwko Polsce jako największej niemieckiej ofierze. Bezruch i indolencja ówczesnych rządów Rzeczypospolitej spowodowały, że ta akcja propagandowa nie spotkała się z należytą odprawą. Ważniejsze były osobiste kariery ówczesnych decydentów i miraż Unii Europejskiej, do której Polska przystąpiła 9 lat później. Tak trudno nam dzisiaj walczyć z niemieckim rewizjonizmem historycznym, ponieważ wieloletnie zaniedbania spowodowały utrwalenie się zakłamanej narracji. Gdyby Polska odpowiednio wcześnie się temu przeciwstawiła, to ten głos byłby wysłuchany. W 1995 roku jeszcze żyło pokolenie biorące udział w wydarzeniach i mogące świadczyć o prawdzie. To, że niemiecka polityka historyczna otwarcie neguje już niemiecką odpowiedzialność za II wojnę światową i przerzuca ją na mitycznych „nazistów” potwierdziły stwierdzenia niemieckich przedstawicieli i przemówienie samej kanclerz Merkel podczas ostatnich uroczystości w Normandii, gdy powiedziała o D-Day: „ta wyjątkowa operacja wojskowa przyniosła nam w końcu wyzwolenie od nazistów” (https://www.apnews.com/8b3fa96ce1a94aa983a7e2940b9afa12 dostęp 26.06.2019). I równolegle Niemcy cały czas – zgodnie z prowadzona przez siebie polityką historyczną – starają się „podzielić winą” za II wojną światową. Mamy tu spójny obraz historii – „Niemcy jako ofiara nazistów, a zbrodnie wprawdzie popełniali też Niemcy, ale wspólnie z kolaborantami, szczególnie z Polakami, którzy przecież są organicznie antysemiccy”.

Tu oczywiście trzeba wspomnieć o niemieckiej polityce historycznej w Polsce, prowadzonej również przez media. Pod ich wpływem, wydaje się, są liczni przedstawiciele polskich samorządów, czego oburzające dowody mamy co chwila. 24 czerwca 2019 prezydent Gdańska zamieściła twitta, który może być odbierany jako prowokacja i niestety jako wpisujący się w niemiecką narrację poprzez brak wskazania sprawców II wojny światowej:

Zauważmy, że w czerwcu 2019 roku Dulkiewicz pisze o rocznicy wybuchu wojny, nie wymienia słowa „Niemcy” i dokłada do tego zdania mające związek ze zrywem sierpniowym 1980 i powstaniem Solidarności. Mogło to oczywiście wynikać z liczby znaków, ale całość wygląda na jakąś pokrętną logikę. Brnąc dalej, możemy dojść do absurdu, że chodzi także o ulokowanie Niemców po stronie tych, którzy zbudowali Solidarność – dowiemy się.

Zastępca Dulkiewicz podczas publicznego przemówienia mówił, że przyczyną wojny było „złe słowo Polaka o Niemcach”. To są smutne fakty, które pokazują, co myślą ludzie rządzący miastem, które odegrało szczególną rolę w stosunkach polsko-niemieckich, o które spór był bezpośrednią przyczyną wojny. Odbudowywanie niemczyzny w Gdańsku współczesnym, rojenia o Wolnym Mieście Gdańsku – w tym przez ludzi Platformy Obywatelskiej – wydaje się być po prostu plasowaniem się w polityce narracji historycznej i unieważnianiem niemieckiej klęski w wojnie. A prostą konsekwencją tego jest irredenta samorządu Gdańska w stosunku do państwa polskiego. Wydaje się, że tzw. „plan decentralizacyjny”, zaprezentowany przez ludzi związanych z „totalna opozycją”, jest fragmentem takiego działania.

Wektor prawdy w polskiej polityce historycznej musi się także przeciwstawić jeszcze innej narracji – „polskich badaczy Holokaustu”. Jest to dosyć wpływowe grono historyków, którzy z sobie wiadomych powodów prowadzą agresywnie antypolską nagonkę zarówno w krajowych mediach, jak i za granicą. Głównymi nazwiskami są tu oczywiście Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski oraz Barbara Engelking i cała grupa badaczy „nowej szkoły badania Holokaustu” – jak sami siebie nazwali.

Głównym zabiegiem, który preferuje ta nowa szkoła, jest nadużycie uogólnienia, to znaczy rozciąganie jakichś jednostkowych wydarzeń na cały naród i cały okres historyczny. I nie chodzi tu tylko o wydarzenia II wojny światowej, lecz o całą historię Polski i stosunków polsko-żydowskich.

Gdy w 2015 roku nastąpił kryzys imigracyjny w zachodniej i południowej Europie, bardzo szybko ze strony Niemiec (które nieopatrznie „otworzyły drzwi” fali muzułmańskiej imigracji) pojawiły się naciski na państwa Europy Wschodniej, aby przyjęły imigrantów. Pod szczególnym naciskiem znalazły się Węgry, Polska i Czechy. Uzgodnione przez nie zostało wspólne stanowisko i gdy we wrześniu 2015 roku rozpoczęły się rozmowy w Brukseli na temat liczb imigrantów, które każde z 27 państw Unii ma przyjąć, było jasne, że państwa Wyszehradu żadnych „uchodźców”, a w istocie w większości imigrantów ekonomicznych, nie przyjmą. W momencie, gdy premier Kopacz była w Brukseli, ukazał się artykuł Grossa w internetowym magazynie „Politico” pt. „Eastern Europe’s Crisis of Shame” (tłum. – „Kryzys wstydu w Europie Wschodniej”) (https://www.project-syndicate.org/commentary/eastern-europe-refugee-crisis-xenophobia-by-jan-gross-2015-09 dostęp 26.06.2019), przetłumaczony tego samego dnia przez „Die Welt” i opublikowany pod tytułem „Die Osteuropäer haben kein Schamgefühl” (tłum. – „Europejczycy Wschodni nie mają wstydu”) (https://www.welt.de/debatte/kommentare/article146355392/Die-Osteuropaeer-haben-kein-Schamgefuehl.html dostęp 26.06.2019) na temat „polskiego współudziału w Holokauście”. Jest w nim następujący passus:

W tym przypadku historia nie jest metaforą. Wręcz przeciwnie: korzenie postępowania w Europie Wschodniej, które właśnie okazuje swoje nienawistne oblicze, sięgają bezpośrednio drugiej wojny światowej i czasów tuż po jej zakończeniu.

Na przykład Polacy byli co prawda dumni z oporu społeczeństwa przeciwko nazistom, jednak faktycznie w trakcie wojny zabili więcej Żydów niż Niemców.

W trakcie niemieckiej okupacji polscy katolicy przeżywali potworne cierpienia, jednak w stosunku do głównych ofiar nazizmu wykazywali tylko niewielkie współczucie.

W dalszej części artykułu, która dotyczy Polaków pomagających Żydom w trakcie II wojny światowej, autor pisze: „Ci godni podziwu ludzie działali zazwyczaj samotnie i wbrew panującym normom społecznym. Byli wyjątkami, którzy jeszcze długo po wojnie trzymali swoje bohaterstwo w tajemnicy przed sąsiadami – wyraźnie ze strachu, bo w przeciwnym razie ich własna wspólnota mogłaby ich izolować, traktować z niechęcią i poniżać.”

Cała wymowa tego tekstu jest odczytywana jako wybitnie antypolska – Polacy przedstawieni zostali jako grupa ksenofobiczna, antysemicka i zachowawcza, a katolicyzm Polaków jako czynnik wzmacniający te postawy.

Tekst w niemieckiej gazecie uwypuklał jeszcze bardziej antypolskie passusy poprzez dodanie pogrubionych śródtytułów. Działo się to 14 września, w momencie gdy ówczesna premier Ewa Kopacz negocjowała w Brukseli bardzo ważną dla przyszłości Polski sprawę – kwestię wpuszczenia na terytorium Polski muzułmańskich imigrantów, wymuszanego przez silne państwa Unii, przede wszystkim Niemcy. I po ukazaniu się artykułu Grossa uzgodnione wcześniej stanowisko polskiej delegacji zmieniło się diametralnie. Ewa Kopacz zgodziła się na „relokację”, złamała uzgodnienia wyszehradzkie.

Dlaczego tak się stało?

Wytłumaczenie wydaje się oczywiste.

Dla ludzi ówcześnie rządzących Polską, całej tej grupy oligarchiczno-biznesowo-politycznej, warunkiem istnienia w obiegu nie tylko politycznym, ale – jak się wydaje – również  biznesowym było (i jest) „płyniecie głównym nurtem” polityki europejskiej, co zresztą otwarcie mówili i realizowali w praktyce. Jak się to opłaca, widomym znakiem jest kariera Donalda Tuska w strukturach europejskich. Główny nurt to po postu bezwarunkowe i całkowite popieranie polityki Niemiec. W mojej ocenie, dla Ewy Kopacz i innych głównych przedstawicieli tej grupy było nie do zaakceptowania z punktu widzenia ich celów biznesowo-politycznych przypisanie im cech najbardziej negatywnych z negatywnych. Mają oni z pewnością świadomość, że dla przeciętnego eurobiurokraty pozycja tej grupy zależy od pozycji w brukselskiej „hierarchii dziobania”, a ta z kolei od opinii możnych. Tekst Grossa, a w istocie, według mnie, atak na Polskę w momencie negocjacji, spowodował zmianę polskiego stanowiska z bardzo prozaicznego powodu – przypisanie tych negatywnych cech i utrzymanie stanowczego „nie” w sprawie relokacji utrwaliłoby wizerunek tej ekipy jako ksenofobów i rasistów, bo takie opinie są o Polsce rozpowszechniane właśnie ze względu na ówczesne (przed zmianą decyzji) stanowisko Polski i stanowisko Polski za czasów Dobrej Zmiany.

Obserwuję, że dziwnym trafem Gross odzywa się wtedy, gdy Polska ma coś ważnego do załatwienia na arenie międzynarodowej. Tak było w 2015, gdy były negocjacje w sprawie relokacji. Może to być oczywiście dzieło przypadku.

Opisywane wyżej  kwestie dobitnie pokazują, jak historia może być elementem walki politycznej i wywierania wpływu w sprawach całkowicie teraźniejszych. Niemcy osiągnęły we wrześniu 2015 swój cel polityczny – zgodę Kopacz na „relokację”. Dzięki temu mogli w 2017 roku, już po zmianie władzy w Polsce, wywierać nacisk na Polskę w tak istotnej sprawie.

Opór nowego polskiego rządu w sprawie „relokacji” jest dla Niemiec przewodzących Unii Europejskiej nie lada kłopotem. Polityka „otwartych drzwi” nieopatrznie i jednostronnie ogłoszona przez niemiecką kanclerz spowodowała nieobliczalne i niepoliczalne skutki, z których najgroźniejszym jest wpuszczenie w obszar UE nierozpoznanych terrorystów. Ta niemiecka decyzja spowodowała oczywiście znane z mediów niepokoje i kroczącą zmianę cywilizacyjną – no-go zones, prawo szariatu na niektórych terenach, konieczność coraz ściślejszej kontroli policyjnej obywateli i tak dalej.  W konsekwencji powstała konieczność „podzielenia się” migrantami, a myślę, że prawdziwym zamiarem było przerzucenie na kraje Europy Wschodniej utrzymania masy przesiedleńców w zamian za jakiegoś rodzaju gratyfikacje i to nie dla społeczeństw czy państw, lecz dla polityków podejmujących sprzyjające Niemcom decyzje.

Naciski wywierane na Polskę obecnie za pomocą argumentacji historycznej, odwołujące się kłamliwie do tzw. „polskiego współudziału w Holokauście”, mają na celu już nie tylko przerzucić na Polaków niemieckie winy, ale także mają niebagatelną rolę w akcji zmuszania Polski do zgody na niemieckie żądania w sprawie deportacji do Polski migrantów.

Niestety w Polsce nie wszyscy politycy i nie wszystkie osoby sprawujące funkcje publiczne zdają sobie sprawę z tej sytuacji.

Polityka historyczna jest narzędziem wywierania wpływu politycznego. Musimy wiedzieć jako obywatele, jak tym narzędziem operują nasi sąsiedzi, sojusznicy i wrogowie. I jaki to ma wpływ na nasze losy. I mieć jeszcze mocniejsze narzędzia w ręku.

 

 

komentarze 2

  1. >> Tekst Grossa, a w istocie, według mnie, atak na Polskę w momencie negocjacji, spowodował zmianę polskiego stanowiska (…) <<
    Zmiana stanowiska rządu przez jeden tekst podrzędnego pismaka? A czy ktoś z polskiej delegacji w ogóle o nim wiedział i go przeczytał? Bez przesady. Skoro nastąpiła zmiana, to znaczy że ktoś ją naszym władzom nakazał, lub za nią zapłacił – zależnie od tego, jak działał mechanizm podporządkowania polskiego rządu Zachodowi.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.