#PowiedzmyNiemcomPrawdę

Przedstawiamy Państwu pierwsze z nadesłanych opowieści:

Nazywam się Roma Izabella Busch (dawniej Korytkowska). W niemieckich mediach już byłam. Usłyszał mnie cały świat.

Chcę opowiedzieć historię moich dziadków: Jadwigi i Tadeusza.  Otóż moja babcia miała 18 lat, gdy wybuchła II wojna światowa, była najmłodsza z rodzeństwa. Mój dziadek miał wtedy tylko 13 lat. Był 5 lat młodszy od mojej babci. Oboje stracili w tej wojnie wiele. Pewnego dnia była babci kolejka na wyprowadzenie krów na wypas. Więc musiała wyprowadzić krowy na pastwisko. W tym czasie do wioski wjechało SS i żołnierze Wermachtu. Babcia, wracając z pastwiska, usłyszała głosy w języku niemieckim, było jednak za późno, by się schować. Zebrali babci całą rodzinę miedzy zabudowaniami gospodarczymi a domem. Był to spory plac. Przedstawiono im zarzuty, że pomagają Żydom i partyzantom (dostarczają jedzenie). Babcię i jej najstarszą siostrę zapakowano do ciężarowki, tylko dlatego ze były ciemnymi blondynkami o niebieskich oczach. Ostatni raz widziała rodziców i braci na własne oczy. 7 braci babci i rodzice – wszyscy zostali rozstrzelani. Babcia do końca swoich dni nie zapomniała człowieka, który całą rodzinę rozkazał rozstrzelać. Wszystkie zabudowania i dom spalono. Po przyjeździe do siedziby SS obie brutalnie zgwałcono i umieszczono osobno w areszcie. Następnego dnia rano siostrę wywieziono. Babcię wywieziono z innymi więźniami do pociągu, który jechał do Auschwitz. Babci udało się wyskoczyć z pociągu dzięki pomocy innych. Przeżyła. Znaleźli babcię partyzanci i tak wstąpila do partyzantki. Bodajże W 1984 roku znaleziono przez Czerwony Krzyż babci siostrę. Uciekła Ona z obozu pracy w Niemczech i ukrywała się w Australii. Nigdy już się nie zobaczyły osobiście. To były listy i rozmowy telefoniczne (oczywiście za czasów komuny: rozmowy kontrolowane).

Dziadek, mając 13 lat, walczył. Był walecznego ducha. Jego rodziców także rozstrzelano i 3 rodzeństwa. Brata zabrano i siostrę. Dziadek wstąpił do wojska, potem wraz z resztkami swojego oddziału walczył pod Monte Cassino. Pod Rzymem poznał kobietę o imieniu Izabella i bardzo się w niej zakochał. Gdy wojna się już kończyła, Dziadek wraz z oddziałem i ukochaną Izabellą udał się w drogę powrotną do Polski. Niestety gdzieś po drodze zaatakowały ich niedobitki niemieckiego oddziału. Było to zaledwie paru żołnierzy, ale pocisk trafił Izabellę. Zmarła w ramionach dziadka. Dziadek nigdy nie zapomniał.

Gdy po wojnie odbudowywano miasta, dziadek poznał moją babcię. Mieli 6 dzieci ( jedno zginęło w tragicznym wypadku). Babcia zmarła w straszliwych bólach na raka w wieku 65 lat. Nie doczekawszy się renty wojennej lub odszkodowania od strony niemieckiej w nędzy. Dziadek tak samo, 5 lat później, miał także 65 lat, umarł w nędzy i bólach.

Niemiec który wydał rozkaz rozstrzelania babci braci i rodziców i brutalnie ją zgwałcił, to ten sam człowiek który wydał wyrok na dziadka rodziców i rodzeństwo. Ten nazista dostał wyrok w Norymberdze 15 lat pozbawienia wolności. Po 5 latach wyszedł na wolność za dobre sprawowanie i wyjechał do Ameryki. Umarł w luksusie!!!

Dzieki takim ludziom, jak moi dziadkowie , którzy dzień w dzień stawali twarzą w twarz ze śmiercią, walcząc o lepsze jutro i co najważniejsze o człowieczeństwo, dzięki nim ŻYJEMY. Bez nich nie wiadomo, jaki byłby ten świat, pewnie cały nazistowski.

Jakże ja mogłabym zapomnieć? Noszę dwa imiona, nadane mi przez dziadka, Roma Izabella. Gdy tylko muszę podać swe imiona, staje mi przed oczyma wielka miłość dziadka , którą brutalnie przerwano.

Mieszkam w Niemczech, jestem żoną Niemca. Nie jestem rasistka czy nacjonalistka. Jestem 2 pokoleniem mojej rodziny urodzonym po wojnie. Wychowywałam się w atmosferze ogromnego szacunku do ludzkiego życia, do bycia człowiekiem.  Pomagam każdemu bez wyjątku, kto tej pomocy potrzebuje. Lecz także wychowałam się w atmosferze walki o człowieczeństwo, o życie swoje, dzieci, swojej rodziny, bliskich.

Dlatego ze jestem Polka , jestem dumna z mego pochodzenia , moich przodków i NIE AKCEPTUJĘ NIESPRAWIEDLIWOŚCI, BRAKU SZACUNKU DO CZŁOWIECZENSTWA!!!

Widzę także jaką farsą były procesy w Norymberdze. Do dzisiaj zresztą przemilczana.

Pozdrawiam.


Mój dziadek i pradziadek, w czasie drugiej wojny światowej, po zaatakowaniu i zajęciu Polski przez Niemcy, byli kilkukrotnie przesłuchiwani i torturowani przez NIEMIECKIE GESTAPO. Wiedząc, że kolejnego przesłuchania mogą już nie przeżyć, bo NIEMCY po prostu „niechcący” zatłuką ich na śmierć, celowo dali się schwytać w „rutynowej” łapance WEHRMACHTU, zbierającego niewolników do obozu pracy przymusowej w NIEMCZECH. Następnie w niemieckim obozie pracy, jako niemieccy niewolnicy, spędzili resztę wojny.

Kajetan Soliński


Moja babcia, Krystyna z domu Smolińska (nazwisko po matce), nigdy nie
mówiła o swoim ojcu. Wiele mówiła o swojej mamie. Opowiadała czasem o
jej pracy w czasie wojny „u Niemców”. Sposób, w jaki opowiadała, świadczy
o tym, że była to praca przymusowa i że nie był to łatwy etap jej życia.
Od razu po wojnie prababcia powróciła do Polski. Babcia nigdy nie znała
swojego ojca. Dziś z relacji innych członków rodziny wiem, że poczęła
się w wyniku gwałtu dokonanego w czasie wojny na terenie dzisiejszych
Niemiec. Ta niekompletna relacja uzupełniona wiedzą historyczną o
realiach robót przymusowych w czasie wojny nie pozwala mi czytać niemieckiego
artykułu bez oburzenia!

Mój dziadek Stanisław nigdy nie znał swojego ojca, Hieronima Kornatki.
Wie o nim tylko, że zginął w czasie wojny.

Moi znajomi, których krewni zginęli w nazistowskich obozach zagłady na
terenie Polski nie mają wątpliwości, że były to obozy niemieckie!

Dodam jeszcze, że 3 lata temu wiedzę na temat Holokaustu potwierdziłem w
bezpośrednich rozmowach z niemieckimi historykami pracującymi w
Ravensbrück i w Sachsenhausen w utworzonych na terenie dawnych obozów
miejsc pamięci. Spędziłem tak kilka dni. Zachęcam do dokładniejszego
poznania historii naszych krajów przed publikowaniem podobnych tekstów.

Z poważaniem

Piotr Kornatka


OKUPACJA

W opowiadaniach mojego ojca, tak jak i w rozmowach z jego braćmi i siostrami, jak sięgam pamięcią, bardzo rzadko pojawiało się słowo „wojna”. Dominowały określenia „okupacja”, „za okupacji”, „podczas okupacji”.

Pierwszą ofiarą wojny w rodzinie był pies Lump.

– Niemcy bombardowali lotnisko. Samoloty nadlatywały co piętnaście minut. Był huk i dym. Kiedy był pierwszy nalot, ja akurat bawiłem się z Jaśką (najmłodsza siostra) na ulicy, z dala od domu. Uciekaliśmy trzymając się za ręce. Mama zagoniła nas do piwnicy. Tam przeczekaliśmy naloty.

Kiedy wszystko ucichło, okazało się, że Lump, biedne psisko, zwariował. Biegał w kółko, toczył pianę z pyska, próba złapania go groziła pogryzieniem. Nie zauważał podawanego mu jedzenia. Ojciec, który przyszedł szybko z roboty, zagonił go do komórki, pozwolił mu wystawić tylko głowę przez drzwi i uderzył w łeb siekierą…

– Po paru dniach lotnisko i zabudowania wojskowe zajęli Niemcy. Pewnego południa do naszych drzwi zastukał oficer w towarzystwie paru żołnierzy.

„Herr D.? Komm mit! Du wirst übersetzen!”*

I ojciec poszedł. Skąd Niemcy wiedzieli, że mieszka tu były podoficer austriacki – nie wiadomo. Ale wiedzieli i przyszli jak do siebie.

Ojciec wrócił gdzieś po godzinie. Okazało się, że Niemcy nie znaleźli w kasynie oficerskim zastawy stołowej i sztućców. Znaleźli je tuż za płotem, w domu żydowskiego kelnera. Nie pomogły tłumaczenia, że wziął je na przechowanie, żeby się nie potłukły podczas bombardowania i żeby nikt nie ukradł, jak wojsko wychodziło. Niemiecki oficer wyjął pistolet i zastrzelił ofiarę na miejscu. Ojciec wstrząśnięty wrócił do domu. Niemcy jeszcze wielokrotnie wykorzystywali go jako tłumacza. W kasynie zatrudnili większość byłego personelu cywilnego. Tak do pracy, jako podkuchenna, trafiła Ela (najstarsza siostra). W efekcie rozeszła się po wsi plotka, że D. podpisali Volkslistę. Dopiero ksiądz, na prośbę ojca, ogłosił z ambony, że D. nie stali się Niemcami.

– W 1939 roku na lotnisku i wokół stacjonowało więcej żołnierzy, niż za wolnej Polski. Niemcy zajęli na koszary budynki publiczne, w tym, zbudowaną w okresie międzywojennym, szkołę. Nauka, na tyle na ile pozwolił okupant, odbywała się, zależnie od pogody, na świeżym powietrzu lub w stodołach. Podstawowym i jedynym „podręcznikiem” było wydawane przez władze okupacyjne na lichym, gazetowym papierze, pisemko „Ster”, przeznaczone dla polskich szkół powszechnych. Był to chyba miesięcznik pełny propagandy o wyższości rasy i narodu niemieckiego.

– Zima 1939/40 była bardzo ciężka, śnieżna. Niemcy siłą wyganiali ludzi z domów i tworzyli oddziały do przekopywania tuneli w zaspach śnieżnych. Zaczęły się też trudności z żywnością, szczególnie w takich miejscowościach, jak Rakowice. W miastach były kartki na żywność. Rakowice teoretycznie były wsią, więc kartki mieszkańcom się nie należały, a rolników tam prawie nie było. Miejscowa piekarnia samorzutnie racjonowała chleb proporcjonalnie do wielkości rodziny na podstawie wiedzy sprzedawcy.

Żeby przeżyć, handlowało się pokątnie z żołnierzami niemieckimi. Za wódkę lub drobne usługi fryzjerskie, szewskie, krawieckie można było dostać trochę żywności. Raz do naszego domu przyszedł Niemiec z rozprutym mundurem. Ojciec mu go naprawił na poczekaniu, w zamian zamiast pieniędzy wziął konserwy mięsne. Niemiec, zmobilizowany na czas wojny podoficer, zaczął opowiadać o sobie. Pochodził z Glogau, obecnie Głogów na Dolnym Śląsku, gdzie zostawił rodzinę. Wpadał potem jeszcze do naszego domu pogadać. Nie wyczuł, że jego wizyty były nieco niezręczne, a wyprosić go nie można było. Zawsze coś przyniósł: chleb, konserwy, cukierki. Na wiosnę 1941 został przeniesiony. Więcej się nie pokazał.

– Ojciec chodził do pracy w Krakowie do dawnego zakładu, ale pracy na początku okupacji nie było. Z początkiem 1940 roku wysiedlono z centrum miasta Żydów i większość mieszkających tam Polaków. Miasto opustoszało, by szybko zaludnić się niemieckimi funkcjonariuszami urzędów Generalnego Gubernatorstwa i ich rodzinami. Pojawiły się sklepy, wagony tramwajowe, lokale z napisami „Nur für Deutsche”.

Warsztat, w którym pracował ojciec, został przejęty przez okupantów. Dyrektorem został Niemiec Hanitz. Sprowadzono więcej maszyn (nie chcę wiedzieć skąd), zatrudniono ludzi. O ile Niemcy zajęli eleganckie mieszkania w kamienicach, opuszczone przez żydowskich i polskich właścicieli i lokatorów, to polscy mieszkańcy suteryn i poddaszy, wszelkiego rodzaju służba, w większości zostali. Z nich rekrutowali się pracownicy takich właśnie zakładów, jak kierowany obecnie przez Hanitza. Ojciec, jako znający niemiecki, wysoko kwalifikowany krawiec, został nieformalnym kierownikiem tej firmy, akceptowanym zarówno przez dyrektora, jak i pracowników. Zakład przez całą wojnę prosperował dobrze, obsługując klientelę złożoną z niemieckich urzędników, ale płace Polaków były gorzej niż marne.

– W roku 1940 miałem Pierwszą Komunię Świętą. Rano zaprowadzono dzieci do kościoła. Po uroczystości, w zakrystii odbyło się przyjęcie, gdzie każde dziecko dostało po szklance herbaty z sacharyną i herbatniczku.

– W drugiej połowie roku następnego, obok cmentarza w barakach, które przed wojną były magazynami wojskowymi, zostało skoszarowane dziwne wojsko. W niemieckich, używanych mundurach, w przytłaczającej większości z twarzami o azjatyckich rysach, siedzieli zamknięci, bez możliwości kontaktu z mieszkańcami. Ludzie nazywali ich „Mongołami”. Pilnowali się sami, „mongolscy” wartownicy odganiali od obozu miejscowych. Nie słyszałem, żeby komuś z Polaków zdarzyło się z nimi porozmawiać.

– Pewnego dnia Ela, najstarsza siostra, wróciła wieczór z pracy z bólem głowy i gorączką. Do rana gorączka wzrosła do 40 stopni. Wezwano lekarza. Ten stwierdził przeziębienie, zapisał jakieś lekarstwo, które ojciec zdobył jakimś cudem. Nic nie pomagało, dziewczyna traciła przytomność. Udało się ją umieścić w szpitalu na Batorego w Krakowie. Po trzech dniach zmarła na zapalenie opon mózgowych. Lekarz, który pierwszy postawił diagnozę, spotkał przypadkiem matkę jakiś tydzień później. Zapytał o zdrowie Eli. Uciekł ze spuszczoną głową, kiedy dowiedział się co się stało.

– Brak żywności był stałym problemem przez całą okupację. Zimą chłopcy podkradali się w nocy pod wojskową piekarnię i kradli z koszy świeżo upieczony chleb. Uciekali potem, rzucając gorące  bochny w zaspy śniegu. Nie raz towarzyszyły im strzały wartowników, ale nigdy nikogo nie trafili. Już za dnia chłopcy wracali i wyciągali ze śniegu zamrożone bochenki. Wystarczyło rozmrozić w piecu i rodzina miała co jeść.

– W pewne upalne południe (nie udało mi się ustalić, z którego roku pochodzi ten obrazek) uwagę mieszkańców Rakowic zwrócił dziwny dźwięk – tupot setek nóg. W tumanach kurzu biegło kilkuset Żydów, spoconych, dyszących, oblepionych pyłem mężczyzn w wieku od kilkunastu do czterdziestu lat, z gwiazdami Dawida na rękawach. Eskortowali ich niemieccy żandarmi na rowerach. Nie było możliwości  podać biegnącym choćby kubka wody.

– Wiosną roku 1944 do domu przyszli dziwni goście. Trzech mężczyzn rozmawiało z matką w obecności Witka (najstarszy brat). Ich wypowiedź była jasna. „Wasz syn skończył dwadzieścia lat i powinien wstąpić do wojska, polskiego wojska. Tak więc Witek, ma być do naszej dyspozycji na każde wezwanie. Gdyby ktoś próbował zawiadomić o tym Niemców, spalimy chałupę.” Nawet bez tego ostrzeżenia nikt Niemców nie zamierzał zawiadamiać, a Witek palił się do służby. I w ten sposób został żołnierzem Armii Ludowej.

Jakiś miesiąc później Witek nie wrócił na noc do domu. Nie wracał przez parę dni. Nikt go nie widział i nikt nic nie słyszał. Trzeciego dnia ojciec wrócił później z pracy. Jak przed wojną wracał piechotą. Nic nie mówił przez cały dzień. Nie położył się spać. Dopiero rano zaczął opowiadać.  Szedł ulicą Lubicz, kiedy szpaler Niemców zagrodził ulicę i zagonił ludzi na róg Lubicz i Botanicznej. Z ciężarówek wyrzucono więźniów ze związanymi drutem rękami i z zagipsowanymi ustami. Między więźniami był Witek. Rozpoznali się wzajemnie. Rozstrzelano czterdzieści osób w odwecie za zabicie przez ruch oporu dwóch Niemców. (Dziś w tym miejscu znajduje się biurowiec i tablica pamiątkowa. Egzekucja miała miejsce 27 maja 1944 roku). Nie wiadomo, czy Witek wpadł w akcji, w jakiejś wsypie, czy po prostu został zatrzymany w łapance.

– Z końcem 1944 roku miałem Bierzmowanie. Prowadzono nas od rana, na piechotę, małymi grupami do kościoła w Krakowie (Kościół Franciszkanów lub Dominikanów, ojciec nie znał miasta). Biskup udzielił nam sakramentu, potem znowu w małych grupkach wróciliśmy do domu. Uroczystość była szybka i bez udziału rodzin. Nawet nie wiem, kto mnie trzymał do Bierzmowania.

– W połowie stycznia 1945 roku Niemcy opuścili lotnisko.  Ludzie cieszyli się, że ich już nie ma, kiedy nagle nad ranem wrócili. Jednego dnia wyjechali, następnego byli z powrotem. Zajechali do osady Dąbie, wygnali z domów kilkadziesiąt osób: mężczyzn i kobiet. Paru więźniów dowieziono z więzienia na Montelupich. Rozstrzelano 79 osób. Między innymi całą rodzinę Trynków, których rodzice znali osobiście, trzy kobiety i sześciu mężczyzn w wieku od osiemnastu do sześćdziesięciu lat.  Ocalał tylko jeden z rodzeństwa, wywieziony wcześniej na przymusowe roboty do Niemiec. Wrócił w lecie 1945 i dopiero wtedy dowiedział się o tragedii. Podobno resztę życia spędził w Kobierzynie (szpital psychiatryczny).  (Opowiadanie mojego ojca znacznie różni się od relacji innych uczestników tych wydarzeń i ustaleń historyków. Opowiadam to tak, jak to ojciec opowiadał. On to też znał z drugiej ręki. Ojciec zawsze podkreślał, że ludzie uważali, że Niemców w tym rejonie już nie ma, że Niemcy wrócili, aby dokonać pacyfikacji. Ani ojciec, ani ja, ani inni członkowie rodziny nie znaleźli tego elementu w dostępnych opisach zbrodni).

Pan D.? Chodź! Będziesz tłumaczył!

Wojtek Piątek

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.