Praca u podstaw

Z pamiętników Zenona Skupińskiego

Swoje „Pamiętniki” Zenon Skupiński (1898-1979) spisał odręcznie pod koniec życia w kilku grubych zeszytach w kratkę w sztywnej oprawie. Na początku każdego zeszytu zamieścił spis treści, ponumerował też strony. Pisał piórem wiecznym, pięknym, regularnym pismem. Wkleił też zdjęcia rodzinne i inne jako ilustracje do tekstu. Te kilka zeszytów zawiera w sobie kawał historii, nie tylko osobistej, wieloletniego nauczyciela i wychowawcy, który w szkolnictwie przepracował 55 lat. Zamieszczamy fragmenty dotyczące lat 1914-1919. 

Rozdział 13. Wybuch wojny i początki okupacji

Zenon Skupiński

(…) Wybuch wojny 1 sierpnia 1914 r. zastał moją rodzinę w Witoni, ale wkrótce pod wpływem przesadzonych alarmujących wiadomości i okrucieństwie Niemców moja matka z pięciorgiem młodszych dzieci wyjechała do swego brata Wiktora Papiewskiego, który w Miedzeszynie za Warszawą posiadał willę, a następnie całą rodzina Papiewskich wyjechała na Ukrainę aż do Połtawy. Ojciec i ja mieliśmy podążyć za nimi po zlikwidowaniu sklepu, ale do tego nie doszło, gdyż w 1915 r. Królestwo Polskie zostało zajęte przez Niemców i Austriaków, i zostaliśmy odcięci od reszty rodziny. Ta ewakuacja mojej rod
ziny była zgoła niepotrzebna.

Działania wojenne otarły się i o Witonię, ale w mikroskopijnym stopniu. Zapamiętałem pewne epizody bojowe, jak pościg kilku kozaków za oddziałkiem ułanów austriackich, który rozegrał się na polach wsi Witonia, jak przelot samolotu wojskowego, jak zakwaterowanie się na jedną noc większego oddziału wojsk austriackich, a przy ich boku kompanii Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, jak okopanie się na przedpolach Witoni oddziału piechoty rosyjskiej, co zmusiło mieszkańców Witoni do ewakuowania się do dalszych miejscowości, ale do większej bitwy nie doszło, gdyż Rosjanie wycofali się. (…)

W tym pierwszym roku wojny miałem kilka spotkań z żołnierzami walczących armii. 

Pewnego dnia zakwaterowało się w naszym mieszkaniu kilku starszych brodatych Żydów, żołnierzy rosyjskich. Byli smutni i zatroskani. Przed udaniem się na nocny spoczynek długo modlili się kiwając się i bijąc pokłony. Mieli na sobie rytualne akcesoria, jak zwitki Tory na czole i biało-czarne szale. Innym razem zagościli u nas oficerowie rosyjscy, mieli ze sobą spore pudełko ciastek deserowych. To znowu zatrzymał się u nas na odpoczynek żołnierz niemiecki, wyjął z tornistra pieczoną gęś i całą ją spałaszował na jednym posiedzeniu. Inny znowu żołnierz niemiecki z mapą w ręku wypytywał mnie o drogę do Strzegocina, ale w jego wymowie Strzegocin brzmiał jak „czegocza”. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że chodzi mu o Strzegocin. (…)

Walec wojenny szybko przetoczył się przez Witonię i życie pozornie powróciło do normalnego łożyska, o ile za normalne można uważać życie w warunkach okupacji. Niemcy i Austriacy podzielili między siebie Królestwo Polskie wzdłuż Pilicy i Bugu i zaprowadzili okupacyjny, ciężki reżim. Na mieszkańców wsi spadły nowe uciążliwe obowiązki, jak odstawianie kontyngentów  zboża, ziemniaków i mięsa, dostarczanie podwód, oczyszczanie dróg z zasp śnieżnych (nawet w niedziele i święta), nocne stróże itp. Prace przy oczyszczaniu dróg i nocne stróże obowiązywały wszystkich mieszkańców, tak więc i ja czasami brałem w nich udział. Opieczętowane były wiatraki i tylko niektóre miały prawo na przemiał. To też ludność wiejska zaczęła posługiwać się prymitywnymi młynkami do mielenia zboża. Ograniczony był również obrót zwierzętami gospodarskimi. Miasta odczuwały niedostatek artykułów żywnościowych, ale na wsi nie było źle.

Niemcy przywiązywali dużą wagę do dokładnej ewidencji ludności i z niemiecką dokładnością dokonali sfotografowania wszystkich mieszkańców, bodaj od piętnastego roku życia. Były to zbiorowe zdjęcia w grupach po 15 osób ustawionych w trzy rzędy. Każda sfotografowana osoba miała w ewidencji oznaczone cyfrą miejsce, jakie zajmowała na zbiorowym zdjęciu. Ułatwiało to niewątpliwie policji czy żandarmerii identyfikowanie poszukiwanych osób. 

Okupacja zaciążyła również na sprawach kultury, szkoły średnie i wyższe były nieczynne. Ograniczyły swą działalność teatry i instytucje wydawnicze. Nad społeczeństwem polskim zawisłą koszmarna zmora okupacji.

Wojna nie stanowiła wprawdzie oddzielnego rozdziału w moim życiu, tym niemniej pociągała za sobą i dla mnie pewne ujemne konsekwencje utrudniając dalsze kształcenie się.

Rozdział 14. Problemy polityczne

Wybuch pierwszej wojny światowej obudził w narodzie polskim nadzieję na odzyskanie niepodległości i własnej państwowości. Załamała się solidarność państw zaborczych, mocarstwa centralne – Niemcy i Austro-Węgry znalazły się e ogniu walki z trzecim zaborcą – Rosją.

Z biegiem wojny sprawa polska, którą uważano dotychczas na Zachodzie za sprawę wewnętrzną państw zaborczych, stała się jednym z najważniejszych zagadnień europejskich. Zarazem jednak na ziemie polskie spadło wiele ciężkich klęsk i strat zarówno materialnych jak i w ludności. Polacy wcielani do armii zaborców walczyli za obcą sprawę. Społeczeństwo polskie było politycznie rozbite, powstały dwie orientacje polityczne: orientacja rosyjsko-koalicyjna, za którą opowiadała się większość ludności Królestwa Polskiego i zaboru pruskiego, oraz orientacja pro-austriacka, której hołdował zabór austriacki.

Te problemy polityczne dotarły również do Witoni, do której w 1915 r. przybyło głównie z Łodzi kilku starszych chłopców, uczniów gimnazjalnych. Wojna ciężko dotknęła miasto Łódź. Niemcy zdewastowali przemysł łódzki wywożąc maszyny i urządzenia produkcyjne lub ich części. Robotnicza Łódź stanęła w obliczu głodu. Ludzie wyprzedawali się, wędrowali masowo na wieś w poszukiwaniu żywności, dźwigali na plecach nieraz dziesiątki kilometrów ćwiartki zboża lub kartofli, szukali oparcia u krewnych na wsi lub u obcych ludzi. 

W tym czasie zawitało do Witoni również rodzeństwo (nazwiska ich nie pamiętam): chłopiec imieniem Franciszek, starszy o rok ode mnie, uczeń gimnazjalny, dobry skrzypek, oraz jego siostra. Chłopcem zaopiekował się mój ojciec, a dziewczynę przyjął do siebie proboszcz ks. H. Schmidt (…).

Napływ młodzieży łódzkiej rozszerzył nasze kółko nastolatków i wzmógł zainteresowania polityczne. Większość opowiadała się za orientacją polityczną pro-rosyjską i dlatego nasz stosunek do Legionów Polskich był krytyczny; uważaliśmy, że nie należy popierać w tej wojnie Niemców czy Austriaków. Ale byli również gorący obrońcy idei legionowej. Ja należałem do orientacji pro-rosyjskiej.

Latem 1915 r. zjawił się również w Witoni młody osobnik, wesoły i energiczny, posługujący się pseudonimem „Sęk”. Był on członkiem tajnej organizacji wojskowej , będącej zalążkiem przyszłej armii polskiej wymierzonej przeciwko Niemcom – była to Polska Organizacja Wojskowa (POW).

„Sęk” agitował wśród młodzieży dążąc do zorganizowania w Witoni komórki POW. Rozdawał metalowe orzełki polskie, które przewoził w ramie rowerowej. Prawdopodobnie udało mu się zjednać dla sprawy niektórych chłopców z naszej paczki, bo gdy w końcu sierpnia 1915 r. wyjeżdżałem z Witoni, Miron Gruszczyński zlecił mi zadanie przeprowadzenia agitacji na rzecz POW w nowym miejscu zamieszkania.

Sprawy walki o niepodległość coraz w większym stopniu zaprzątały umysły i serca młodzieży, a gdy nadszedł rok 1918 dużo młodych chłopców ochotniczo zgłosiło się do szeregów tworzącego się już jawnie wojska polskiego, by z orężem w ręku wywalczyć narodowi tak upragnioną niepodległość. Zgłosiłem się wówczas i ja, ale komisja poborowa, najpierw w Łęczycy, a następnie w Łodzi nie uznały mnie za zdolnego do służby wojskowej z powodu słabej kompleksji fizycznej.

Rozdział 16. Kurs nauczycielski w Gostyninie

Wzrastałem i wychowywałem się w środowisku nauczycielskim, od najmłodszych lat byłem nastawiany na to, że mam zostać nauczycielem i tak to przylgnęło do mnie, że nawet nie wyobrażałem sobie, iż miałbym obrać jakiś inny zawód. Czasami wprawdzie marzyła mi się służba wojskowa, oficerska, ale to były tylko marzenia.

Po opuszczeniu Witoni rozpoczął się nowy etap w mym życiu, którego istotą było uzyskanie wstępnych kwalifikacji pedagogicznych i pracy nauczycielskiej. Ale zanim do tego doszło spędziłem z górą rok w Skromnicy. (…)

Nadszedł rok 1916 – trzeci rok wojny i okupacji niemiecko-austriackiej w Polsce. W tym roku kończyłem osiemnasty rok życia nie mając przed sobą żadnych perspektyw. Aż wreszcie nadarzyła się okazja, dzięki której mogłem ruszyć z martwego punktu. Właśnie w tym roku okupacyjne władze szkolne zorganizowały sześciotygodniowy kurs w Gostyninie dla kandydatów do zawodu nauczycielskiego. Uczepiłem się tej możliwości jak tonący deski i wymogłem na ojcu zgodę na zgłoszenie się na rzeczony kurs.

Droga do Gostynina prowadziła przez Łęczycę i Kutno, a odległość od Skromnicy do Gostynina wynosiła około 50 km. Wyruszyłem w podróż na dwa dni przed rozpoczęciem kursu. Spakowałem swe skromne ciuchy i skrzypce do wiklinowego koszyka w kształcie walizki i chłopską furmanką dotarłem do Łęczycy, a następnie z Łęczycy do Kutna żydowską karetką. Natomiast między Kutnem a Gostyninem takiej zorganizowanej komunikacji nie było. Nie stać mnie było na wynajęcie dorożki, postanowiłem więc ruszyć dalej per pedes,  licząc na jakąś okazję po drodze. (…)

O samym kursie niewiele mogę powiedzieć. Zajęcia odbywały się w gmachu gimnazjum, ale kursanci byli rozlokowani w prywatnych domach. Program kursu był obszerny, oprócz przedmiotów pedagogicznych obejmował niektóre przedmioty ogólnokształcące, jak języki polski i niemiecki, matematykę, a może i inne, ale tego nie pamiętam. (…) Kurs ukończyłęm z pomyślnym wynikiem, na dowód czego otrzymałem, jak i inni kursanci, zaświadczenie w języku niemieckim datowane w Kutnie 21.X.1916 r. (…) Niepotrzebnie tylko zabrałem do Gostynina skrzypce, bo nauki gry na tym instrumencie program kursu nie przewidywał, a szkoda, bo praca nauczyciela wiejskiego wymagała posługiwania się tym instrumentem, szczególnie przy nauce śpiewu.

Rozdział 18. Powodów – pierwsza placówka nauczycielska

Lata 1916-1918 na ziemiach b. Królestwa Polskiego cechuje żywiołowy masowy pęd chłopów do zakładania szkół. Każda niemal większa wieś miała ambicje posiadania własnej szkoły i nie szczędziła wysiłków dla osiągnięcia tego celu. Jest to spontaniczna wspaniała reakcja ludu polskiego na zacofanie kulturalne zaboru rosyjskiego, zwłaszcza wsi. Pragnąc założyć szkołę wieś organizowała się: tworzono komitety szkolne, wynajmowano pomieszczenia, dostarczano niezbędnego umeblowania i zabiegano o nauczyciela. I tu wyrastały trudności, gdyż kwalifikowanych pedagogów w tych latach było mało. Dlatego każdy, kto posiadał jakieś wykształcenie, mógł ubiegać się o pracę w szkole wiejskiej. Ówczesne szkoły początkowe pod względem źródeł finansowania można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej należały szkoły utrzymywane z budżetów gminnych; należały do tej grupy wszystkie szkoły istniejące już przed wojną i szereg wcześniej założonych szkół nowych. Sytuacja materialna tych szkół z reguły byłą lepsza, a uposażenie nauczycieli było uregulowane odpowiednimi przepisami. Grupę drugą stanowiły szkoły prywatne utrzymywane przez rolników z ich własnych środków. Szkoły tej grupy nie miały zazwyczaj odpowiednich pomieszczeń, a uposażenie nauczycieli było niskie.

Posiadając zaświadczenie ukończenia kursu nauczycielskiego mogłem ubiegać się o pracę w szkolnictwie, przynajmniej w prywatnym. (…)

Tymczasem nadarzyła się inna okazja: w październiku 1916 r. zgłosiła się do mnie delegacja ludności Powodowa I w gm. Gostków pow. łęczyckiego z propozycją objęcia szkoły, którą mają zamiar założyć. Przyjąłem tę propozycję bez żadnych warunków, nawet nie było wówczas mowy o wysokości wynagrodzenia. W ten sposób od 1 listopada 1916 r. zostałem nauczycielem szkoły elementarnej w Powodowie I.

Warunki pracy w tej szkółce były ciężkie: izba lekcyjna mała, umeblowanie stanowiły proste ławy z nieheblowanych desek, brak jakichkolwiek pomocy naukowej z wyjątkiem małej tablicy, brak podręczników a nawet zeszytów uczniowskich. Mieszkanie moje – mała izdebka na drugim końcu wsi oddalone było od szkoły o około 1 km. To ostatecznie było na plus, bo zmuszało do codziennych spacerów. Dzieci było mało, niespełna 30, a opłata od dziecka stosunkowo niska, tak że wynagrodzenie, jakie otrzymywałem, wystarczało zaledwie na skromne wyżywienie. Brakowi podręczników starałem się zaradzić w ten sposób, że dwukrotnie po lekcjach maszerowałem do Łęczycy (odległość około 10 km) po zakupy i obciążony paczkami nie małej wagi wracałem w nocy. Byłem na tyle niedoświadczony, że nie zażądałem podwody dla przywiezienia podręczników. Szczególnie odczuwałem brak odpowiedniego towarzystwa. Długie późnojesienne i zimowe wieczory spędzałem przeważnie na czytaniu lub w gronie rodziny gospodarza, u którego miałem pomieszczenie i stołowanie.

W opisanych warunkach życie w Powodowie było ciężkie i beznadziejne, toteż skorzystałem z pierwszej okazji, aby się stamtąd wyrwać, a mogłem to zrobić, bo nie wiązała mnie z Powodowem żadna umowa. W powodowie pracowałem tylko trzy miesiące, to jest od 1.XI. 1916 r. do 31.I. 1917 r. Z dniem 1 lutego 1917 r. została otwarta szkoła gminna w Krzepocinie gm. Tkaczew w pow. łęczyckim i moje zabiegi o otrzymanie tej szkoły uwieńczone zostały powodzeniem. (…)

Rozdział 19. Krzepocin

Drugą szkołą zorganizowaną i prowadzoną przeze mnie była gminna szkoła początkowa w Krzepocinie, gm. Tkaczew w pow. łęczyckim. Krzepocin składa się z dwóch części odległych od siebie o kilkaset metrów, pomiędzy którymi był mały, obecnie już nie istniejący folwarczek. Tu znalazłem nieco lepsze warunki aniżeli w Powodowie. Wynajęta izba lekcyjna u kowala Pisary była wprawdzie mała ale czysta i umeblowana w odpowiednie ławki oraz stół z fotelem dla nauczyciela. Mieszkanie moje było w sąsiedniej posesji u jednego z najzamożniejszych gospodarzy Krzepocina – Stanisława Rajskiego, tylko, niestety, w pokoiku moim nie było drewnianej podłogi, a tylko gliniane boisko. Nie umiałem wtedy dopominać się o odpowiedniejsze pomieszczenie. Najważniejsze było to, że uposażenie otrzymywałem od urzędu gminnego, dzięki czemu byłem niezależny od ludności. Ludność Krzepocina była ustosunkowana do szkoły i nauczyciela życzliwie z wyjątkiem jednego chłopa – Nity. Ale gdy Nita został wybrany do opieki szkolnej, to i on zmienił swój stosunek do szkoły. Dobrym opiekunem szkoły był sołtys Żemigała, którego brat był nauczycielem w Solcy Wielkiej. Krzepociniakiem był również ówczesny wójt gminy Tkaczew – Twardowski.

Organizacja pracy szkół elementarnych byłą w tym czasie inna aniżeli pod zaborami. Nauka odbywała się na dwie zmiany: na godz. 8 przychodziły klasy starsze – III i IV i miały trzy godziny lekcyjne, a następnie klasy I i II w wymiarze 2 godzin. Około godz. 13 zajęcia szkolne kończyły się. Szkoła rozpoczynała pracę na dobre dopiero po wykopkach, a więc w październiku, a kończyła w maju, bo gdy zaczynało się pasanie bydła w polu, to dzieci przerywały naukę. Wdrażanie ludności do przestrzegania roku szkolnego od września do czerwca włącznie przychodziło z trudnością, nawet stosowanie kar pieniężnych niewiele pomagało. Również tego zagadnienia nie zdołał rozwiązać samorząd szkolny, w skład którego wchodziły na szczeblu gminy: dozory szkolne, a przy szkołach – opieki szkolne w składzie trzech osób wybieranych spośród rodziców.

W tych warunkach nauczyciel wiejski miał wiele czasu wolnego dla siebie. Ten wolny czas wykorzystywałem przede wszystkim na samokształcenie. Byłem nauczycielem niekwalifikowanym, obowiązywało mnie złożenie egzaminu nauczycielskiego. Zabrałem się pilnie do tej pracy, obłożyłem się książkami, brałem udział w wakacyjnych kursach dla nauczycieli i w latach 1919 – 1921 złożyłem w grupach przedmiotowych wymagane egzaminy. (…)

W okresie pracy w Krzepocinie często spotykałem się z nauczycielem z sąsiedniej szkoły w Jankowicach p. Józefem Barańskim, ambitnym człowiekiem, który później przeszedł do pracy w samorządzie terytorialnym i został sekretarzem Wydziału Powiatowego w Łęczycy. Pan Barański udzielał mi bezinteresownie lekcji języków obcych: francuskiego, niemieckiego i łaciny. (…)

Odbywały się też co pewien czas konferencje nauczycieli gm. Tkaczew, na jednej z tych konferencji wygłosiłem krótki referat dość przychylnie oceniony przez zebranych. Brałem też udział w działalności społecznej. W roku 1919 zimą byłem zastępcą przewodniczącego komisji wyborczej przy wyborach do pierwszego Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. Organizowałem zbiórki pieniężne na cele społeczne. Podjąłem również próbę zorganizowania młodzieży wiejskiej, ale skończyło się na kilku potańcówkach.

W Jankowicach bywałem częstym gościem, ale zdarzało się też, że kolega Barański odwiedzał mnie w Krzepocinie. W r. 1919 zaprosiłem go na skromną uroczystość zakończenia roku szkolnego. Wtedy p. Barański dokonał zdjęcia moich wychowanków i przybyłych na uroczystość rodziców.  

Rozdział 22. Powrót rodziny

Przez cały czteroletni okres pobytu rodziny w Rosji nie mieliśmy od niej żadnych wiadomości, nie wiedzieliśmy również, czy i kiedy nastąpi powrót. Ja przyzwyczaiłem się do tej sytuacji i nie tęskniłem zbytnio do matki i rodzeństwa. Rzadko się też zdarzało, abyśmy rozmawiali o naszych emigrantach.

Tymczasem zupełnie niespodziewanie nastąpił ich powrót do kraju. Było to we wrześniu 1918 r. Wiadomość o tym przesłał mi ojciec przez umyślnego posłańca. Pośpieszyłem więc do Skromnicy. Na spotkanie wyszła mama, była bardzo wymizerowana i szczupła, wydawała mi się wyższa. Padłem do jej nóg i witałem się ze łzami w oczach. Podobnie serdecznie witałem się z siostrami i braćmi.

Dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że obie rodziny Papiewskich i Skupińskich trzymały się zawsze razem i mieszkały w Połtawie. Tam ciotki Papiewskie zarabiały szyciem i pomagały mojej matce w utrzymaniu dzieci. 

Stosunek ludności ukraińskiej do uchodźców był przyjazny, pomagali czym mogli. Rodzeństwo moje uczęszczało do szkoły, pod tym względem nic nie stracili. Marysia i Władek mieli już ukończone cztery klasy gimnazjum.

Powrót rodziny spowodował, że na barki ojca spadł wielki ciężar utrzymania tak licznej gromadki, ale jakoś wszystko ułożyło się pomyślnie. Marysia już w październiku tego roku otrzymała posadę nauczycielki, a młodsze rodzeństwo poszło do szkół. Również w listopadzie (1918 r.) na życzenie ludności gminy Witonia ojciec powrócił na stanowisko sekretarza tej gminy (z którego był usunięty w 1912 r. za zachowanie na budynku urzędu gminnego szyldu w języku polskim zamiast wymienić go na szyld w języku rosyjskim), co poprawiło sytuację materialną rodziny.

Tak więc witaliśmy odrodzenie się państwa polskiego w pełnym składzie rodzinnym

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.