Rozmowa z gen. Jarosławem Gromadzińskim

Maciej Świrski

Maciej Świrski: Dlaczego 18 Dywizja Zmechanizowana – nowa jednostka WP – jest organizowana w Siedlcach?

Generał Jarosław Gromadziński: Jeżeli popatrzymy na Polskę, to można ją podzielić na cztery części. Na północnym zachodzie mamy 12 Dywizję, na południowym zachodzie -11 Dywizję, na północnym wschodzie – 16. Na południowym wschodzie nie mamy żadnej dywizji i stąd samo się nasuwa, że tam jest słabszy potencjał. Strategiczny Przegląd Obronny przeprowadzony pod kierownictwem Pana Ministra Szatkowskiego wykazał, że jest konieczność stworzenia kolejnej dywizji, która zrównoważy potencjał właśnie na tym kierunku. Chciałbym zaznaczyć, że wschód naszego kraju jest jednocześnie wschodem całego Sojuszu NATO. Jeżeli mówimy o tym, że po szczycie w Warszawie Sojusz podjął decyzję wzmocnienia flanki wschodniej, to dotyczy to nie tylko krajów bałtyckich jak również Rumunii, gdzie mamy nasze wojska, ale musimy coś zrobić także w naszym kraju, bo to jest flanka wschodnia. W tym miejscu chciałbym tylko przypomnieć treść punktu 3 Traktatu „…Strony, każda z osobna i wszystkie razem, poprzez stałą i skuteczną samopomoc i pomoc wzajemną, będą utrzymywały i rozwijały swoją indywidualną i zbiorową zdolność do odparcia zbrojnej napaści”. Stąd konsekwencją tego działania jest powołanie 18 Dywizji.

 

M.Ś.: Czy Polska jest krajem frontowym, tak to można ująć?

 

J.G.:  Nie, nie używa się takiego określenia. Nazwa frontowy sugeruje, że jest już konfrontacja. NATO jest sojuszem militarno-politycznym, bo jednak Rada Północno-Atlantycka to są przedstawiciele państw, to nie są żołnierze. Ciałem doradczym dla Rady jest Komitet Wojskowy, tak więc jednak unikałbym deklaracji bardzo jaskrawych. Jesteśmy na wschodniej flance NATO i tak należałoby to ujmować. Nie w sensie jednej dywizji – cała Polska jest na flance wschodniej, tak samo kraje bałtyckie.

 

M.Ś.: Panie Generale, zna Pan Sojusz, służył Pan z Amerykanami, skończył Pan uczelnię NATO-wską w Rzymie, był Pan w Iraku, pod Pańską komendą służyli Amerykanie, rozmawiał Pan z nimi. W takim razie – skoro jesteśmy wschodnią flanką, najbardziej na wschód wysuniętym fragmentem Sojuszu – to pytanie: czy Amerykanie rzeczywiście zdają sobie sprawę z wagi Polski?

 

J.G.: Tu musimy rozdzielić dwie rzeczy. Jedna to świadomość żołnierza, którego wysyłają na misje tutaj, do Polski. Jak służyłem na przesmyku suwalskim byli tam żołnierze z 2 Pułku Kawalerii US Army. Wszystkie bataliony, które służyły z nami, posiadały dobre rozeznanie w geopolityce tego regionu. Ci żołnierze wiedzieli, gdzie przyjechali służyć i jaki jest to region, a szczególnie jakie są wiedzieli jakie są tu zagrożenia. Wiedzieli i umieli się w tym znaleźć – to jest poziom taktyczny. Z kolei w szerszej perspektywie, w moim przekonaniu, najlepszym dowodem na uznanie wagi tego regionu był szczyt w Warszawie, który podjął decyzje o fizycznym przemieszczeniu wysuniętej obecności wojsk na flankę wschodnią – do Estonii, na Łotwę, Litwę i do Polski.

 

M.Ś.: A czym się różni to, co w tej chwili się dzieje, co Pan robi, organizując jednostkę, związek taktyczny, od tego, co było dotychczas w Pańskiej historii służby wojskowej?

 

J.G.: Śmieję się z siebie, że będę miał nickname “Bob Budowniczy”, skoro po raptem pół roku dowodzenia 15 Giżycką Brygadą dowiaduję się o decyzji po szczycie NATO, że przychodzą Amerykanie i to akurat do mojej jednostki, i ja mam nimi dowodzić… Nikt wcześniej tego u nas nie robił, taka jest prawda. 15 Brygada dostała zadanie historyczne: pierwszy raz na terenie kraju, polski oficer dowodził sojuszniczymi wojskami. Nie na misji, gdzieś w Afganistanie, w Iraku, tylko u nas w kraju. Te wojska amerykańskie, brytyjskie, chorwackie, rumuńskie – cała ta grupa bojowa była podporządkowana mnie. I ja musiałem się nauczyć z nimi współpracować, zintegrować ją z polską brygadą. Ta brygada nie była specjalnie przygotowana do tego. Całe polskie siły zbrojne są w NATO, ale czym innym jest tak bliska współpraca. Przez trzy lata ciężkiej pracy, takiej codziennej, ćwiczenie po ćwiczeniu, zdobywaliśmy wiedzę,  umiejętności. Tak, że dzisiaj można powiedzieć, że to jest jeden sprawnie pracujący organizm. Ale to są owoce doświadczenia. Nikt mi nie powiedział, masz tę książkę,  instrukcję, masz to zrobić. Nie ukrywam, że popełnialiśmy błędy. Ale człowiek na błędach się uczy. Umieliśmy wyciągać z nich wnioski i zbudować taką strukturę, że pomimo tego, że mnie tam nie ma, ona dalej pracuje. To znaczy, że jest system, który działa. Nie opieramy tego tylko na ludziach, ale także na procedurach. Stworzyliśmy takie relacje, że ta batalionowa grupa bojowa naprawdę świetnie funkcjonuje w ramach polskiej brygady. Pokazują to ćwiczenia, w których bierzemy udział. U nas odbywają się “Saber Strike” – największe ćwiczenia US Army w Europie. W zeszłym roku ja prowadziłem część tego ćwiczenia odbywającego się w Orzyszu, wzięło w nich udział ponad 5 tysięcy ludzi. Dostałem wzmocnienie, batalion Apaczy (helikoptery Boeing AH-64 Apache) do dyspozycji, batalion Himarsów  (mobilny system rakietowy M142 High Mobility Artillery Rocket System HIMARS), dwa bataliony amerykańskie, które zabezpieczałem. Ta współpraca była na tyle płynna, że mogliśmy, pomimo bariery językowej, rozmawiać i pracować tak, jak byśmy byli z jednej armii.

 

M.Ś.: Jakie są te filary tego systemu? Co jest Pana myślą przewodnią w zarządzaniu, w dowodzeniu?

 

J.G.: Każde środowisko jest inne. To co było w Batalionowej Grupie Bojowej wchodzącej w skład 15 Brygady nie musi się sprawdzić przy budowie 18 Dywizji. Żelazna Dywizja jest innym projektem, innym wyzwaniem, wieloaspektowym. Przy organizacji 18 Dywizji najważniejsze dzisiaj jest budowanie infrastruktury, bo ściana wschodnia ma strasznie słabą infrastrukturę wojskową. Koszary, garaże, obiekty logistyczne, szkoleniowe. Na ścianie wschodniej potencjał był po prostu sukcesywnie zmniejszany albo niedoinwestowany. Dzisiaj, przy budowie takiego dużego projektu jakim jest Dywizja, moim głównym zadaniem jest najpierw stworzyć odpowiednie warunki. Przez ostatnie prawie pół roku koncentrowałem się na tym, żeby przygotować plany gdzie i jakie obiekty zbudować, jak zmodernizować – żeby te obiekty były w stanie przyjąć żołnierzy i nowe technologie. Jestem zwolennikiem tego, że budowa 18 Dywizji nie powinna się opierać na starym sprzęcie. Powinniśmy budować nowe koszary, czyli całą infrastrukturę dla jednostki, powoływać nowych żołnierzy, szkolić ich do nowych technologii, do nowego sprzętu, który jest przewidziany na ścianę wschodnią. Będziemy tworzyć nową jakość w oparciu o nową technologię. I uważam, że to jest ekonomiczniejsze, bo trzeba przede wszystkim szanować pieniądze podatników, a wiadomo, że ich nie ma za dużo. Więc muszę również zajmować się ekonomią, logistyką czyli efektywnie wykorzystywać potencjał, który dostałem.

 

M.Ś.: Z czego składa się Dywizja?

 

J.G.: Na czele każdej dywizji jest dowództwo, a przy dowództwie zawsze jest batalion dowodzenia. To jest ten element, który zabezpiecza, buduje stanowisko dowodzenia, łączność, logistykę, bo sztab dywizji to jest około dwustu ludzi, ktoś ich musi zabezpieczyć. To jest skomplikowana struktura, musi mieć różne systemy łączności, ktoś to musi również chronić, ktoś musi dać jedzenie… Ja to nazywam mózgiem całej operacji, bo w gruncie rzeczy ten sztab planuje operację. Normalnie każda dywizja posiada trzy brygady ogólnowojskowe. To są duże jednostki samodzielnie działające, składające się z batalionów. Ponadto 18 Dywizja, o czym niektórzy zapominają, to również pułk artylerii, pułk przeciwlotniczy, batalion rozpoznawczy, pułk logistyczny, a także pułk saperów. To gwarantuje większą efektywność oddziaływania i to jest siłą Dywizji. Samo dodanie na ścianie wschodniej kolejnej brygady nic nie zmienia, ponieważ i tak nie ma kto tym koordynować, dopóki nie mamy mózgu, czyli takiego wysuniętego dowództwa, które mogłoby przejąć dowodzenie wszystkimi jednostkami. Nazwałem to roboczo, jak jeszcze byłem w 15 Brygadzie, koncepcją Plug and Play – podłącz i graj, to zrozumiałe dla młodych pokoleń. Dowództwo Dywizji ma być takim tworem, który jest zdolny do dowodzenia wojskami, polskimi jednostkami – tymi które już ma, ale również tymi, które mogą być przydzielone jako dodatkowe jednostki wsparcia do prowadzenia operacji, jeżeli będzie tego wymagała sytuacja. W razie potrzeby musimy być zdolni absorbować wzmocnienie. Ale przede wszystkim stawiam sobie za cel bycie zdolnym na poziomie dywizji do współpracy z sojusznikami; czyli mam być zdolny przyjąć wzmocnienie sojusznicze, przyjąć jednostki sojusznika i umieć nimi dowodzić. Umieć nimi kierować, mieć takie systemy łączności, żebym mógł to robić. A jeżeli przyjdzie taka sytuacja – żeby moją dywizję polską, narodową, można było wpiąć w systemy NATO-wskie, albo sojusznicze. Naprawdę chcemy budować inną jakość.

M.Ś.: Można powiedzieć, że to będzie zupełnie nowy związek taktyczny budowany według nowych zasad?

 

J.G.: Chcemy wykorzystać szansę, że chyba pierwszy raz od około 200 lat w historii Polski budujemy polskie jednostki od zera, bo wcześniej zawsze przyjmowaliśmy koszary, będące po stronie wschodniej czy zachodniej po kimś, a dzisiaj budujemy. Nie chcę, żeby zabrzmiało patetycznie, ale jest szansa historyczna, że zbudujemy coś nowego. Jest to szansa, aby wykorzystać wszystkie doświadczenia, które mamy, zarówno z misji, choć trudno przenosić działania z misji, bo tam jest stabilizacja, to są inne działania, niż klasyczna wojna zgodnie z artykułem 5. A ja się szykuje do artykułu 5, to jest dla mnie najważniejsze. Obrona Ojczyzny. I to jest podstawowe, również w relacjach sojuszniczych. Kiedy dowodziłem 15 Brygadą normalne było wykorzystywanie wsparcia sojuszniczego – w mniejszej skali, ale mieliśmy zawsze współpracę i trenowaliśmy to. I tak samo bym widział 18 Dywizję.

 

M.Ś.: Trochę odejdźmy od 18 Dywizji i  porozmawiajmy o historii. Na ile są w tej chwili przydatne doświadczenia Wojska Polskiego nabyte na misjach w Afganistanie czy w Iraku? Powiedział Pan, że nie do końca można przenosić te doświadczenia, ale np. wojsko się ostrzelało…

 

J.G.: Każde doświadczenie wzbogaca człowieka, wzbogaca jego umiejętności, a dzisiaj ważna jest i wiedza teoretyczna i doświadczenie. Dlatego jestem zwolennikiem tezy, że rozwój oficera powinien następować krok po kroku, systematycznie, żeby zdobywał doświadczenie. Jak to mówią – nie z jednego pieca powinien chleb jeść. Misja jest takim doświadczeniem współpracy w systemie koalicyjnym, poznawaniem innych zasad i procedur. Nie możemy przenieść z misji do kraju procedur, bo tu jest inny charakter działań. Ale to, że ktoś współpracował w środowisku międzynarodowym, że wie jak się współpracuje jest bardzo cenne. Nie zawsze to co nasze jest najlepsze i warto wykazać się cierpliwością, elastycznością, większą otwartością na nowości. Czasami doświadczenia innych armii można łatwo adaptować, może nie kopiować, ale adaptować albo dostosowywać do warunków narodowych. To jest bardzo istotne.

 

M.Ś.: Jakiś przykład?

 

J.G.: System dowodzenia. W systemie NATO-wskim są inne relacje przepływu informacji, inne zarządzanie przestrzenią powietrzną, procedury połączonego wsparcia ogniowego czyli wykorzystania wszystkich zdolności rażenia, jakie posiada jednostka… Żeby to zrobić, trzeba mieć elementy rozpoznania, trzeba mieć do tego przeszkolonych ludzi, obserwatorów. To jest bardzo złożona maszyna i trzeba umieć nią zarządzać w czasie rzeczywistym. Dzisiaj w dobie XXI wieku “speed is key”. Nie chodzi o to, byśmy się spieszyli, ale o sprawny przepływ informacji. Informacja, nawet najlepsza, ale otrzymana po czasie jest bezużyteczna. W siłach zbrojnych ważny jest czas i przepływ informacji w czasie rzeczywistym. A żeby działało – musi być procedura. I nie ma lepszego testu niż misje, kiedy były konwoje, konkretne działania, kiedy to wszystko można było widzieć “na żywca”. To były nasze treningi. Te doświadczenia możemy przenieść teraz w szerszej skali na operację obronną, na nasze szkolenia na terenie kraju.

 

M.Ś.: A jak z duchem? Wiem, że Pan przywiązuje niezwykłą wagę do historii…

 

J.G.: Bardziej nawet do “esprit de corps” niż do historii. Jeżeli buduję coś nowego, to nie mogę budować tworu sztucznego na zasadzie “chodźcie, będziemy dywizją”. Należy pokazać ludziom coś, co ich pociągnie. A zwłaszcza młodych ludzi. Bo ja mam przemawiać do młodych ludzi. Młodzi ludzie są znudzeni historią, zwłaszcza taką patetyczną. Trzeba im pokazać wzorce. Dlatego uważam, że dobrym trafem było wybranie 18 Dywizji – jako numeru, ale również jej historii jako Żelaznej Dywizji, bo to była wyjątkowo zasłużona dywizja w wojnie 1920 roku, a w moim przekonaniu mało doceniona i znana. Stąd ta nazwa “Żelazna Dywizja” – nie nadali jej sobie żołnierze tylko Gazeta Lwowska, czyli obywatele, ludzie, którzy docenili waleczność tychże żołnierzy, którzy na całym szlaku opierali się armii Siemiona Budionnego, do końca, i nigdy nie zostali złamani. Więc taki duch chcę budować. Dlatego taka dywizja. Ja to opieram na takim trójkącie, którego jeden bok to właśnie ta tradycja. My mówimy o tradycji i współczesności w naszej dywizji. Tradycja to jest budowanie więzi żołnierza z  jego poprzednikami, z chlubnymi tradycjami Żelaznej Dywizji. To jest bardzo ważne dla mnie i dlatego w tym kierunku idziemy, wszędzie to pokazujemy. Stąd nasze karty historii na Facebooku, bo też chcemy w sposób nowoczesny, łatwy, docierać do młodzieży, żeby chciała przyjść do wojska. Dużo osób zaczyna śledzić nasz Facebook,  czytać naszą historię, a tam to jest w pigułce. Dzisiaj żyjemy w takich czasach, że nikt z młodzieży nie będzie chciał czytać tomów, ale tą pigułką może zaszczepi się kilka osób, może parę osób zaciekawi i przez to pójdą do wojska. Chodzi o to, żeby nasze “barwy klubowe” jak ja to mówię, były znane.

Drugi bok trójkąta, który uważam za priorytet przy budowaniu jednostek 18 Dywizji, to  formowanie charakterów przez nastawienie na walkę w bliskim kontakcie. Chciałbym podkreślić iż myślę o różnych stylach walki w bliskim kontakcie: MMA, Krav Maga, Kick-boxing, boks tajski. To jest przełamanie swojej słabości, lękliwości, praca nad własnym charakterem. Właśnie poprzez walkę w bliskim kontakcie, przełamanie pewnej bariery, uwierzenie w siebie. Jak walczysz, to musisz wierzyć, że wygrasz. Nikt nie idzie do walki, nawet na ringu, nie wierząc, że wygra. Nazywam to kuźnią charakteru, to jest bardzo istotne. Jeżeli masz dobry “podkład” historyczny i patriotyczny, wiesz skąd pochodzisz, skąd twój ród, to teraz musisz ukształtować swój charakter i dlatego właśnie walka będzie priorytetem. Kolejnym filarem jest system BLOS czyli perfekcyjne bezpieczne posługiwanie się bronią – to jest „Broń, Lufa, Otoczenie, Spust”. Chodzi tu o koncentrację, ale jest to także symbol tego, że żołnierz ma perfekcyjnie posługiwać się swoim sprzętem. Jeżeli ktoś jest kucharzem, to ma być perfekcyjny w kuchni. Jeżeli jest operatorem działonowym czołgu, to ma być świetny w czołgu. Chodzi o to aby opanować swoje lęki, pracować nad swoim charakterem, a będziesz mistrzem, kiedy perfekcyjnie opanujesz sprzęt.

 

M.Ś.: Kształcenie charakteru, wartości związane z tradycją i historią. Jest oczywiście hierarchia dowodzenia, słuchanie rozkazów itd., ale czy w Pana koncepcji żołnierz, obywatel ma możliwość jakiejś ekspresji własnych poglądów?

 

J.G.: Wojsko z natury, tak jak Kościół, nie znosi indywidualizmu. My mamy hierarchię. Niemniej jednak w każdej jednostce mamy przedstawicieli korpusów. Czyli szeregowy ma swojego przedstawiciela, podobnie podoficer i oficer. To są te organy społeczne, które się spotykają i rozmawiają, jeżeli jest jakieś zagrożenie. Niemniej jednak ja, jeżeli dowodziłem gdziekolwiek, to zawsze prowadziłem otwarty sposób komunikacji. Jeżdżę po jednostkach, spotykam się z żołnierzami – bez ich przełożonych – żeby powiedzieć, jakie mam credo. Lubię jasne otwarte zasady. Ja mówię swoje credo, mówię czego oczekuję i jakie obowiązują zasady i co daję w zamian. A żołnierz wtedy mówi o swoich problemach. Rozdzielam krytykę od krytykanctwa. Nie znoszę krytykanctwa na zasadzie “nie bo nie”. Jeżeli jest słuszny argument, że np. coś można usprawnić (a kto wie lepiej niż użytkownik?), to muszę rozmawiać z użytkownikiem, a nie z jego przełożonym. Bo w instytucji hierarchicznej to im wyżej, tym obraz wygląda inaczej. Dlatego mam w zwyczaju jeździć, być na poligonie – tak jak było w poprzedniej jednostce. Byłem na poligonie, byłem z żołnierzami, nie mówię że cały czas w okopie, bo to nie jest moja rola, ale zawsze znalazłem czas, żeby pojechać, porozmawiać z żołnierzami poza ich dowódcami, żeby usłyszeć tę prawdę. Potrafię już przecedzić co jest, powiedzmy, “chciejstwem”, a co prawdziwym problemem, który należy rozwiązać. Czasami są problemy, które wymagają po prostu tylko większej empatii przełożonego. Mam przygotowany dobry wykład dotyczący przywództwa, który prezentuję na uczelniach wojskowych. Podkreślam, że dobry przywódca ma empatię. Jest wymagający, ale ma empatię w stosunku do podwładnego, potrafi zrozumieć jego problemy. Czasami wystarczy naprawdę okazać zrozumienie dla jego problemów i pójść mu na rękę. I ten człowiek będzie bardziej efektywny niż gdy będziemy z tym walczyć. To wiem po prostu z doświadczenia.

 

M.Ś: To jest wielka rzadkość we współczesnym zarządzaniu czymkolwiek, zwłaszcza w Polsce.

 

J.G.: Zarządzanie w wojsku wygląda jak w każdej firmie. Zawsze podaję przykład Ricky’iego Griffina w książce „Podstawy zarządzania organizacjami”, ale jest mnóstwo książek, które pokazują jak się zarządza w korporacjach. Wojsko jest korporacją, jest instytucją hierarchiczną. Może produkt jest inny i możemy nad tym dyskutować, ale procedury można zastosować jak w każdej firmie cywilnej. I tutaj jest kwestia zarządzania – zdobycia doświadczenia, poczytania książek o tym, ale później i tak trzeba wypracować własny model i obserwować, czy się sprawdza. Zresztą nie w każdej sytuacji wszystko się sprawdzi.

 

M.Ś.: Czy Pańskich oficerów w ten sposób Pan kształtuje?

 

J.G.: Teraz mam taką sytuację, że dostaję oficerów z wielu różnych jednostek. Przede mną największe wyzwanie: w ciągu tego roku zrobić z tych ludzi, którzy przyszli z różnych jednostek, sprawny team – rodzinę, zgrany zespół, który będzie mówił jednym głosem. To dziś dla mnie największe wyzwanie – praca nad własnym sztabem. Żeby oficerowie utożsamiali się ze sztabem, znali te same procedury i żebyśmy rozmawiali tym samym językiem. Czyli tak samo pojmowali rzeczywistość. A to wymaga krok po kroku systematycznego szkolenia, zgrywania się, ćwiczeń, wykładów, zajęć, warsztatów. To wszystko już mam zaplanowane na cały ten rok. A w przyszłym roku chcę już ten zespół szkolić bojowo tak, żeby osiągnąć pełną gotowość na początku 2021 roku.

 

M.Ś.: A żołnierza?

 

J.G.: Z żołnierzem w moim przekonaniu jest prostsza sprawa, bo żołnierza się szkoli inaczej. Ja zawsze mówię bardzo prosto, obrazkowo, łatwiej jest wykształcić mięsień niż wykształcić mózg. Wiedza wymaga czasu, pokory i cierpliwości, a siłę można wykształcić przez powtórzenia. Jak człowiek zacznie biegać – to się rozbiega, jak zacznie trenować na siłce – to siły zdobędzie. To jest w moim przekonaniu szybsze niż nauczenie kogoś kreatywnego myślenia, procedur, i żeby to jeszcze współgrało. Dlatego dla mnie bardziej złożoną procedurą jest wykształcenie, zbudowanie sztabów niż wyszkolenie żołnierza. To też nie jest takie proste, też wymaga czasu, ale nie aż tak dużego zaangażowania. W tym mamy doświadczenie, mamy instruktorów, centra szkoleniowe; to już przerabialiśmy. A tworzenie jednostki od zera, tworzenie sztabu wymaga czasu, jak w każdej instytucji.

 

M.Ś.: A ci, którzy przychodzą z innych jednostek do Pana tworzyć tę Dywizję, jak przyjmują Pański zamysł? Jak Pan to odbiera ?

 

J.G.: Nie mogę na razie narzekać, siedzący koło mnie kapitan też przyszedł z innej jednostki i uczymy się wspólnie pracy. Na razie mam to szczęście, że ludzie, których  mam w tej chiwli ponad 50-ciu, to generalnie ochotnicy. Zobaczyli, że jest nowa dywizja, zaproponowaliśmy im pracę i możliwość rozwoju. Przyszli z różnych powodów. Jedni dlatego, że chcą awansu, inni – bo są z regionu, jeszcze inni chcą się rozwijać w danej specjalności, tak jak obecny tu Pan kapitan, przyszły major. On ma smykałkę i zdolności ku temu, żeby funkcjonować w przestrzeni medialnej i być oficerem prasowym, a w poprzedniej jednostce nie miał takiej możliwości. U mnie może rozwijać się, sprawdzić i pokazać, że to jego domena. Kiedyś może będzie rzecznikiem, nawet szefa Sztabu Generalnego, a dlaczego nie? Każdy może się rozwijać. Ten proces może nie jest taki spektakularny, jak ludzie oczekują. To nie jest widowiskowe, tu się buduje powoli całe struktury. Niemniej jednak już od stycznia zaczęliśmy nabór do garnizonu Siedlce. Nie chcę też cywilom tłumaczyć co to jest dywizja, co to jest batalion. Jak ktoś jest cywilem to nie pojmie. Więc działamy prościej. Ogłaszamy, że jest jednostka w Siedlcach, prowadzimy nabór do jednostki w Siedlcach na takie i takie stanowiska, zgłaszajcie się.

 

M.Ś.: Są zgłoszenia?

 

J.G.: Tak. My działamy we współpracy z WKU, WSzW w regionie, ale podjęliśmy też działania w przestrzeni medialnej – mediów społecznościowych w których jesteśmy interaktywni. Ogłaszamy, podajemy numery, na które można dzwonić i zapytać. Chcemy uniknąć jakiegoś niepotrzebnego budowania tajemniczości, bo wtedy ludzi się zniechęca. A jak prowadzi się otwartą, jawną politykę informacyjną: Co robimy? Dlaczego? Jak? – to w moim przekonaniu przynosi to większy efekt.

 

M.Ś.: A jak to jest odbierane w regionie?

 

J.G.: Region się cieszy. Trudno, żeby się regiony nie cieszyły. Kiedyś mniejsze miejscowości wolały się pozbyć wojska, uważano, że wojsko przeszkadza: “przejmiemy ich tereny i będziemy robić biznesy”. Dzisiaj jest odwrotnie. Miasta zabiegają o ulokowanie jednostek na ich terenie. Dlaczego? Jeżeli lokuje się jednostkę, złożoną powiedzmy z tysiąca żołnierzy, to to jest jak fabryka z tysiącem pracowników. Jeżeli przyjmiemy, że szeregowy żołnierz najniżej zarabiający dostaje około trzech tysięcy na rękę, to ta fabryka dobrze płaci. Każdy żołnierz to rodzina, a rodzina to dzieci. Małe miejscowości muszą utrzymywać szkołę, a jak dzieci jest mało… to nie jest to ekonomicznie zasadne. To są również podatki, zakupy, pobudzenie mikro ekonomii w regionie. Tak więc dzisiaj jednostka wojskowa jest postrzegana bardzo pozytywnie. Tu, w tym regionie, zostaliśmy dobrze przyjęci, Na ścianie wschodniej żyje się inaczej, wiele rzeczy jest prostszych, łatwiej też pozyskać poborowych. Młodzież garnie się do wojska, ma wyniesione z domu przekonanie, że służba w wojsku jest zaszczytem.

 

M.Ś.: W tym regionie najdłużej trwał opór antykomunistyczny.

 

J.G.: To jest region, w którym dominuje rdzenna ludność, nie ma ludności napływowej. Tu ludzie żyją z dziada pradziada, kultywują swoją historię. Można usłyszeć o pradziadku, który tu, na miejscu brał udział w powstaniu. I dla tych ludzi wojsko naprawdę wysoko stoi. Mnie to cieszy, bo bardzo cenię “małe ojczyzny”, patriotyzm lokalny. I jeżdżę na każde zaproszenie, do najmniejszej gminy, np. ostatnio byłem w Nowych Piekutach, gdzie jest pomnik kpt. Kazimierza Kamieńskiego – „Huzara”. Tak pojmuję swoją rolę – jako generał mam służyć ludziom. Jadę dlatego, że oni jako społeczność mała, lokalna, wybudowali pomnik, docenili człowieka, który walczył w czasie wojny i później w podziemiu. Oni go czczą, więc moim obowiązkiem jest być tam razem z nimi. Być z ludźmi tu, gdzie moje jednostki są ulokowane. Żołnierze to także obywatele, część społeczności lokalnych i trzeba z tą społecznością być.

 

M.Ś.: Czy przy organizacji dywizji będzie Pan korzystał z WOT-u (Wojsk Obrony Terytorialnej)?

 

J.G.: Wojska Obrony Terytorialnej powstały jako pierwsze właśnie na ścianie wschodniej, tu były pierwsze w Polsce oddziały. Zgodnie z przepisami żołnierze WOT-u, którzy służyli trzy lata, mają preferencje w przyjmowaniu do wojsk operacyjnych, bo są już przeszkoleni. Tak się składa, że nabór do WOT-u zaczął się w roku 2016/2017, a więc teraz, w roku 2019/2020, będzie już spora liczba ludzi, którzy są w Wojskach Obrony Terytorialnej te 3 lata. Można się spodziewać, że część z nich zgłosi akces do służby jako zawodowi żołnierze. Oni wstąpili do WOT, poznali to życie, przeszli przeszkolenie, może się przekonali, że można ze służbą związać swoje życie i będą na preferencyjnych warunkach przyjmowani do wojsk operacyjnych czyli do tych jednostek, które ja będę budował. Chciałem podkreślić wielką wartość Wojsk Obrony Terytorialnej – oni wyszkolili i dalej będą szkolić żołnierzy, którzy teraz będą zasilać wojska operacyjne w tym regionie.

 

M.Ś.: Czym się różni wojsko zawodowe od tego które było z poboru, jaka jest zasadnicza różnica ?

 

J.G.: Przepaść. Między nimi jest przepaść. Pamiętam te czasy, bo byłem dowódcą kompanii, kiedy jeszcze była służba zasadnicza. To jest przepaść mentalna, w podejściu do służby. Prosta zasada. Dzisiaj żołnierzem jest ten, kto tego chce, kto chce służyć, a przedtem to było “za karę” – musiał odsłużyć. Trudno to porównywać, to są dwa światy. Ja nie mówię, że tamci chłopcy byli źli, jak miałem “dwulatków”, po dwóch latach służby, to oni byli świetnie wyszkoleni. Jeśli jednostka operacyjna, bojowa dużo ćwiczyła i jeździła, to oni naprawdę cuda robili. Świadczy dzisiaj o tym rezerwa, bo oni  wracają, wsiadają na sprzęt, popatrzą i jadą, gotowi do boju, bo przez dwa lata uzyskali takie wyszkolenie. Ale to jednak była inna mentalność. Dzisiaj mamy szeregowych, którzy mają wykształcenie gimnazjalne, ale też takich, którzy są magistrami, mamy nawet podoficerów, którzy są doktorami i służą. To jest przepaść w edukacji,  mentalności i przede wszystkim w świadomości służby.

 

M.Ś.: Czyli nie ma powrotu do poboru powszechnego?

 

J.G.: Tego nie wiem, to pytanie do ministerstwa. Ale z mojego punktu widzenia, to skoro mamy dobrze rozwinięty system Wojska Obrony Terytorialnej, kształcącego zasoby ludzkie, które będą zasilały wojska operacyjne, i jeśli jeszcze zwiększymy limit szkoleń rezerw osobowych, to na potrzeby 18 Dywizji wystarczy.

 

M.Ś.: Czyli wojska obrony terytorialnej są takim zasobem szkolącym?

 

J.G.: Nie chciałbym mówić zasoby, żeby nie obrażać WOT. Wojska obrony terytorialnej są częścią sił zbrojnych, są kolejnym rodzajem wojsk. Z charakteru WOT wynika, że szkolą ochotników, którzy kiedy będą chcieli na stałe związać się z wojskami operacyjnymi to będą mieli taką możliwość. Chodzi o to, że następuje już przepływ w dwie strony. Do tej pory był przepływ tylko do Wojsk Obrony Terytorialnej, żeby je tworzyć i  wielu ludzi to krytykowało – że wojska operacyjne tracą zasoby na rzecz WOT, ale dzisiaj mamy tendencję w drugą stronę. Wojska Obrony Terytorialnej już są na tak wysokim poziomie rozwinięcia, że mogą zasilać inne wojska i to jest benefit. Przepływ pomiędzy rodzajami wojsk to jest zdrowa tendencja. Ja tutaj mam siedmiu oficerów z Wojsk Obrony Terytorialnej.

 

M.Ś.: Jeszcze ostatnie pytanie na zakończenie naszej rozmowy: Dywizja będzie zorganizowana w 2020 roku?

 

J.G.: Nie, i od razu wytłumaczę. Naszym celem jest certyfikacja dowództwa dywizji w pierwszym półroczu 2021 roku czyli wtedy 18 Dywizja będzie poddana sprawdzianowi i uzyska pełną gotowość operacyjną jako sztab, natomiast wszystkie nasze jednostki będą w tym samym czasie rozwijane. Przyjęliśmy cykl trzyletni przygotowania do certyfikacji, czyli po trzech latach od momentu powołania jednostki, mają być sprawdzone jej zdolności operacyjne. Ten proces ma się zakończyć w 2026 roku.

 

M.Ś.: Panie Generale, w takim razie za trzy lata przyjeżdżam.

 

J.G.: Zapraszam na certyfikację, będzie można zobaczyć, że sprawdziliśmy się w warunkach bojowych, stworzyliśmy coś nowego. Wtedy to już nie będzie “nowa”, tylko “stara” Dywizja 18, Żelazna Dywizja. Chcę to podkreślić – Żelazna ze względu na szacunek do naszych poprzedników, którzy naprawdę dzielnie walczyli w wojnie w 1920 roku; to można przeczytać na kartach historii, które publikujemy na Facebooku, gdzie te dzieje naszej dywizji są przedstawione dość szczegółowo.

 

M.Ś.: A defiladę zrobicie na ulicy Biskupa Świrskiego przy katedrze J

 

J.G.: Nie wiem czy tam, miasto ma ograniczenia, ale na pewno jakoś się pokażemy. Tutaj w Siedlcach są błonia, tam gdzie był papież Jan Paweł II jest teraz krzyż – idealne, piękne miejsce przestrzenne do tego, żeby pokazać całą wielkość Żelaznej Dywizji. Wszystkie jednostki będą mogły się zaprezentować, a jesteśmy bardzo atrakcyjni: w ramach 18 Dywizji jest 21Brygada Strzelców Podhalańskich, czyli górale – jest orkiestra góralska, inne mundury, to nas wyróżnia. A jednocześnie mamy 2 bataliony Leopardów z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej – to jest siła tej Żelaznej Dywizji.

 

M.Ś.: Dziękuję za rozmowę.

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.