„Rzeźbiarze mózgów”

Tȟašúŋke Witkó

Było ciepłe, lipcowe popołudnie roku 2001, a ja udzielałem podległym dowódcom plutonów instruktażu do zajęć, jakie mieli prowadzić w dniu następnym ze swoim żołnierzami. Prawie kończyłem wystąpienie, kiedy niespodziewanie otworzyły się drzwi kompanijnej świetlicy i stanął w nich szef sztabu batalionu. Pomyślałem, że przybył na rutynową kontrolę i chciałem mu złożyć regulaminowy meldunek, ale on powstrzymał mnie ruchem dłoni, a następnie dał sygnał głową, abym szedł za nim. Ponieważ znałem chłopa wyśmienicie więc wiedziałem, iż musiało stać się coś bardzo ważnego, skoro zdecydował się przerwać mi ważną czynność w sposób tak bezpardonowy.

Wyszedłem na korytarz, gdzie czekało kilku oficerów sztabu i odziany w cywilny garnitur mężczyzna z czarną aktówką w ręku. Jeden ze stojących podsunął mi przed oczy upoważnienie do przeprowadzenia kontroli sposobu przechowywania dokumentacji niejawnej i wyciąg z rozkazu dziennego dowódcy jednostki wojskowej wskazujący skład komisji oraz precyzujący zakres jej czynności. Po zapoznaniu z papierami zaprosiłem grupę kontrolną do pomieszczenia, gdzie pracowałem, a szef sztabu przedstawił mi w międzyczasie cywila. Okazało się, że był to jakiś oficer Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), sprawdzający poświadczenia bezpieczeństwa, pozwalające na dostęp do dokumentów oznaczonych klauzulą tajności. Po kilku minutach wszystkie moje papierzyska były wertowane przez poszczególne osoby funkcyjne a „uszatek”, jak w branżowym żargonie nazywaliśmy żołnierzy służb, porównywał numery mojego poświadczenia ze swoją wewnętrzną listą. Żadnych niedociągnięć oczywiście nie stwierdzono i wszystko zakończyło się pomyślnie, co znalazło odbicie w magicznym wpisie „bez uwag”, jakiego kierujący sztabem major dokonał w swoim notatniku.

Gdy późnym popołudniem opuszczałem miejsce wykonywania obowiązków służbowych, natknąłem się przy bramie wjazdowej na przewodniczącego komisji i zapytałem, czemu zawdzięczałem ten nagły najazd. On najpierw podał mi niemiłosiernie wygniecioną gazetę z zakreślonym artykułem, a potem dodał, że komisja sprawdziła szczegółowo cały batalion. Rzuciłem okiem na wskazane akapity i dowiedziałem się, że jeden z urzędników Ministerstwa Obrony Narodowej (MON) nie dość, że brał gigantyczne łapówki, to jeszcze nieprawnie czytał i wykorzystywał dokumenty niejawne. Od razu pojąłem, co się stało i skąd to nagłe sprawdzenie, ale nie miałem prawa wiedzieć, że padłem ofiarą żurnalistów, „rzeźbiarzy mózgów”.

Ofiarą żurnalistów, „rzeźbiarzy mózgów”, padło wtedy o wiele więcej osób. 10 lipca 2001 roku został zatrzymany Zbigniew Farmus, przywołany wyżej urzędnik MON, zaś sama rzecz działa się gdzieś na Bałtyku. Pana Zbigniewa podjęto z pokładu płynącego do Szwecji promu “Rogalin”, a w całej akcji pierwsze skrzypce mieli grać funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa. Gdy środki masowego przekazu zaczęły ujawniać coraz więcej szczegółów brawurowego manewru, to osobiście nie mogłem wyjść z podziwu nad sprawnością rodzimych organów ścigania. Wyobraziłem sobie śmigłowiec wiszący nad pokładem jednostki pływającej, grupę szturmową wykonującą zjazd na linach, moment wyłuskania łapówkarza z wystraszonego tłumu pasażerów i zakucie jego wrażych rąk w kajdanki. Myślałem nad wariantami ubezpieczenia, sposobem medycznego zabezpieczenia abordażu, nad ewentualnym użyciem broni palnej czy innych środków przymusu bezpośredniego. Im dłużej analizowałem zajście, tym większą niechęcią pałałem do Farmusa. Przez niecne czyny owego osobnika z dokumentacją zastrzeżoną profilaktycznie przekopano mój sejf i musiałem później porządkować oraz układać wszystko od nowa. A przez jego zakusy łapówkarskie kilku mężczyzn narażało życie i zdrowie wykonując desant na prom. Gdzieś w telewizyjny jazgocie słabo wybrzmiał głos Romualda Szeremietiewa, pryncypała aresztowanego, który próbował przekonywać o niewinności swojej i swojego podwładnego, ale ja, w mądrości mej niezmierzonej, uśmiechnąłem się tylko szyderczo i wyszeptałem pod nosem filmową frazę o więzieniach, gdzie znajdują się sami niewinni. Resztki wątpliwości rozwiał Bronisław Komorowski, szef resortu obrony, zapewnieniem, iż sprawiedliwości stało się zadość, a jeśli Szeremietiew z Farmusem okażą się niewinni, to on odejdzie z polityki. Oświadczenie przyjąłem bez żadnych wątpliwości, bo jako żołnierz bezgranicznie wierzyłem i ufałem swemu cywilnemu nadzorcy. Skąd mogłem wówczas wiedzieć, że robi się ze mnie modelowego idiotę i po latach będę potrzebował swoistego katharsis?

Katharsis, po raz pierwszy, powinno mnie dopaść już klika lat później, kiedy pojawiły się pierwsze, nieśmiałe głosy o bardzo poważnych zastrzeżeniach co do winy obydwu panów, ale skoro tytuły prasowe i stacje telewizyjne nie artykułowały ich w sposób klarowny, nie miałem powodu, aby sprawę przetwarzać ponownie. Bronisław Komorowski wciąż był czynny politycznie, więc tym bardziej odsuwałem od siebie myśl o ewentualnej mistyfikacji, w której tryby dostałem się i ja. Po kilkunastu latach zapadły wyroki sądowe oczyszczające od zarzutów Romualda Szeremietiewa całkowicie, a Zbigniewa Farmusa w lwiej części, ale odejścia z polityki Komorowskiego doczekać się nie mogłem. O swojej wcześniejszej deklaracji pan Bronisław milczał jak zaklęty, setki innych wydarzeń wysłały akcję na promie “Rogalin” do medialnego lamusa, a wokół sprawy wciąż panowała cisza. Wtedy zacząłem pojmować, iż nie doczekam się sprostowania. Zrozumiałem, że nikt nie uderzy się w pierś. Gdzieś w czeluściach Internetu natknąłem się na oświadczenie Anny Marszałek i Bertolda Kittela, autorów tekstu zatytułowanego „Kasjer z Ministerstwa Obrony”, owej produkcji przeczytanej przy bramie jednostki wojskowej. W oświadczeniu żurnaliści bronili jak lwy swoich racji, choć nijak się to już miało zarówno do zgromadzonego materiału dowodowego, jak i pierwszych rozstrzygnięć sądowych. Przebijał z niego chaos, włączono jakieś poboczne wątki, niejasne tłumaczenia i finalnie trudno było wyłuskać z wyjaśnień cokolwiek sensownego. Nie ukrywam, że cała sprawa mnie zmęczyła oraz zniechęciła, więc ją zwyczajnie porzuciłem i odesłałem do najdalszego z zakamarków pamięci.

Z zakątków pamięci wydobyłem stare dzieje ponownie kilkanaście miesięcy temu, gdy jedna ze stacji telewizyjnych podniosła klangor po ujawnieniu domniemanych neonazistów w lasach południowej Polski. Wyemitowano materiał filmowy, na którym kilku mężczyzn miało celebrować urodziny Adolfa Hitlera. Wykrycie całej sprawy było możliwe jedynie dzięki sprytowi ekipy telewizyjnej, która przeniknęła w struktury niebezpiecznej frakcji. Obejrzałem reportaż z zainteresowaniem i po jego zakończeniu zacząłem bardzo poważnie wątpić w całkowitą sprawność intelektualną zarówno samych świętujących jak i śledzących. Nie wiedzieć czemu, ale nie powstała we mnie najmniejsza obawa przez neonazistami raczącymi się tortem z Hakenkreuzem ułożonym z wafelków, zakupionych w osiedlowym sklepiku. Zaniepokoił mnie natomiast skład grupy tropiącej, a w szczególności obecność w niej Bertolda Kittela, oraz zachowanie Piotra Wacowskiego, operatora ekipy, posługującego się charakterystycznym hitlerowskim gestem. Materiał oceniłem jako naciągany i infantylny, a w przestrzeni publicznej wzbudził on wiele kontrowersji i głosów wątpiących. Rzecz próbowano zamknąć wyróżnieniem dziennikarskim przyznanym Kittelowi za filmik, ale w moim odbiorze to sprawę jeszcze pogorszyło. Zacząłem bardzo poważnie zastanawiać się nad jakością żurnalistyki polskiej i wydestylowałem jej bardzo nieciekawy wizerunek.

Nieciekawy wizerunek żurnalistyki powoduje, iż bardzo sceptycznie podchodzę do wszelakiego rodzaju sensacji i tez, jakimi próbuje się mnie karmić. Ograniczyłem do minimum oglądanie programów publicystycznych, aby zmniejszyć natężenie młotkowania, jakiemu poddaje się ludzką psychikę. Mój felieton, czytany teraz przez Państwa, nie jest o Szeremietiewie i Farmusie, ani o Kittelu, Marszałek czy Wacowskim. Jest on jedynie mniej lub bardziej udaną próbą podzielenia się z Czytelnikami doświadczeniami oraz wrażeniami, jakie dotknęły mnie osobiście i jednocześnie prośbą o wielką ostrożność w każdym kontakcie z wytworami medialnymi. Nie wiem do czego to wszystko doprowadzi społeczeństwo, ale jestem pełen najgorszych obaw o kierunek, w jakim dziennikarstwo zmierza. Nadawanie przesadnego znaczenia faktom nieistotnym czy przemilczanie rzeczy ważnych stało się codziennością i chyba nie widzę dziś skutecznej recepty, aby opisanym powyżej kombinacjom zapobiec. Jedyną ochroną jest ostrożność oraz sceptycyzm w odbiorze i potwierdzanie informacji u innych źródeł. Ja osobiście przestaję używać określenia dziennikarze i prywatnie nazywam pracowników mediów „rzeźbiarzami mózgów”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 15 lutego 2019 r.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.