Serce z szablą przy boku

Tȟašúŋke Witkó

1 września 1979 roku Polską Rzeczpospolitą Ludową rządził komunistyczny triumwirat, składający się z Edwarda Gierka, Henryka Jabłońskiego i Piotra Jaroszewicza, zaś na kremlowskim tronie zasiadał towarzysz Leonid Iljicz Breżniew. Ów sobotni dzień na zawsze odcisnął piętno w mojej pamięci, ale myli się ten, kto sądzi, iż winne były temu przywołane powyżej indywidua. Od rana atmosfera w domu była napięta, gdyż moja bardzo energiczna mama dostała jakiegoś dodatkowego wzmożenia i, po raz kilkusetny, sprawdzała czystość moich dłoni oraz kompulsywnie poprawiała moją krótko przyciętą grzywkę. Wreszcie przyniosła, dzierżone ostrożnie niczym relikwie, śnieżnobiałą, wykrochmaloną koszulę oraz granatowe bistorowe portki i, stanowczym głosem, kazała mi się w to wszystko przyodziać. Gdy spełniłem polecenie, mateczka, z wrodzoną maestrią, zawiązała pod sztywnym kołnierzykiem wąską, aksamitną wstążkę, mającą imitować muszkę, wzięła swoją latorośl za rękę i zawlokła na miejsce ośmioletniej kaźni – do Szkoły Podstawowej nr 149 im. Obrońców Westerplatte, w Łodzi. Tak zapoczątkowałem wyboistą drogę mej edukacji.

Droga ta rozpoczęła się w izbie lekcyjnej, oznaczonej na drzwiach liczbą 102, co wzbudziło mój natychmiastowy entuzjazm. Już byłem gotów emitować ustami dźwięki, jakie wydawał prowadzący ogień z armaty czołg „Rudy”, ale czytająca w moich myślach rodzicielka obrzuciła mnie wymownym spojrzeniem i, pod jego ciężarem, postanowiłem przełożyć strzelanie na bliżej nieokreślony termin. Zasiadłem w ławce, oczywiście tej na końcu, w samiuśkim rogu, i wlepiłem okrągłe ze zdziwienia ślepia w wiszącą na ścianie brystolową tablicę, na której czyjaś wprawna ręka namalowała pomnik z Westerplatte, okraszony mistrzowsko wykaligrafowanym napisem: „A lato było piękne tego roku”. Znałem ten pomnik, znałem wiersz i wiedziałem, że dokładnie 40 lat wcześniej, w miejscu, gdzie dziś stoi monument, wybuchła II Wojna Światowa. Znałem także słynną opowieść o permisji, jaką otrzymał major Henryk Sucharski, któremu niemiecki oficer, podczas aktu kapitulacji placówki, zezwolił na noszenie szabli w niewoli. W mojej małej, siedmioletniej głowie, kłębiły się myśli o dzielnym polskim żołnierzu i jego nieustraszonym sercu – „sercu z szablą przy boku”.

„Serce z szablą przy boku” mjr. Sucharskiego było typowo polskie, sarmackie i zawadiackie. Było gotowe do poświęceń i czynów heroicznych. Było dzielne i nieustraszone, ale było także posadowione w jednym ciele z analitycznym i chłodnym mózgiem. Ten mózg, odpowiedzialny za życie prawie dwóch setek podwładnych, nakazał dowódcy poddać placówkę już w dniu 2 września. Nie dopuścił do tego jego zastępca, dowódca Oddziału Wartowniczego Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte, kpt. Franciszek Dąbrowski. Dąbrowski przejął dowodzenie i kontynuował obronę aż do dnia 7 września. Jednak o tym fakcie dowiedziałem się już jako dorosły człowiek, wiele lat po ukończeniu szkoły. Przez cały czas pobierania nauki byłem wychowywany przez pedagogów w kulcie Sucharskiego i jego czynów. Dziś wiem, że tak powinno być i stało się dobrze. Młodych ludzi trzeba kształtować na legendach, a szczegółowe badania i „dzielenie włosa na czworo” należy pozostawić siwym, przygarbionym profesorom, ślęczącym całymi latami nad pożółkłymi papierzyskami. Niech oni, na nudnych sympozjach, rozprawiają zaciekle, kto i co powinien uczynić w danej chwili. Jednocześnie przestrzegam wszystkich „kanapowych strategów” przed wydawaniem jednoznacznych, surowych osądów, potępiających decyzje dowódców.

Decyzje dowódców są decyzjami najtrudniejszymi, podejmowanymi zawsze w stresie, stanie skrajnego napięcia i samotności. Spróbujmy choć przez chwilę wczuć się w rolę Henryka Sucharskiego. Latem roku 1939 major miał już 22 lata służby za sobą, udział w wojnie z bolszewikami na koncie i był odznaczony Krzyżem Walecznych. Z tego, że wojna wybuchnie, zdawał sobie sprawę najprawdopodobniej od dawna. Uczestniczył aktywnie w rozbudowie inżynieryjnej oraz w skrytym zwiększaniu stanu osobowego i uzbrojenia placówki. Chyba nikt nie wątpi, że dowodzenie położoną w tak nieprzyjaznym otoczeniu jednostką musiano powierzyć człowiekowi o walorach szczególnych – zarówno umysłowych, jak i fizycznych. Bez wątpienia, mjr Sucharski takim żołnierzem był. A jednak chciał się poddać. Dlaczego? Być może, właśnie dlatego że był doświadczonym „synem Bellony” i wiedział, po porównaniu potencjałów wojujących stron, że dalsza walka przyniesie jedynie straty? 1 września załoga odparła dwa szturmy, przetrwała dwie nawały artyleryjskie pancernika „Schleswig-Holstein”, a następnego dnia przeżyła nalot bombowy, wykonany przez 60 statków powietrznych. Okręt prowadził ogień z dział kalibru 280 mm. Ciężko odnieść do rzeczywistości, czy to dużo czy mało, prawda? Jeśli będą Państwo spacerować kiedyś po krakowskich Plantach, to obejrzyjcie uważnie zielone kosze na śmieci, przymocowane do biegnących wzdłuż alejek podpórek. Ich średnica wynosi 28 cm, dokładnie tyle, ile wynosiła wewnętrzna średnica dział pancernika. Wystrzeliwano z nich pociski o masie 330 kg. Dla zobrazowania – gdy Czytelnicy zobaczą motocyklistę, mknącego jak strzała na swoim ścigaczu, to wiedzcie, iż takowy sprzęt waży niewiele ponad 160 kg, dwukrotnie mniej niż tnąca z wyciem powietrze masa gorącej stali, wystrzelona w kierunku Westerplatte. Strzelały także haubice kalibru 211 mm i wiele innych, pomniejszych środków ogniowych. Jakby tego było mało, do akcji weszły samoloty i przez 40 minut zrzucały bomby na broniony obiekt. W wyniku nalotu zniszczeniu uległy kuchnia i radiostacja, poprzerywane zostały kable telefoniczne. Sucharski został bez łączności i nadziei na pomoc, ale za to z wiedzą, że dalsza walka przyniesie tylko większe straty. Czy ktokolwiek dziś ma prawo potępiać jakąkolwiek jego ówczesną decyzję? Nikt nie ma dziś takiego prawa!

Takiego prawa nie ma także Joanna Scheuring-Wielgus, posłanka jednej z partii politycznych, o której nikt nie będzie wkrótce pamiętał. Na początku lipca tego roku osoba ta ośmieliła się nazwać Westerplatte „symbolem klęski”. Co prawda, Scheuring-Wielgus przyznała, iż miejsce owo symbolizuje również męstwo żołnierza polskiego, ale użycie przez nią słowa „klęska” osobiście uważam za haniebne i godne całkowitego potępienia. Parlamentarzystka jest moją rówieśnicą, więc mniemam, że naukę w szkole podstawowej rozpoczęliśmy dokładnie tego samego dnia – 1 września 1979. Nie wiem, co kieruje tą kobietą, ale jedno mogę stwierdzić z całą mocą – od Westerplatte wara! Jakim prawem ktoś śmie tykać pamięć bohaterów? Co się stało z naszym wielkim Narodem, że po ośmiu dekadach od tamtych heroicznych wydarzeń dokonuje się słownego zamachu na swoiste narodowe sacrum? Gdzie i kiedy nastąpiło wynaturzenie systemu zwanego powszechnie demokracją, które otworzyło parlamentarną furtę komuś takiemu, jak Joanna Scheuring-Wielgus? Trzeba dokonać dogłębnej pracy myślowej i szybko naprawić powstały błąd.

Powstały błąd będziemy mogli naprawić, podczas najbliższej, październikowej elekcji parlamentarnej, ale zanim głosowanie nastąpi, to wcześniej, gdzieś w niebiesiech, kolejny raz wybije godzina 04.47, dnia 1 września 1939 r. Pan major Henryk Sucharski znów wyda komendy do walki podwładnym i złoży kolejny, już osiemdziesiąty, meldunek swoim przełożonym. Znowu pomyśli o poddaniu i znów pan kapitan Franciszek Dąbrowski od tego pomysłu go odwiedzie. Wreszcie znów nadejdzie niebiański dzień 7 września roku 1939 i polski żołnierz zachowa swoją szablę – symbol uznania przeciwnika, dla jego mężnego serca – „serca z szablą przy boku”.

Howgh!

komentarze 2

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.