Skany przeszłości

Adam Józef Michalczyk

Powiedz, przechodniu, Sparcie,

że widziałeś tu nas poległych

w imię posłuszeństwa świętym

prawom ojczyzny.

Stare fotografie, szczególnie te z wyraźnie widocznym czasem na nich, który daje się zobaczyć w formie różnorakich uszkodzeń i zmian na samym materiale tych fotografii, kryją w sobie chyba najwięcej tajemniczości. Przeglądam najstarsze albumy rodzinne i skanuję zdjęcie po zdjęciu, by je odświeżyć i odnowić, by w nowej formie nadal były pamięcią o tych, których już z nami nie ma.

Są wśród nich te najstarsze, pamiętające technikę mistrza Daguerre’a. Małe zdjęcia portretowe w odcieniach sepii. Tak uwiecznieni zostali po raz pierwszy przodkowie rodziny, pra- pra- pradziadek i pra- pra- prababka. Zdjęcia ukazują ich w sile wieku, w pozach dostojnych. Zdjęcia te zostały naklejone na tekturowe podkładki, na których – pod zdjęciem – można znaleźć informację o atelier, które je wykonało. Było to „Alpern”, dawniej „Bernardi”, mieszczące się przy ulicy Miodowej 6 w Warszawie. Z dostępnych źródeł można wyczytać, że firma Alpern działała w Warszewie bardzo krótko, bo na przestrzeni około jednego roku i istniała w tym miejscu w roku 1906. Stąd wniosek, że przodkowie rodziny wykonali swoje portretowe zdjęcia w tym właśnie roku. Inne informacje na ten temat w albumie rodzinnym nie zachowały się.

Ze zdjęciami czas obszedł się dość surowo. Widoczne liczne zadrapania, przetarcia, zmatowienie powierzchni. Trudno się dziwić. Przechowywana pamiątka przetrwała z rodziną trudne chwile dziejów narodu polskiego i wraz z nim zdjęcia te dotrwały – po ponad stu latach – do dziś. Mimo uszkodzeń materiału fotograficznego, są one namacalną pamiątką kolejnych pokoleń ich spadkobierców – są w rodzinie. Gdy zeskanowane zostaną z dużą rozdzielczością, współczesna technika cyfrowa obróbki graficznej przywróci im dawny blichtr.

Oprócz portretowych zdjęć w sepii potomkowie odziedziczyli i rozwijali rodzinny interes, wytwórnię kafli. Na tle budynku tej małej fabryczki sfotografowali się ich wnukowie już w wolnej Polsce. Rok 1932. Pozują bracia, jeden ma osiemnaście, drugi czternaście lat. Pasją ich było harcerstwo. Na innym skanowanym zdjęciu ci sami chłopcy są już o kilka lat starsi. Jest rok 1943, siedzą z kolegą w pokoju z dokładnie zasłoniętymi oknami, by na zewnątrz nie wydostała się nawet najmniejsza smuga światła. Okupacja hitlerowska, znowu czas zniewolenia. Mimo młodego wieku nie są bierni. Potajemnie przygotowują różne akcje. Broń też nie jest im obca. Jeden z braci nie wróci z jednej z takich akcji przygotowawczych. Koledzy przyniosą go późno w noc do domu. A potem dalej będą robić „swoje” – podbierać broń żołnierzom Wehrmachtu, nasłuchiwać w nocy komunikatów radiowych siedząc wokół zakonspirowanego odbiornika. Robili to, co uważali za słuszne, konieczne w tym czasie. Czy byli bohaterami? – Sami siebie tak nie nazywali. Jeden z braci zginął. Cóż, czas okupacji, wojna. Wiele lat później – po wojnie już – nikt nie rozmawia na ten temat, co wtedy czuł, czy zastanawiał się wtedy, że to, co robi, to czyny bohaterskie. Był to okrutny czas, w którym przyszło żyć, ale też i nie biernie czekać. Pozostały po nich pamiątki z okresu harcerstwa przed wojną, wspomnienia i kilka czarnobiałych fotografii z czasu niewoli niemieckiej.

Przyszedł później inny czas, ten czas po wojnie. Czas innego strachu, ukrywania się. Aż nastała odwilż. Na jednym ze zdjęć ludzie zebrali się przed domem, za którym stał nadal budynek dawnej kaflarni. Stał już pusty, bo zdomiarowany nowym ustrojem. Rodzina  nie produkowała kafli. Została pamięć o tym i kilka zdjęć w albumie. Na tej właśnie fotografii czarno-białej, widać jak ci ludzie są zgromadzeni tłumnie przed domem. Z bramy wychodzi na czele ksiądz i szpaler ministrantów, a za nimi niosą drewnianą trumnę. Po kolorze drzewa poznać można, że będą chować młodą osobę. To najstarszy syn czekał na ten moment wiele lat, aż matka godnie go pochowa w rodzinnej mogile. Do tej pory musiał cicho przeleżeć pod progiem drzwi domu swych rodziców, gdy koledzy przynieśli go po akcji w czterdziestym trzecim. Tak nakazała matka, by chronić innych domowników, kolegów i znajomych. Tych wszystkich, którzy przychodzili do fabryczki i nasłuchiwali w noce okupacyjne wieści płynących na falach eteru. Matka drugi raz chowa swego syna, który zginął w ten straszny czas, bo tak trzeba było. I to zdjęcie idzie również do skanowania i do zbiorów pamiątek rodzinnych dla świadectwa nowym i następnym pokoleniom rodziny.

Jak bumerang wraca pytanie o istotę bohaterstwa. Czy ci przodkowie czuli się bohaterami? Czy matka ukrywając ciało syna w czas okupacji myślała o sobie, że dokonuje czynu bohaterskiego, czy zdawała sobie z tego sprawę? Ona, tak jak wiele milionów Polaków walczących o wolność, z pewnością nie targowała się z losem. Robiła „swoje”, zgodnie z tym, jak jej – tak jak i wielu innym – sumienie nakazywało. Po latach – patrząc na te podstarzałe od upływu czasu zdjęcia – dopiero w czas spokoju, z podziwem powiemy, że te czyny w owym czasie dla nich  oczywiste – były czynami bohaterskimi. Ci ludzie nie dopominali się o bohaterskość. Upominali się o swoją wolność. Czas i konieczność zastana oraz wcześniej nabyte przekonania, wyznawane wartości, nadały im miano bohaterów. Ani matka, ani jej syn, którego martwego przynieśli koledzy w czas okupacji niemieckiej, nie zabiegali o miano bohaterów dla siebie. Chcieli żyć wolni, szczęśliwi wolnością i swobodą pracy w swojej małej fabryczce. Lecz przyszło nieszczęście – dla nich i wielu milionów Polaków – stać się bohaterami z woli agresji najeźdźcy i okupanta. Tu tkwi „nieszczęście kraju, który potrzebuje bohaterów”. O takich właśnie ludziach powstał film IPN-u “Niezwyciężeni”, pokazujący ich poświęcenie dla innych i czyny uznawane za bohaterskie. Sprzeciw wobec zniewolenia przez najeźdźcę. W związku z tym filmem potomkowie tychże okupantów niemieckich zabrali też głos na ten temat w rozmowie zorganizowanej przez niemiecką rozgłośnię radiową Deutschlandfunk, gdzie pani profesor Gertrud Pickhan, historyk z Instytutu Europy Wschodniej Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego, wspierając wywód i dyskusję własnym autorytetem naukowca, w krytycznym kontekście i z dezaprobatą podsumowała dyskusję na temat tego filmu, iż „– Nieszczęśliwy to kraj, który potrzebuje bohaterów”.

Z całym szacunkiem dla wielu ważnych i naukowych funkcji – jakie pełniła i pełni pani profesor Gertrud Pickhan w swojej karierze, co wyczytać można z jej krótkiej, tabelarycznej biografii w internecie – stwierdzić jednak należy, że pani profesor nie zrozumiała przesłania autora dramatu Bertolta Brechta. Mianowicie przytoczone przez nią słowa w podsumowaniu dyskusji są cytatem zaczerpniętym ze sztuki „Życie Galileusza”, które wypowiada główny bohater w scenie, wchodząc do izby. Tak właśnie stwierdza:

– „Nie. Nieszczęśliwy kraj, który potrzebuje bohaterów”.

Jest to jego odpowiedź na słowa służącego i ucznia zarazem, Andrzeja, który – rozczarowany postawą mistrza, gdy ten odwołuje przed Inkwizycją głoszoną przez siebie prawdę na temat obrotu Ziemi – z wyrzutem wykrzykuje:

– „Nieszczęśliwy kraj, który nie ma bohaterów”.

Pani profesor Gertrud Pickhan, przytaczając wyrwaną z kontekstu dramatu wypowiedź Galileusza, albo świadomie ucieka się do antynaukowej metody manipulacji wypowiedzią, albo nie przeczytała uważnie dramatu B. Brechta lub też nie zrozumiała tego przesłania, tak jak najwyraźniej nie rozumie pojęcia „bohater”, które jest wieloznaczne.

Otóż zaprzeczenie Galileusza wyniakające z kontekstu sytuacji, w jakiej się znalazł, porównane do sytuacji ludzi walczących o swoją i narodu wolność jest po prostu celowym kłamstwem głoszonym przez panią profesor Gertrud Pickhan. Cóż bowiem osiągnąłby Galileusz jako naukowiec, gdyby wybrał śmierć własną jako argument w sporze naukowym. Czy taka ofiara pomogłaby jego rodakom w czymkolwiek, poprawiła ich los, bytowanie itp., albo czy przysłużyłaby się nauce, gdyby sobie tylko znaną prawdę zabrał do grobu? – Sam Galileusz odpowiada Andrzejowi: – „Nie” – i pozostając wierny ideałom dążenia do prawdy naukowej, w tajemnicy kontynuuje badania i wydaje swoje dzieło za granicą. Porównanie, jakie zrobiła pani profesor Gertrud Pickhan, historyk z Instytutu Europy Wschodniej Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego, w odniesieniu do największej ofiary życia, jaką składali członkowie naszego narodu, jest zaprzeczeniem obowiązku głoszenia prawdy, jaki spoczywa na prawdziwym naukowcu, co bohater B.Brechta szczególnie akcentował:

– „Kto nie zna prawdy, ten jest jedynie głupcem. Ale kto ją zna i ją kłamstwem nazywa, ten jest przestępcą”.

Tych cytowanych słów z dramatu Brechta ferująca opinię pani profesor Gertrud Pickhan w niemieckiej rozgłośni radiowej Deutschlandfunk również nie zna i nie respektuje.

Skanuję dalej czyny przodków zamknięte w kadrach małych zdjęć albumu rodzinnego, a towarzyszą tym skanom słowa córki Rotmistrza Pileckiego, Zofii Pileckiej-Optułowicz, która wspominając swego ojca zwróciła uwagę na to, że:

„ …ważne są kwestie wychowania nowego pokolenia. – Tata zawsze mówił, że młoda skorupka musi nasiąkać wartościami od wczesnych lat życia i to potem daje efekty… – …wychowanie na fundamencie najważniejszych wartości, od początku nauki podkreśla się obowiązki wobec Polski. Dla Ojczyzny zawsze i wszystko – pro patria semper et omnia”.

I uporządkowany album z odnowionymi zdjęciami będzie przykładem dumy dla następnych pokoleń rodziny i swoistym źródłem nauki, by potomni wiedzieli, co znaczy robić „swoje”.

 

Fotografie z archiwum rodzinnego Autora

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.