Suche buty

Tȟašúŋke Witkó

Nie poznałem nigdy nikogo, kto walczyłby w I Wojnie Światowej, ale z opowiadań świadków tamtych wydarzeń wiem, że ówcześni żołnierze byli mentalnie identyczni z tymi dzisiejszymi. Tezę swoją opieram na przekazie mojej prababki Julii, urodzonej w Potworowie na Mazowszu w roku 1905, która opowiadała mi, że gdy latem 1914 roku wojsko carskie weszło do wsi i poszczególne drużyny rozlokowano w chałupach gospodarzy, wtedy wszyscy żołnierze rozpoczęli pobyt od suszenia butów i owijaczy. Opowieści wysłuchałem jako mały dzieciak więc niestety nie dopytałem, jaki był rodzaj stacjonujących wojsk, a domyślać się mogę jedynie, że skoro prababka słowem nie wspomniała o wielkiej ilości koni ani ciężkiego sprzętu, to musieli tam stacjonować piechurzy a nie kawalerzyści czy jakiś pododdział artyleryjski. Dziś, jako dojrzały człowiek, mający za sobą zawodową służbę wojskową, wiem, że każdy żołnierz ma wiele obowiązków ale tylko jedno niezbywalne prawo – prawo do dobrego dowodzenia. Pełny brzuch i dach nad głową są często jedynie rzadkimi luksusami, do których należy zaliczyć także suche buty.

Suche buty są wojskowym marzeniem i symbolem dobrobytu. Po przejściu kilkudziesięciu kilometrów w ciągu doby człowiek nie pragnie niczego innego jak zasłużonego odpoczynku dla utrudzonych nóg. Każdy z maszerujących marzy o tym aby odłożyć nieporęczną broń, zdjąć ciężki plecak z grzbietu, zasiąść przy płonącym ognisku i wreszcie odpocząć. Większość zerka ukradkiem w stronę dowodzącego podoficera, starając nie rzucać mu się w oczy, by ten przypadkiem nie zapamiętał twarzy i nie wyznaczył do nocnego ubezpieczenia postoju lub ciężkich prac gospodarczych. Nie ma nic gorszego niż wsłuchiwanie się w dziwne szmery dobiegające z ciemności i rozstrzyganie, czy zostały one spowodowane przez jakieś zabłąkane ptaszysko czy przez zwiadowcę przeciwnika, czołgającego się mozolnie w kierunku wystraszonego wartownika, aby wbić mu długi nóż w okolice nerek lub wątroby. Dodam, iż nocne podrzynanie gardła, tak rozpropagowane w literaturze i filmie, jest bardzo ryzykowne, bo można trafić klingą w zapięcie hełmu i wtedy wywiąże się straszna walka wręcz, której rozstrzygnięcie zawsze jest wielką niewiadomą, a wrzask walczących prawie na pewno zbudzi śpiących kolegów zaatakowanego. Podobnych dylematów każdy żołnierz ma za sobą setki.

Setki podobnych dylematów musieli mieć za sobą żołnierze 2 Armii Cesarstwa Niemieckiego, którzy w czerwcu roku 1916 zajęli stanowiska nad rzeką Sommą we Francji. Gdy kopali jamy w ziemi po długim i wyczerpującym marszu, nie mogli wiedzieć, iż będą im one służyć przez kolejne pięć miesięcy i staną się erzacem domu. Kończył się drugi rok wojny, której przebieg zaskoczył wszystkich, a najbardziej wyższych dowódców. Tych zostawimy w spokoju – oni radzili sobie doskonale. Marszałkowie i generałowie stacjonowali gdzieś na tyłach w wygodnych kwaterach, spali w czystej pościeli, a otaczający ich adiutanci wyczytywali każdą zachciankę z pańskich oczu. Wyczytywanie leżało w jak najlepiej pojętym interesie adiutantów, gdyż kilka pomyłek mogło zamienić ich wygodne miejsce w murowanym budynku na wilgotny, śmierdzący i pełen odpadków okop w pobliżu linii frontu, pośród wystraszonych żołnierzy. Do żołnierzy nikt już nie zwracał się tak jak w bitwie pod Kolinem cesarz Fryderyk II Wielki, i nikt nie śmiał nazwać ich „psami”, pytając czy chcą żyć wiecznie. Niemieccy kaprale, wychowani w bismarckowskim duchu, dawno spokornieli i przestali utrzymywać słynny pruski dryl za pomocą kija, którego żołnierz miał bać się bardziej niż nieprzyjacielskiej kuli. Nastąpiło to po jakiejś z wcześniejszych potyczek, kiedy znaleziono ciało jednego z nich z raną postrzałową pleców. Pułkowy chirurg wydobył pocisk i zaskoczony zameldował przełożonemu, że pochodzi on z niemieckiego karabinu Gewehr 98, konstrukcji Petera Paula von Mausera i najprawdopodobniej doszło do zabójstwa. Ambitny dowódca pułku, marzący o powrocie z wojny w glorii chwały, nadał szyfrogram do dywizji, skąd po kilku godzinach przybył wojskowy prokurator, który przeprowadził staranne śledztwo i ustalił jedynie, iż zabity podoficer był słynnym na cały oddział sadystą, pastwiącym się nad żołnierzami, szczególnie tymi pochodzącymi z okolic dalekiego Poznania, a ustalenie sprawcy jest niemożliwe. Prokurator, człowiek przewidujący, wiedział, że nocna zabłąkana kula może nie mieć żadnego szacunku ani dla jego pułkownikowskich dystynkcji, ani dla starannego wykształcenia, jakie odebrał podczas prawniczych studiów. Wypełnił stosowne dokumenty, wsiadł do samochodu i zadowolony wrócił na głębokie zaplecze, by dokończyć przerwaną partię brydża rozgrywaną z przewodniczącym sądu polowego. W jego mądrej głowie kołatała się jedynie myśl, iż wojna potrafi ludzkie życie zamienić w piekło.

W piekło życie cesarskich żołnierzy zostało zamienione w dniu 24 czerwca 1916 roku przez artylerię aliantów. Brytyjczycy bombardowali niemieckie okopy przez ponad tydzień. Mogę sobie jedynie wyobrazić tych ludzi, skulonych na dnie swoich ziemnych jam, leżących płasko we własnych odchodach, płaczących, modlących się, wyrywających włosy z głowy. Pewnie wielu zwariowało ze strachu i zaczęło w szaleńczym pędzie uciekać na tyły, ale do nich oficerowie strzelali bezlitośnie w celu zapobieżenia powszechnej panice i masowej ucieczce. Leżeli tak osiem długich dni i nocy, aż wreszcie nastała straszliwa cisza, którą przerwały niespodziewanie gwizdki angielskich dowódców, podrywających do ataku swoich żołnierzy. Tamci runęli przed siebie z bagnetami zatkniętymi na karabinach by zatopić ostrza w szwabskich trzewiach, jednak zostali odparci po śmiertelnym zwarciu wręcz, ponosząc duże straty. Później nastąpił kolejny atak, i kolejny, a po nim następny, lecz wszystkie były bezskuteczne. Morale upadło po obydwu stronach i dopiero mroźne, listopadowe noce zakończyły te ludzkie zapasy, sędziowane przez czarną śmierć. Ciekawe ilu z uczestników tamtych wydarzeń dotrwało do jesieni roku 1918?

Jesienią roku 1918 Europa była wykrwawiona. Nie było już niczego a na pewno chęci do dalszego wojowania. Zdegenerowani żołnierze dezerterowali z macierzystych jednostek i uciekali do domów wiedząc, że nikt ich nie będzie faktycznie szukał. Ci z terenów Królestwa Kongresowego, Wielkopolski czy Galicji nie rozumieli, dlaczego musieli wziąć udział w tej okrutnej rzezi. Byli zmęczeni, przeważnie przewlekle chorzy i wychudzeni. W mijanych wioskach zastawali tylko puste spichlerze, bo przecież od lat nikt nie siał zboża ani nie sadził kartofli. Ludność cywilna uciekła do lasu, uprowadzając ze sobą żywy inwentarz, aby uchronić go przed rabunkiem. Już na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, jak z owego wyczerpanego materiału ludzkiego, dowódcy byli w stanie stworzyć jednostki walczące później przeciwko zaborcom? Jak zorganizowano łączność na najniższych szczeblach dowodzenia, jak uzupełniano straty sanitarne i bezpowrotne, skąd brano konie pociągowe, amunicję, paliwo i inne zaopatrzenie? Zapewne przepastne archiwa są pełne meldunków dających odpowiedzi na te pytania, ale meldunki mają to do siebie, że są krótkie, rzeczowe i zawierają najczęściej rzędy nudnych liczb. Osobiście oceniam, że ci, którzy tego dokonali byli wręcz nadludźmi potrafiącymi uczynić rzeczy dla zwykłego śmiertelnika niedostępne, ale to właśnie o nich uczymy się dziś na lekcjach historii. Pamiętajmy jednak także o zwykłym szeregowcu, który skrawek polskiej niepodległości przyniósł w swoim plecaku być może znad Sommy, a którego jedynym marzeniem były wówczas suche buty.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 11 listopada 2018 r.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.