Utrzymać jasną barwę moczu

Maciej Świrski

Na Onecie w wiadomościach były czarno-białe zdjęcia ludzi w mundurach, w rogatywkach, automaty ukośnie przewieszone na szyi. Patrzyli w obiektyw, lub gdzieś poza niego, może na tych, którzy przyglądali się jak tamci pozują do tego ostatniego zdjęcia na tle sosen jak słupy, bez koron, obciętych krawędzią zdjęcia.

Pisałem szybko, tekst musiał być skończony do wieczora. Jak zwykle przerzucałem się na ekranie pomiędzy wordem a przeglądarką. Kliknąłem dalej. Inni ludzie, a może nawet ci sami, martwi, oparci o ścianę z desek, chyba stodoły. Porozpinane koszule, kurtki mundurowe, nagie stopy widoczne na pierwszym planie. Głowy u jednych pochylone na piersi, u innych oparte o ścianę w nienaturalnym wygięciu karku, z opadniętymi szczękami i czarnymi otworami ust. Na piersiach plamy i ślady po kulach, któryś miał obandażowaną rękę.

Siedzieliśmy w przychodni na twardej ławce, oparci o ścianę, wyślizgując plecami i tak już wyślizganą farbę. Starcy i trochę młodsi, ja wśród nich najmłodszy z ledwo pięćdziesiątką na karku. W tej kolejce jest jak w życiu – wymaga cierpliwości i tolerancji dla ludzi.

Starzec obok mnie, po prawej, był wysoki, musiał kiedyś być postawnym mężczyzną. Siwe włosy i wąs, z lekka wystające kości policzkowe i bruzdy w policzkach. Chudy i wysoki, ze śladami dawnej świetności. Gdy stanął nade mną i podniosłem wzrok znad klawiatury komputera zobaczyłem dłoń z długimi palcami, brązowe plamy od tytoniu, a może jakiejś choroby i palec wskazujący.

– Wolne?

– Tak, proszę – odsunąłem się trochę, żeby przybysz mógł usiąść.Wróciłem do komputera, a on mościł się na ławce. Był wyższy ode mnie nawet siedząc i sapał mi nad uchem. Ten człowiek był intrygujący – i nie dlatego, że był jakiś inny niż pozostali starcy w kolejce lecz dlatego, że budził we mnie jakieś dawno zapomniane odczucia.

– Ja ich znam!- usłyszałem obok. Starzec wskazał na zdjęcie – ja ich znam. Jeśli nie tych to innych. Tak ich sadzaliśmy do zdjęcia, żeby można było potem do rozpoznania okazywać.

– Tak?

– Tak. Ja od czterdziestego czwartego roku byłem w resorcie, to przecież od razu poznam.

Odsunąłem się od rozmówcy.

– I długo pan był?

– Do emerytury, panie, do emerytury. Miałem przejść w osiemdziesiątym pierwszym, ale była taka sytuacja, że jeszcze trzy lata pracowałem…

– To ile pan ma lat teraz?

– Dziewięćdziesiąt sześć, dziewięćdziesiąt sześć, anim się obejrzał.

– No wie pan, nie wygląda pan. Jak pan przyszedł, to myślałem, że najwyżej osiemdziesiątka…

– Osiemdziesiąt to mają te szczeniaki tam – rozmówca machnął w kierunku sąsiedniej ławki – oni przeszli na emeryturę w osiemdziesiątym dziewiątym…

Spojrzałem na resztę towarzystwa w kolejce. Rzeczywiście, było w nich coś wspólnego z tym obok. Pogwarzali sobie z cicha. To coś, co w nich było, dopiero po chwili zdałem sprawę, to było zadowolenie z życia, byli życia syci. Trochę przypominali tych emerytów z francuskich parków, wygrzewających się na słońcu i karmiących gołębie. Tylko, że tu nie było parku ale przychodnia urologiczna.

– To panowie wszyscy tak?

– Ano, nasz lekarz z Komarowa się tu przeniósł. Pan do tego gabinetu, 245?

Odetchnąłem. Mój lekarz nie był z Komarowa. Przyjmował w sąsiednim gabinecie. Białe drzwi z tabliczką 246.

– Nie, ja do sąsiedniego. To taki dobry ten lekarz?

– No masz, panie, dobry. To bratanek pułkownika H. Dobra rodzina to i lekarz dobry.

– A wtedy? – wskazałem na ekran. Mimo obrzydzenia trzeba to było kontynuować – jak ich ustawialiście do tego zdjęcia, to przeszukiwaliście ich?

– No, obowiązkowo. Różne rzeczy się znajdowało.

– Jakie?

– Ano różne. Potem były dowody, można było po tym trafić do następnych, całą siatkę zdjąć. No i trochę tych religijnych mieli…

– Ryngrafy?

– A tak, takie tabliczki mieli. Ale to przeważnie… – zawahał się – Ja to, panie, stary jestem, więc już nic mi nikt nie zrobi jak powiem…

– Niech pan mówi!

– No więc jak było coś wartościowego, to szło do depozytu.

– A potem?

– A to różnie… Czasem się to kupowało, jakiś pierścionek albo coś…

– A przesłuchiwał pan?

– Oczywiście. Na początku strzelałem ich w batalionie operacyjnym, a potem byłem śledczym, najpierw w Makowie, a potem w Białymstoku…

– A potem w Warszawie?

– Do Warszawy ja przyszedłem po pięćdziesiątym szóstym.

– I pracował pan na Koszykowej?

– Na Koszykowej to bywałem jak Ministerstwo było tam jeszcze, jakaś delegacja albo co. A potem na Rakowieckiej.

– A te przesłuchania… – spojrzałem na niego wprost, chcąc sprawdzić, jak reaguje na moje pytania. Do tej pory patrzałem na ekran laptopa, siedząc obok tego człowieka i wpatrując się w zdjęcie – a te przesłuchania to jak wyglądały?

Spojrzał na mnie, ale nie było w tym spojrzeniu ani obawy ani wrogości, ani nawet zainteresowania. Patrzył w przeszłość i w swoją młodość.

– Normalnie, zgodnie z przepisami….

– Biliście?

– Jak trzeba było….

– A czym? Ręką, pięściami?

– Ja to panie tego nie lubiłem. Najprościej było takiemu zdjąć buty i po piętach. Bicia w pięty nikt nie wytrzyma. Zawsze się to sprawdzało.

– A paznokcie zrywaliście?

– Nie, ja nie. Kto panu o tym powiedział?

– No, przeczytać można….

– E tam przeczytać, brednie wypisują. To była wojna!

– Wojna? Przecież już było po wojnie…

– Jak to, strzelali do nas…

– I wy też!

Milczał. Ale to było zastanowienie się.

– Ja panu powiem tak: to była wojna i jak trzeba było to i paznokcie zrywałem.

– I jak pan z tym żyje?

– Normalnie. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nic.

– Sumienie pana nie gryzie?

– Jakie sumienie? Panie, jakie sumienie, to był rozkaz! Jak jest rozkaz to nie ma czegoś takiego jak sumienie!

– No, to wszyscy tak mówią… że rozkaz…

– No, bo tak było!

Pochylił się w moją stronę. Czułem lawendę. Pachniał lawendą i starością.

– Ja widzę, że pan dociekliwy jesteś. To ja panu powiem tak: ich trzeba było – wskazał na ekran – do piachu. Bo oni stali na przeszkodzie. A jak wygraliśmy, to zwycięzców się nie sądzi. I coś jeszcze panu powiem: ja stary jestem. I to są stare sprawy. Ja chory jestem teraz, ale nie bardzo chory, trochę, I ja jeszcze chcę trochę pożyć i nic innego mnie nie obchodzi. Moje kamienie w nerkach mnie obchodzą. A wie pan z czego kamienie się robią? Z ciemnego moczu, proszę pana, z ciemnego moczu. Trzeba dużo pić, żeby mocz nie gęstniał. I to mnie teraz obchodzi. A tamto – to my wygraliśmy, i tak już zostanie. Wygraliśmy, słyszy pan? A mnie teraz obchodzi żeby utrzymać jasną barwę moczu, proszę pana, to mnie obchodzi, żeby mocz był jasny.

Złożyłem ekran laptopa. Otwierały się drzwi od gabinetu mojego lekarza. Moja kolej.

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.