Wojenne losy rodziny Murawskich – część trzecia

Rozłąka z rodzicami – marzec 1944 r.

 Nasze życie w obozie zaczęło się stopniowo normalizować, w tym sensie, że jakoś zaadaptowaliśmy się, nauczyliśmy się w tych trudnych obozowych warunkach egzystować, radzić sobie. Tymczasem niespodziewanie spadł na nas największy wojenny cios, jaki można sobie wyobrazić, na który w ogóle nie byliśmy przygotowani. Zaskoczył nas i naszych rodziców całkowicie. Zmieniła się diametralnie nasza obozowa egzystencja. Cały dotychczasowy porządek został wywrócony i zburzony.

Przyczyną były obozowe piosenki. Otóż w obozie młodzież układała piosenki obozowe, które jeden od drugiego sobie odpisywał; powstawały zeszyty z tymi piosenkami, które śpiewano przy różnych okazjach, zwłaszcza przy spotkaniach towarzyskich. Był to jakiś objaw młodzieżowego patriotyzmu. Podtrzymywaliśmy siebie w ten sposób na duchu, nie chcieliśmy dać się złamać.

Najpierw krótka relacja ojca:

Przy rewizji w marcu 1944 r. ujawnili SS  polskie pieśni obozowe u mojej córki. Nastąpiły długie i przykre dochodzenia i przesłuchania, odosobnienie mnie z żoną od dzieci w bunkrze (znajdował się w podziemiach zamku Potulickich) i następnie 28 marca przewiezienie pod ochroną do więzienia w Gestapo w Bydgoszczy, słynnego ze strasznych moczarń. Przechodziliśmy tu straszną szkołę niemieckiego barbarzyństwa i katowania. Decyzją gestapo wywieziono na początku maja 1944 r. żonę moją do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, a mnie do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Dzieci pozostały na pastwę losu w Potulicach.

Bardziej szczegółowo opisują tę dramatyczną sytuację Ola i Maryla.

Świadectwo Oli:

Młodzież pisze lagrowe piosenki, które potem śpiewa się w obozie. Ja z moją siostrą Felą też je odpisujemy do zeszytów. Fela piosenki numeruje. Tatuś uprzedzony przez kapo Stencla, że będzie sprawdzanie baraków, czy ktoś nie posiada piosenek, każe nam zniszczyć przepisane piosenki i wrzucić do muszli klozetowej. Ja swoje zniszczyłam, moja siostra tego nie zrobiła. Pożyczyła zeszyt koleżance z pracy. Pracowały przy szyciu kożuchów dla żołnierzy niemieckich na froncie. Koleżanka zostawiła zeszyt na pryczy. Znalazła go p. Labuda – Niemka. Była w obozie z 12-letnią córką i mężem Polakiem. Pochodziła z Nowego Portu, często nas odwiedzała. Usiłowała zaprzyjaźnić się z naszą mamą. Zaniosła ten zeszyt do władz obozowych. Ci spisali numery i tytuły piosenek, i zeszyt wrócił do koleżanki, a p. Labuda została z obozu zwolniona. Gdy zeszyt wrócił de Feli, kapo przyszedł po rodziców na przesłuchanie. Poinformowano rodziców o piosenkach, jednak na noc wrócili do baraku. Mama wyrwała kartki z zeszytu z niektórymi piosenkami, nie bacząc na numery. Na drugi dzień kapo przyszedł ponownie po rodziców z nakazem zabrania zeszytu. Mama w trakcie przesłuchań zabroniła tatusiowi odzywać się – wszystko wzięła na siebie – została za to spoliczkowana. Wieczorem przyszedł nas powiadomić kapo Stencel (główny kapo obozowy), że rodzice nie wrócą. Zamknęli ich w ciemnym bunkrze (w zamku Potulickich). Był to ludzki człowiek. Jeśli coś wiedział, informował nas, czym też się narażał.

Tatusiowi jako nauczycielowi zarzucili, że to on był autorem tych piosenek lagrowych oraz, że brał udział w krwawej niedzieli w Bydgoszczy. Jedno i drugie nie było prawdą. Moich braci Zenona i Romana natychmiast zwolniono z pracy jako gońców. Przerzucili ich do pracy fizycznej do stolarni na terenie obozu. Po zamknięciu rodziców na wszystkie baraki trafiły obwieszczenia szkalujące naszych rodziców i rodzinę. Były one publicznie, na korytarzu, przez blokowego kapo, wobec zgromadzonych wszystkich mieszkańców baraku odczytane. Nas też wyciągnięto i zmuszono do wysłuchania tego obwieszczenia. Informowano w nim o „przestępczej” działalności naszej rodziny z zaleceniem, aby wszyscy zdystansowali się od nas, nie podając nam nawet ręki. Po jego odczytaniu, rozmieszczone to obwieszczenie w gablotach we wszystkich barakach, aby każdy mógł mieć do nich dostęp i sam przeczytać.

Świadectwo Marylki:

Pamiętam, jak przychodziła do mamy p. Labuda pod pozorem pomagania przy dzieciach, czy tez na pogawędki, a potem zadenuncjowała rodziców z powodu zeszytu z zakazanymi piosenkami. Gdy gestapo zabierało rodziców, leżałam u góry na łóżku i widziałam jak tatuś był tak roztrzęsiony, że ubierając kalesony nie mógł trafić do nogawki. Wtedy wiedziałam, że dzieje się coś strasznego. Rzeczywiście rodziców już nie zobaczyliśmy, a potem zabrano nas na plac zebrań i tam zgromadzili obozowiczów, aby nas napiętnować jako dzieci politycznych przestępców.

Dalszy ciąg wspomnień Oli:

Po zabraniu rodziców, przez jakiś czas nie wiedzieliśmy, co się z nimi dzieje. Po kilku dniach wpadł do nas Lutek Cendrowski, który był gońcem, i powiedział nam, że rodziców wywożą pod zbrojną obstawą ciężarówką. Mama zauważyła go przechodzącego i zawołała głośno: „Lutek, powiedz dzieciom, że nas wywożą, ale nie wiemy dokąd”. Byliśmy pewni, że wieźli ich na rozstrzelanie do lasów potulickich.

Wydarzenie to wywarło także wpływ na dalsze nasze życie w obozie. Wywalono natychmiast mnie i Zenona z pracy jako gońców. Znaleźliśmy zatrudnienie w warsztatach stolarskich na terenie obozu, w czym skutecznie pomógł nam główny kapo obozowy, p. Stencel. Ponieważ zostaliśmy bez rodziców, nie mogliśmy dalej mieszkać w dotychczasowym baraku (nr 8), z małymi izbami. Zostaliśmy przeniesieni do baraków, tzw. Kinderbarake, gdzie przebywały dzieci pozbawione rodziców. Były to duże izby, mieszczące kilkadziesiąt i więcej osób.

Ola:

Przeniesiono nas do ochronki, do baraku nr 14, gdzie były bardzo duże pokoje i dużo dzieci w różnym wieku. Były też dwie panie – opiekunki, które bardzo serdecznie nami się zaopiekowały (p. Bruska – starsza i p. Wilczyńska). Wszystkie dzieci obozowe były codziennie wyprowadzane do lasu, aby nie pętały się po terenie obozowym. Żadne dziecko nie mogło zostać w baraku. Kapo sprawdzał ilościowo i szukał po pokojach. Opiekunki czasem chowały mnie, gdy musiałam zostać, żeby coś przeprać czy pocerować młodszemu rodzeństwu. One mi w tym pomagały. Bardzo ciepło je wspominam. To one nauczyły dzieci od 3-ch lat pacierza i wszystkich zwrotek niektórych pieśni kościelnych.

Gdy przeniesiono nas do baraku nr 14, Roman i Zenon musieli podjąć pracę w stolarni. Roman czasami przynosił nam marchewkę lub upieczonego ziemniaka. Warsztaty stolarskie mieściły się obok kuchni, gdzie przywożono warzywa i ziemniaki. Czasami coś spadło na ziemię (tak przypuszczam), a potem musiał dobrze ukryć, by przynieść do nas. Zdarzało się, gdy zupa z obiadu była przeze mnie chowana dla niego i Zenona, aby nie ostygła, rezygnował z niej na rzecz Zenona, który ciągle był głodny (nie przypominam sobie tych sytuacji). Zastanawiałam się, jak potrafił zrezygnować z zupy, wiedząc, że na kolację będą tylko dwie kromki chleba.

Maryla:

Potem przenieśli nas do Kinderbarake, to było duże pomieszczenie z piętrowymi łóżkami, gdzie też było więcej dzieci bez rodziców. Tam spałam z Zenkiem na piętrze. Pamiętam panią w okularach, która nami się opiekowała. Wtedy Ola była najwięcej z nami. Wieczorem wszyscy odmawialiśmy wspólnie modlitwę. W baraku nie wolno było wieczorem przebywać na korytarzu, a my dzieci lubiliśmy tam się bawić i kiedyś kapo wpadli z obu stron, ja nie zdążyłam uciec do pokoju, zresztą blokowali drzwi do pokojów, no i kapo zbił mnie.

Moje dopowiedzenie:

Były to dla nas bardzo trudne chwile. Chyba najbardziej dramatyczne w całym wojennym okresie. Nie umiem sobie dzisiaj wytłumaczyć, jak daliśmy sobie wtedy radę. Pragnę jeszcze raz przypomnieć, było nas siedmioro dzieci, w wieku od 3 do 16 lat: Leoś – lat 3, Marylka – lat 6, Andrzej – lat 8, Ola – lat 11,5, Zenon – lat 12,5, Roman – lat 14, Fela – lat 15,5. Jeszcze trudniejsze momenty musieli przeżywać rodzice. Zostali zabrani od dzieci, które pozostały same w obozie. Sami też byli niepewni o ich własny, dalszy los. Zostaliśmy całemu obozowi przedstawieni jako nieprzejednani wrogowie Rzeszy, których spotkała zasłużona kara. W owym obwieszczeniu, zredagowanym w języku niemieckim i polskim, odczytanym najpierw na apelach w barakach, a potem wystawionym publicznie we wszystkich obozowych gablotach, przestrzegano więźniów przed podjęciem podobnych wrogich działań.

W obwieszczeniu tym, w którym nasza rodzina została tak ostro potępiona, podkreślono również, że nie wolno nam, dzieciom owych politycznych przestępców, udzielać żadnej pomocy. Tymczasem reakcja obozowiczów była wprost odwrotna. W ciągu jednego dnia staliśmy się znani w całym obozie. Wszyscy nam bardzo współczuli i okazywali na każdym kroku niezbędną pomoc. Doświadczaliśmy ze strony różnych ludzi wiele serdeczności i ciepła. Wiele troski i zainteresowania naszą sytuacją okazał nam główny kapo obozowy, p. Stencel. Dużo nam pomógł i przez cały czas pobytu w obozie interesował się naszym losem. To właśnie dzięki niemu Zenek i ja zostaliśmy zatrudnieni w warsztatach stolarskich na terenie obozu, co nie było sprawą wcale taką prostą. Uniknęliśmy w ten sposób ciężkiej fizycznej pracy, np. przy kopaniu ziemi, do której wysyłano nowo przybyłych więźniów.

Były to dla nas bardzo ponure i ciemne dni, wypełnione strachem. Władze obozowe celowo nadały temu wydarzeniu taki charakter. Nieraz potem zastanawiałem się, dlaczego? Przecież był to drobny, banalny epizod, nie zasługujący na taką dramatyczną scenerię. Sądzę, że chodziło o wywołanie strachu wśród więźniów. W różnych obozach dochodziło nieraz do jakiegoś buntu, do zawiązywania się ruchu oporu itp. Wieści o tym zapewne dochodziły do władz obozowych. Żeby więc zapobiec powstawaniu takich sytuacji na terenie potulickiego obozu, wykorzystano to nasze wydarzenie z piosenkami. Nie można jednak wykluczyć również i tego, że rzeczywiście okupanci mogli dopatrzeć się w tym wydarzeniu jakiegoś zarodku buntu, oporu przeciw władzom okupacyjnym. Usiłowali go znieść w zarodku, stosując bardzo surowe represje wobec winnych.

Po ujawnieniu się tej całej sprawy z piosenkami, przeszukano, jak wspomniała Ola, najpierw bardzo dokładnie izbę, w której mieszkaliśmy. Po zabraniu rodziców, przeprowadzono w nocy gruntowną rewizję we wszystkich barakach obozu. Otoczone zostały przez SS-manów z psami, a inni wewnątrz przetrząsali po kolei wszystkie izby. Był to przerażający widok. Oczywiście, niczego nie znaleźli. Ale strach pozostał. Następnie zostały jako ostrzeżenie odczytane i wywieszone w gablotach owe obwieszczenia. Szkoda, że nie udało nam się takiego egzemplarza zdobyć. Być może, że gdzieś w archiwum, w Bydgoszczy, gdzie przechowywane są dokumenty z obozu w Potulicach, taki się zachował. Może kiedyś ktoś go znajdzie i opublikuje.

Jak wyglądało nasze życie w obozie po tym wydarzeniu?

Byliśmy sami, bez rodziców. Przenieść musieliśmy się do baraku z dużymi izbami, gdzie były same tylko dzieci. Opiekowały się nami dwie panie, bardzo czułe i wrażliwe na los dzieci. Nas otoczyły szczególną troską, tym bardziej, że było nas aż siedmioro. Starsze rodzeństwo: Fela, Roman i Zenon – chodziło do pracy. Młodszym rodzeństwem – Leosiem, Marylką i Andrzejem opiekowała się Ola. Zastępowała im matkę. Sama miała zaledwie skończonych 11 lat, a musiała przyjąć na siebie tak ważne i odpowiedzialne obowiązki. Sprawdziła się w tej roli znakomicie! Dbała o nich, troszczyła jak najczulsza matka. Bardzo się do niej przywiązali, zwłaszcza najmłodszy Leoś. Jeszcze dziś, gdy myślami wracam do tamtych czasów, zastanawia mnie, jak wielką dojrzałością wówczas wykazała się.

Zenon i ja znaleźliśmy zatrudnienie, dzięki pomocy dobrych ludzi, w warsztatach stolarskich, które znajdowały się na terenie obozu, położone blisko kuchni obozowej, niezbyt oddalone od baraków mieszkalnych. Zenek został przydzielony do pomocy jakiegoś mistrza stolarskiego, o ile się nie mylę, nazywał się Wencel, ja dostałem samodzielny warsztat. Zacząłem uczyć się stolarskiego rzemiosła. Pracowało nas w tych warsztatach kilkadziesiąt osób, w połowie byli do młodzi chłopcy, niewiele starsi ode mnie. Warsztaty stolarskie zajmowały dwa baraki, w jednym – były maszyny do obróbki drewna. Praca nie była zbyt ciężka, pod dachem, w ciepłym pomieszczeniu (cały czas w środku palił się duży piec do podgrzewania stolarskiego kleju), czasem wychodziliśmy do prac budowlanych poza teren obozu. Nadzór z ramienia władz obozu sprawował jeden wachman, inwalida wojenny, kulejący na jedną nogę, nazywany przez nas „kuternogą”. Był zawodowym stolarzem, miał w środku swoje biuro, oszklone, przez które mógł widzieć, co dzieje się na terenie warsztatu. On nam zlecał prace i czuwał nad ich wykonaniem. W porównaniu do innych wachmanów był raczej człowiekiem dobrym, na wiele spraw, które działy się na terenie warsztatów, przymykał oczy, udawał, że nie widzi. A działo się tam nieraz wiele rzeczy, które były zabronione i mogły być karane. Przede wszystkim kwitła tam prywatna twórczość stolarska. Były to najczęściej jakieś drobne przedmioty codziennego użytku, które w razie kontroli łatwo było ukryć, jak wspomniane wyżej przez Olę klapki. Robiliśmy też piękne, fornirowane kasety, krzyżyki, jakieś inne pamiątkowe drobiazgi, a nawet walizki. Produkcja tych ostatnich była dość ryzykowana, bowiem były zbyt duże, żeby je ukryć. Sam kilka takich zmajstrowałem. Ogólnie, nasza praca związana była najczęściej z jakąś seryjną produkcją, np. stołów, okien, drzwi, do których robiliśmy poszczególne elementy. Były to więc rzeczy dosyć łatwe do wykonania, nie wymagały jakichś specjalnych umiejętności stolarskich. Przedmioty bardziej skomplikowane, szafy, biurka itp. zlecano już zawodowym stolarzom. Pośród nich kilku było naprawdę wspaniałych mistrzów, między innymi ten stolarz, któremu jako ucznia i pomocnika przedzielono Zenona.

Obozowa stolarnia, ze względu na jej bliskie sąsiedztwo z kuchnią obozową, stwarzała możliwości zdobycia jakiegoś dodatkowego pożywienia. Obok kuchni znajdowały się magazyny z ziemniakami i innymi rolnymi produktami. Te produkty, głównie ziemniaki, trzeba było przenieść do kuchni. Robiły to kobiety obierające ziemniaki. Przenosiły je w koszach. Z okien stolarni to było widać. Urządzaliśmy wypady. Kobiety przenoszące ziemniaki udawały, że się przed nami bronią, ale umożliwiały nam tę „obozową grabież”. A wyglądało to tak: w kieszeniach spodni robiliśmy dziury, nogawki przy samych stopach zawiązywaliśmy sznurkiem, wypadaliśmy znienacka ze stolarni, zgarnialiśmy z koszów czubek ziemniaków, zbieraliśmy je i wrzucaliśmy do spodni, po czym szybko wpadaliśmy do stolarni. Tam w piecach odbywało się ich pieczenie. Nawijaliśmy ziemniaki na drut i wrzucaliśmy do pieca (był to duży piec, palenisko znajdowało się w środku, boki nie były objęte ogniem, więc tam je umieszczaliśmy, poza tym były tam dobrze ukryte). Czasem zapach rozchodził się po całej stolarni. „Kuternoga” nie reagował, chociaż wiedział, co się dzieje, bo nie można było tego procederu całkowicie ukryć. Upieczonymi ziemniakami dzieliliśmy się z kolegami i zanosiliśmy też do baraku dla innych z rodzeństwa. Niebezpieczną przygodę przeżył Zenek. Podczas jednego z takich wypadów został zauważony przez kapo, ale nie naszego kapo ze stolarni, tylko innego – od nadzoru owych kobiet, które zajmowały się przenoszeniem i obieraniem ziemniaków. Biegł za nim, chciał go schwytać. Zenek uciekł do stolarni, przebiegł przez cały warsztat, wpadł do toalety, wyskoczył przez otwarte okno, i znikł z oczu kapo, zanim ten się zorientował. Pogratulowaliśmy potem Zenonowi jego wspaniałego wyczynu.

Osobiście mogę też pochwalić się jednym niebywałym, jak na warunki obozowe, wyczynem. Udało mi się przemycić do obozu na święta Bożego Narodzenia małą choinkę. Była to wówczas chyba jedyna choinka w obozie. Wykonywaliśmy jako stolarze jakąś pracę na budowli poza obozem. W pobliżu był mały zagajnik, gdzie rosły małe choinki. W pewnym momencie oderwałem się od grupy, podbiegłem do owego zagajnika i wyciąłem małą choineczkę. W drodze do obozu wziąłem ją pod pachę, a gdy przechodziliśmy przez bramę obozową, ustawiłem się w środku kolumny i tak w sposób niezauważony przeniosłem ją do obozu. Chociaż święta Bożego Narodzenia były smutne i brakowało wielu innych rzeczy, także opłatka, mieliśmy w naszej izbie przynajmniej choinkę.

Gdy chodzi o rodziców, to o ich dalszych losach dowiedzieliśmy się później od nich samych. Nie chcieli o tym opowiadać, zwłaszcza o pobycie w Gestapo. Sam wielokrotnie ojca prosiłem, aby coś napisał. Były to dla nich zbyt dramatyczne i traumatyczne przeżycia. Szczątki ich wypowiedzi zebrała i przedstawia Ola:

Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się (nie pamiętam skąd), że rodzice są w Gestapo w Bydgoszczy. Przebywali tam osobno przez 7 tygodni. Po wojnie tatuś opowiadał, że był to najbardziej dramatyczny okres w ich życiu. Gdyby tam przetrzymywano ich o jeden tydzień dłużej, nie przeżyliby tej katorgi. Tatuś powiedział również, że Stutthof w stosunku do gestapo był niebem. Przebywali tam od końca marca 1944 r. do 8.05.1944 r., skąd potem wywieziono ich – tatusia do Stutthofu, a mamę do obozu koncentracyjnego w Niemczech w Ravensbrück. Tam przebywali do końca wojny. Mama po wojnie opowiadała, że gdy wieziono ją pociągiem do Ravensbrück, naprzeciwko mamy siedział bardzo pobity mężczyzna. Przyglądając się uważnie, poznała, iż jest to ksiądz Kasprzyk, który w okresie przedwojennym był w Rumi (salezjanin; był dyrektorem nowo powstałego zakładu salezjańskiego w Rumi). W momencie, gdy strażnicy się oddalili, mama usiłowała od ks. Kasprzyka dowiedzieć się czegoś. Powiedział tylko, że cierpi i jest tak pobity, że koszula wrasta mu się w rany.

Informacje pochodzące z innych luźnych notatek dotyczące pobytu rodziców w obozach koncentracyjnych w Ravensbrück i Stutthofie:

Dotyczące Mamy:

Pobyt w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück kolo Fürstenberg od 8 maja 1944 r., numer obozowy: 38.573, blok 26. Wywieziona do pracy od lipca 1944 r. do listopada 1944 r. do Wattenstedt, kolo Braunschweigu, w fabryce amunicji „Göring-Werke”. Przebywała potem w Ravensbrück do 3 maja 1945 roku, do ewakuacji obozu.

Dotyczące Ojca:

Pobyt w Stutthofie od 8 maja, do ewakuacji obozu 23 stycznia 1945 roku, do tzw. marszu śmierci. Numer obozowy: 34.440, do lipca blok nr 3, potem – nr 9. Pracował w koloniach robotniczych, najpierw w siodlarstwie, a następnie w budownictwie obozu.

Po kilku miesiącach dostaliśmy od rodziców, tak od ojca, jak i matki, kartki pocztowe, z których mogliśmy dowiedzieć się: po pierwsze, że żyją i po drugie – gdzie się znajdują. Z naszej strony też zostały wysłane do nich kartki (można było tylko jedną kartkę wysłać miesięcznie). Kilka zachowało się, które Ola przechowuje jako najcenniejsze pamiątki.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.