Wspomnienie o Ojcu

Zachęcamy do lektury tekstu, który został opublikowany na naszej stronie, jako komentarz, przez pana Lecha Galickiego:

Mój ojciec: Władysław Galicki, więzień numer 123184 (KL Auschwitz), przeniesiony do KL Mauthausen – Gusen (numer więźnia 112049). Wzmianka na karcie osobowej: powód – na szkodę Rzeszy czynny.

Tylko ten pierwszy numer wytatuowano mojemu tacie na przedramieniu. Po wojnie chorował. Obozowa trauma spowodowała, iż postanowił nie zakładać rodziny. Poznał jednak moją mamę, Stanisławę i w sile wieku został ojcem. Moim tatkiem. O wojnie mówił bardzo rzadko. Pracował, czytał książki, spacerował… Takim pamiętam go z dzieciństwa.

Gdy byłem studentem, a może później, ojciec opowiedział mi nieco o obozowym czasie. Nie mówił dużo. Był półmrok, pamiętam, siedzieliśmy przy stole w pokoju domu rodzinnego przy ulicy Moniuszki 4 na Jasnych Błoniach w Szczecinie. Tu odbierała mnie akuszerka, gdy przyszedłem na ten świat.

Zbliżała się Armia Sowiecka. Niemcy zdecydowali o przewiezieniu wielu więźniów do obozu koncentracyjnego w Austrii. Tam były zakłady zbrojeniowe, kamieniołomy, dużo pracy ponad ludzkie siły i jeszcze więcej śmierci. Pod koniec 1944 roku przyjechały auta, którymi wywieziono między innymi mnie do Brzezinki – Birkenau. Kazano nam wejść do łaźni, pełniącej jednocześnie rolę komory gazowej, zdjąć pasiaki i poddać się dezynfekcji. Nie zagazowano nas, lecz wykąpano! Z jednej strony Niemcy starali się tam truć jak najwięcej ludzi, a z drugiej – zabiegano o ich czystość. Gdy szedłem w grupie więźniów do łaźni, zobaczył mnie mój znajomy i nieco później przekazał mojej rodzinie wiadomość, że nie żyję. Skąd mógł wiedzieć, że akurat wtedy nie wykorzystano puszek z cyklonem B? W domu dano za mnie na Mszę świętą. Pociągiem, w cywilnych ubraniach, dotarliśmy do obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Po kwarantannie, w samej tylko bieliźnie, pognano nas do oddziału obozu w Gusen. Z dnia na dzień było tam gorzej. Coraz większy głód, wszystko zapchlone, zawszawione… Poza tym bito nas, szczuto psami, i nie zliczę ile osób na moich oczach utopiono w beczkach ustawionych w łaźni lub zrzucono ze skał w przepaść.

5 maja 1945 roku o godzinie 17.00 amerykański czołg z białą gwiazdą na pancerzu przewrócił płot i obozową bramę.

Byłem bardzo głodny i słaby. Ważyłem 45 kilogramów. Pobiegłem do budynku, w którym jeszcze przed chwilą mieszkali esesmani, zobaczyłem tam dużo kostek margaryny i chwyciłem pierwszą z brzegu. Nagle wbiegł tłum wygłodzonych jak ja więźniów, rzucił się w kierunku margaryny i przewrócił mnie na ziemię. Podniosłem rękę do góry z nadzieją, że ktoś mnie podniesie, pomoże mi wstać. Po chwili nie trzymałem już margaryny. Podobnie było w kuchni. Tam tłum oszalałych z głodu ludzi zepchnął mnie do olbrzymiej kadzi z twarogiem. Prawie utopiłem się w jedzeniu. W dniu wyzwolenia. Później, już pierwszego dnia wolności, wielu ludzi zmarło na biegunkę, czerwonkę, gdyż dla ich żołądków kęs chleba, to było zbyt dużo. Amerykanie przyprowadzili zbiegłych esesmanów, także wielkiego sadystę – komendanta obozu. Przesłuchiwano go, a więźniowie słuchali płynących z głośników zeznań. Komendant mówił, że tydzień przed wejściem Amerykanów otrzymał rozkaz sprowadzenia wszystkich więźniów do sztolni i wysadzenia ich w powietrze. Zrobiłby to, jednak uległ prośbie swojej żony o trzy dni zwłoki. Potem już nie zdążył wykonać rozkazu. (Wcześniej, przed wyzwoleniem, komendant obozu w dniu urodzin swojego syna pozwalał mu strzelać z karabinu do pracujących więźniów i zabijać ich w ograniczonej do kilkunastu, a może nieco więcej osób, ilości).

Tylko tyle słów.

Skończyło się wyrwane z Czasu Apokalipsy opowiadanie mojego ojca. Tyle rzeczy już nie ma. Tato odszedł z tego świata. Wszystko się zmienia. Historię – nieprawdę dla nowych pokoleń często tworzą na użytek bieżącej polityki czarni magowie. Tak się dzieje tu i teraz. Jak walcem chcą zniszczyć wszystkich, którzy są przeciw nim. Jak zatrzymać to, co najważniejsze? Jak oddzielić plewy kłamstwa od ziaren prawdy? Prawdy o wczoraj. Prawdy o dzisiaj. A trzeba to zrobić, bo jakie będzie jutro?

Lech Galicki

komentarze 2

  1. Podziekowanie dla pana Galickiego za dzielenie sie wspomnieniami ojca.
    Moj tata wspominal czasy wojny rzadko. Byl jednym z nielicznych, ktorym udalo sie uciec z tracsportu na Sybir po wyrwaniu desek w podlodze wagonu. Byla ich mala grupka. Przedzierali przez wiele dni i nocy , zima, o glodzie , za zachod do Polski.W Armii Krajowej mial pseudonim ‚Szum”. Tata nie zyje od 1986 roku, nie doczekal obalenia komunizmu.

    1. Pani
      Barbara Niesiulowski

      Droga Pani,
      bardzo serdecznie dziękuję za piękny, bardzo poruszający list na łamach Reduty Online. Tak, pamiętam. Tak, wspominam w prozie i w poezji. To jest nieuniknione, bo z kochania Rodziców i Polski się wywodzi. Pani krótka, a niezwykle ważna informacja, to skarb. Czytałem z zapartym tchem. Pozdrawiam Panią niezwykle serdecznie. Proponuję wymienienie adresów ( elektronicznych lub konwencjonalnych). LG

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.