Wyprawa trzemeszeńska

Fotografia wielkopolskich weteranów roku 1863 wykonana w Poznaniu w 50 rocznicę powstania, 22 I 1913, należąca zapewne do Kazimierza Gierlińskiego, powstańca z Kórnika (trzeci od prawej w drugim rzędzie od dołu), przechowywana przez kolejne pokolenia rodzin Gierlińskich, Pohlów i Nogajewskich. Dziękuję pani Elżbiecie Nogajewskiej z domu Pohl za umożliwienie zreprodukowania tej cennej pamiątki. Repr. Mikołaj Potocki

– – – – – – – – – – – – –

Jacek Kowalski

 – ku pamięci Romana Kencera i jego towarzyszów

Wielkopolanie na drodze ku Niepodległej

Powiada się, że Wielkopolanie nie robili powstań, bo wybierali pracę organiczną; albo, że nie brali broni do ręki, dopóki nie widzieli szansy na sukces; i że dopiero kiedy szansa przyszła, zrobili powstanie wielkopolskie – i wygrali.

Fałsz.

Wielkopolanie brali masowy udział we wszelkich beznadziejnych powstaniach, niemających szansy na sukces, albo przynajmniej takowe współorganizowali. A prym wiedli w tym procederze właśnie wielkopolscy „organicznicy”. Dlatego też zgoda tylko co do jednego: że powstania (bądź udział w takowych) organizowali Wielkopolanie porządniej i częściej niż inni, począwszy od konfederacji barskiej, przez lata 1794, 1806, 1830, 1846, 1848, 1863 – aż po rok 1918.

Lekcja Homera

W roku 1863 funkcjonowały w zaborze pruskim jedynie trzy gimnazja katolickie uważane za „polskie” – z dominującą, rodzimą kadrą profesorską i takimiż uczniami: w Poznaniu (św. Marii Magdaleny), Ostrowie i Trzemesznie. We wszystkich tych szkołach działały tajne młodzieżowe organizacje.

XVIII-wieczny budynek Gimnazjum, w którym znajdowała się stancja Władysława Chotkowskiego i skład broni powstańczej

W tydzień po wybuchu powstania styczniowego „przyszedł rozkaz od komitetu narodowego z Gniezna”, żeby w Trzemesznie „stu gimnazyastów było gotowych do wymarszu” (zaznaczmy, że Trzemeszno leżało wówczas nieopodal granicy zaboru rosyjskiego). Na czele gimnazjalnej konspiracji stanęli dwaj starsi uczniowie: Aleksy Szałkowski (ten miał wkrótce zginąć) i Władysław Chotkowski (w późniejszych latach ksiądz, zasłużony historyk Kościoła, profesor i rektor UJ, którego wspomnienia cytuję powyżej i poniżej). Rozważni młodzieńcy zakwalifikowali do oddziału tylko 60 kolegów, wykluczając najmłodszych, i to wbrew niektórym profesorom (!), zgorszonym, że „nie wszyscy pójdą”. Z trudem zgromadzili nieco broni i elementy umundurowania, które skutecznie ukryli przed pruskimi władzami. Wymarsz wyznaczono na sobotę 28 lutego po południu.

Rano starsze klasy miały jeszcze lekcję greki. Chotkowski wspomina:

Czytaliśmy V książkę Iliady i właśnie na tę sobotę przypadał ustęp, w którym Diomed tak srodze walczy, że nawet zranił Minerwę, a klnie, aż liście z drzewa się sypią. Niezmiernie mi te bohaterskie czyny przemawiały do serca, a przede wszystkiem postanawiałem sobie nie szczędzić Moskalom takich homerycznych wyzwisk, skoro ich tylko zobaczę, a przecie już po południu wybierałem się w drogę.

Niektórzy zostawili pożegnalne listy. Roman Kencer pisał:

Kochani Rodzice!

Miłość Ojczyzny przemogła w mem sercu miłość rodziców, i dla tego pomimo wszelkich Twych przestróg, najdroższy Ojcze, udaję się w podróż do braci naszych w Królestwie, abym i ja dołożył się mą prawicą i dopomógł im ku wyswobodzeniu się z pod jarzma moskiewskiego. Przepraszam Cię stokroć, drogi Ojcze, żem to bez Twego pozwolenia uczynił i zaklinam Cię i proszę na Boga, daruj mi to, i udziel mi Twoje Ojcowskie błogosławieństwo. […]

Dwa dni i dwie noce

Po południu, zmyliwszy czyhające na nich wojsko pruskie, przeszli granicę. Późną nocą, po kilku milach wyczerpującego marszu, dotarli do „partii” płk. Kazimierza Mielęckiego w lasach Kazimierskich pod Koninem.

Zdrożeni, pokładli się spać, ale wnet obudził ich alarm. Nadchodzili Rosjanie. Niesnaski w dowództwie rozdwoiły oddział właśnie wtedy, kiedy miała się zacząć bitwa. Trzemeszniacy stawali dzielnie, ale pod Mieczownicą i Dobrosołowem doszło do klęski. Ci, którzy ocaleli, pod osłoną nocy znów przekroczyli granicę, tym razem w przeciwnym kierunku. We wtorek większość gimnazjalistów dotarła na powrót do swojej szkoły usiłując udawać, że nigdzie nie wychodzili. Chotkowski pisze:

W środę rano byliśmy w kościele — jak zwykle — na Mszy Św., a kiedyśmy wracali z kościoła rzędami, stało kilku ojców i krewnych przypatrując się, czy nie zobaczą swoich synów. […] Niestety, […] poszło nas 60, a wróciło 48, czyli 12 poległo. […] od godziny dziesiątej do jedenastej [przypadała znowu] lekcya Homera i powtarzaliśmy ten sam piękny ustęp z V księgi Iliady, który czytaliśmy w przeszłą sobotę. – Jakże teraz odmienne robił na mnie wrażenie! Czasy się zmieniły, kochany Homerze, pomyślałem sobie.

[…] nie chciałbym [jednak] we wspomnieniu tem, poświęconem moim towarzyszom, co za ojczyznę tak młodo polegli, pominąć milczeniem tego, że oficerowie rosyjscy powróciwszy z pod Dobrosołowa do Kalisza, nie mogli się nadziwić tej odwadze, z jaką chłopcy szkolne szły w ogień.

Następnego dnia szkoła w Trzemesznie została zamknięta przez władze pruskie, a część młodzieży wkrótce ponownie poszła do powstania.

List

W 150 rocznicę trzemeszeńskiej wyprawy byłem na podniosłej akademii w tutejszym liceum. Podczas uroczystości ujawnił się niespodziewany gość z Chojnic, pan Muzioł, stryjeczny praprawnuk Romana Kencera. Wyszedł na mównicę, wydobył nieznany nikomu wcześniej list pożegnalny i odczytał go obecnym. Minęło 150 lat i emocje powinny były dawno wygasnąć – a on nie potrafił opanować drżenia głosu. Na pomoc pospieszył nauczyciel historii, który wyjął mu z rąk papier i za niego dokończył lektury:

Nie miejcie o mnie strachu, szczególniej Ty, Najdroższa Matko, bo Bóg o mnie pieczą mieć będzie, albowiem gdym miał odchodzić, wyspowiadałem się przed Bogiem przez spowiedź świętą, i krzyżami się obłożyłem. […] Przyjedź drogi Ojcze, do Trzemeszna, zabierz wszystkie rzeczy i książki dla brata, a gospodyni [stancji] zapłać.

I dopisek na karcie:

Poległ 2 III 63.

Epilog

Morał tej tragicznej historii dopisał ksiądz Chotkowski w swoich wspomnieniach, które – co trzeba koniecznie dodać – redagował równo pół wieku po wyprawie, której przewodził, czyli w marcu 1913 roku, w przededniu pierwszej wojny światowej:

Od młodzieży można tylko żądać zapału, albowiem na starość każdy człowiek stygnie, więc co by z niego było, gdyby za młodu był zimny? — Lecz od starszych trzeba żądać rozumu, nabytego doświadczeniem, ale niestety, tego właśnie nie mieli ci, którzy powstanie styczniowe wywołali. […] Lecz wówczas byłem jeszcze za młody na takie refleksye, a musiałem wierzyć w to, że w rządzie narodowym są ludzie ze sercem i głową. Nie moja wina, że było inaczej.

Nie pisałbym tego wszystkiego i nie przerywałbym sobie pracy, która leży przede mną na stole, gdyby nie to, że tu w Galicyi zbroją i mustrują tysiące młodzieży. Więc przychodzą mi na myśl słowa [Waleriana] Kalinki, które powiedział roku 1863, wysłany do króla szwedzkiego. Król go pytał: — jak długo potrwa powstanie? — Moskale strzelają ołowiem, a my drogocennemi kamieniami. — Jak to pan rozumiesz? — spytał król. — U nas — odpowiedział Kalinka — idzie na pierwszy ogień kwiat narodu, młodzież ze szkół i z uniwersytetów, a z tamtej strony idzie gmin najniższy. — Nieszczęśliwy naród! — odpowiedział król szwedzki.

Okazało się jednak, że ksiądz Chotkowski nie miał racji. Choć wiele jeszcze „drogocennych kamieni” miało zostać złożonych w ofierze, ofiara nie poszła na marne. Dzięki niej właśnie – obejmując tym zdaniem i trzemeszeńskich gimnazjalistów – Rzeczpospolita miała wkrótce zmartwychwstać.

Tablica pamiątkowa w trzemeszeńskim liceum

Piosenka Jacka Kowalskiego pt. “Wyprawa trzemeszeńska