Z Pamiętników Zenona Skupińskiego cz. 3

opracowała Halina Świrska

  1. Wojna 1920 roku i obóz dla żołnierzy internowanych

Na czas mojej pracy w Krzepocinie przypadają doniosłej wagi wydarzenia polityczne, które zadecydowały o granicach i kształcie politycznym wyzwolonej, niepodległej Polski.

(…) Dnia 11 listopada 1918 roku nastąpiła kapitulacja garnizonu niemieckiego w Warszawie. Dzień 11 listopada przyjęto jako dzień odzyskania niepodległości przez Polskę. Wrócił do kraju więziony przez Niemców w Magdeburgu Józef Piłsudski, przejął w swe ręce władzę jako Naczelnik Państwa i powołał do życia rząd. Zaczęło się wtedy tworzenie armii polskiej, bardziej patriotyczna i uświadomiona młodzież zgłaszała się ochotniczo do wojska.

Zgłosiłem się i ja, ale komisja poborowa, najpierw w Łęczycy a następnie w Łodzi, nie uznały mnie za zdolnego do służby wojskowej z powodu słabej kompleksji fizycznej. Zawiedziony wróciłem do pracy nauczycielskiej.

(…) Kiedy w lipcu 1920 roku była zagrożona (przez Armię Czerwoną) Warszawa, ja byłem na kursie nauczycielskim w Łęczycy. Gdy dotarła do nas alarmująca wieść o zagrożeniu stolicy, zajęcia na kursie zostały przerwane i większość słuchaczy, w tej liczbie i ja, zgłosiła się do wojska.

I tym razem dr Ziółkowski oponował przeciwko przyjęciu mnie do wojska i zaopiniował, że trudy służby wojskowej mogą albo wzmocnić mnie fizycznie albo… wykończyć. Ale na moje nalegania dr Ziółkowski ustąpił, tak więc w lipcu 1920 roku zostałem żołnierzem wojska polskiego.

Początkowo byliśmy zakwaterowani w koszarach znajdujących się przy rynku. Tu zostaliśmy umundurowani i rozpoczęły się ćwiczenia musztry, salutowania i w strzelaniu, a wieczorem pogadanki „wychowawcze” prowadzone przez kaprala. Nieraz można było się uśmiać. Oto próbka kapralskiego savoir-vivre’u: „Jeżeli idziesz ulicą z panią, to trzymaj ją pod rękę z lewej strony, aby prawą rękę mieć wolną do salutowania. Bo jeżeli spotkasz przełożonego prowadząc pannę z prawej strony i aby zasalutować puścisz pannę, to przełożony może ci ją zabrać i zrobić wstyd”.

Po krótkim czasie wysłano nas do Torunia, gdzie zostaliśmy wcieleni do formującej się nowej brygady tzw. Syberyjskiej, bo korpus oficerski tej brygady składał się z oficerów Polaków przybyłych do kraju z Syberii. W Toruniu byliśmy zakwaterowani w forcie przy dworcu kolejowym. Ja i mój szwagier Aleksander Lesser znaleźliśmy się w dziewiątej kompanii, a więc w trzecim batalionie tej brygady. Czas wypełniony był ćwiczeniami polowymi, które były prowadzone zarówno w dzień jak i w nocy. Pobyt w Toruniu trwał jednak krótko, brygada została skierowana do Skierniewic i zakwaterowana w koszarach piechoty przy ul. Batorego. Będąc tam forsownie ćwiczyliśmy służbę polową na poligonie między Skierniewicami i Makowem. Nie trwało to jednak długo. Po otrzymaniu karabinu i amunicji oraz po zapoznaniu się z ich budową i obsługą, brygada została przesłana transportem kolejowym do Warszawy. Przemaszerowaliśmy wtedy ulicami stolicy na Pragę. Warszawiacy witali nas entuzjastycznie, obrzucano żołnierzy kwiatami, wciskano w ręce papierosy i słodycze, wiwatowano. Było to w drugiej połowie sierpnia, w tym czasie bitwa o Warszawę byłą już rozstrzygnięta na korzyść Polski.

Z Pragi nasza jednostka wojskowa była skierowana transportem kolejowym w pobliże frontu w rejonie twierdzy Modlin. Szlak bojowy kompanii dziewiątej prowadził w codziennych potyczkach z nieprzyjacielem od fortu Wrona przez Nasielsk, Maków Mazowiecki, Przasnysz, Chorzele do Myszyńca. Tu utraciliśmy łączność z innymi oddziałami brygady i cofające się od Wisły większe siły nieprzyjaciela zagarnęły moją kompanię. Byliśmy w tym momencie bez oficerów (?!).  Dostaliśmy się do niewoli. Krasnoarmiejcy rozebrali nas do bielizny, zabrali również obuwie i poprowadzili do Myszyńca, gdzie mrowiło się mnóstwo żołnierzy rosyjskich. Stanowiliśmy zalęknioną gromadkę, głodną i na poły gołą. Krasnoarmiejcy  drwili z nas, a jeden z nich podszedł do nas i zapowiedział: „Nu, Lach, budiem riezat’”, ale przepędził go oficer. W nocy nastąpił wymarsz z Myszyńca w kierunku wschodnim, ale wkrótce okazało się, że droga na wschód byłą już wówczas odcięta przez nasze wojska. Wtedy konwojujący nas oddział rosyjski przekroczył granicę Prus i oddał nas w ręce granicznej straży niemieckiej. Tak się skończyła moja wojaczka.

Niemcy ulokowali nas w czystym polu jedynie otoczonym drutem kolczastym, obok było obozowisko internowanych żołnierzy rosyjskich – sąsiadowaliśmy więc, wczorajsi przeciwnicy. Tu otrzymałem od jednego z polskich żołnierzy, który miał pełne umundurowanie, płaszcz wojskowy. Ale przyczepił się do mnie jeden z żołnierzy rosyjskich i żądał natarczywie, abym wymienił ten płaszcz na jego, mocno już podniszczony, przy czym jako rekompensatę zaproponował dwie paczki papierosów. Widziałem, że się nie obronię przed natarczywością tego sołdata i zgodziłem się na zamianę.

W lipcu 1920 roku, gdy wojska sowieckie były pod Warszawą, odbył się plebiscyt na Mazurach, który wygrali Niemcy olbrzymią większością głosów. I nic dziwnego, że tak się stało – ludność mazurska byłą w tym czasie wręcz wrogo ustosunkowana do Polski. Gdy przechodziliśmy po przekroczeniu granicy przez tereny zamieszkałe przez Mazurów, to ludność mazurska pluła na nas, obrzucała błotem i obelżywymi wyrazami. I to mieli być Polacy?! Myśmy spodziewali się raczej dobrego przyjęcia i pomocy od Mazurów…

Na trzeci bodaj dzień po internowaniu Niemcy poprowadzili internowanych żołnierzy polskich na stację kolejową i powieźli do Królewca. Tam załadowano nas na statek i popłynęliśmy do Świnoujścia. Byłą to pierwsza w mym życiu podróż morska. Następnie pociągiem przewieziono nas do Minden w Westfalii i pomieszczono w obozie dla jeńców wojennych armii alianckich. W obozie panował głód i zimno, bo Niemcy skąpo karmili internowanych i nie ogrzewali pomieszczeń obozowych, a poza tym żarły nas wszy. Nieznośnym stawał się również brak jakiegokolwiek zajęcia.

W górnictwie Westfalii pracowało wówczas dużo Polaków. Polonia westfalska zorganizowała dla nas zbiórkę odzieży i obuwia. Mnie przypadł w udziale granatowy garnitur, niezbyt jeszcze zniszczony, aksamitny halsztuk i czarne kamasze o bardzo wydłużonych szpicach. Bądź co bądź byłem już jakoś odziany. Poza tym otrzymaliśmy trochę książek polskich. Wtedy wpadła mi w ręce kaszubska opowieść pt. „Jak Czarliński po sece do Pucka jachoł” (Jak Czarliński po sieci do Pucka jechał). W naszej gromadzie było kilku analfabetów, więc zabrałem się do uczenia ich czytania i pisania, ale szło to opornie, bo brak było podręczników i materiałów pisarskich.

W listopadzie otrzymaliśmy umundurowanie z demobilu amerykańskiego i nastąpił powrót do kraju. Ja otrzymałem opiekę nad grupą trzynastu kolegów, których miałem dostarczyć do Torunia. Na stacji w Kutnie mieliśmy przesiadkę i trzeba było czekać kilka godzin na pociąg. Skorzystałem więc z okazji, aby odwiedzić rodziców w Witoni. Powierzyłem zastępstwo jednemu z naszej grupy i pomaszerowałem do Witoni. Trudno opisać radość rodziców na mój widok! Do tej pory nie mieli ode mnie żadnej wiadomości i sądzili, że zginąłem. Rodzice zaopatrzyli mnie w pieniądze i trochę żywności, a ponadto otrzymałem nowe brązowe kamasze. Po godzinnej gościnie ruszyłem w powrotną drogę do Kutna. Wszyscy moi towarzysze odliczyli się i pojechaliśmy dalej.

W Toruniu w krótkim czasie nastąpiła demobilizacja i odesłano do cywila najpierw uczniów i nauczycieli. Na święta Bożego Narodzenia 1920 roku byłem już w domu. Tak się skończyła moja krótka przygoda wojenna.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.