Z Pamiętników Zenona Skupińskiego cz. 4

Rozdział 49. Najazd hitlerowski i ewakuacja.

(…) Aczkolwiek wszystko wskazywało na to, że konflikt zbrojny z Niemcami jest nieunikniony, to jednak wojna objawiła się nam w Kutnie niespodziewanie w postaci nalotu bombowców niemieckich na stację kolejową rankiem 1 września 1939 roku. Tego dnia wcześnie rano, bo około godziny 7, udałem się do biura i po drodze spotkałem się z kierownikiem Szkoły Powszechnej Nr 2 Andrzejem Rączką. Zaniepokoiły nas silne detonacje w okolicy dworca kolejowego, ale sądziliśmy, że są to ćwiczenia obrony przeciwlotniczej. Już na kilkanaście dni przed pierwszym września wojsko organizowało obronę przeciwlotniczą Kutna. Między innymi na gmachu szkoły powszechnej pod Łąkoszynem zainstalowane były karabiny maszynowe i armatki. Okazało się jednak, że nasze przypuszczenia są mylne. Zaczęły nadchodzić wiadomości o zabitych i rannych, których Służba kolejowa transportowała do szpitala. To nie były ćwiczenia, lecz nalot bombowców na stację kolejową – stanęliśmy w obliczu wojny. Połączyłem się telefonicznie ze starostą, który potwierdził fakt rozpoczęcia się wojny przez napaść hitlerowców na Polskę.

Od tego dnia naloty lotnicze na Kutno powtarzały się codziennie. Niemcy bombardowali głównie węzeł kolejowy, magazyny i zbiorniki ropy i benzyny (mieli, jak widać z tego, dobry wywiad). Wkrótce nad Kutnem stanęły dwa potężne słupy: płomieni z palącej się benzyny i czarnego dymu z płonącej ropy. W nocy Kutno było oświetlone jak przy świetle słonecznym. Zastanawiające było, że Niemcy nie bombardowani koszar wojskowych, zrzucili tylko trochę bomb na miasto.

Życie mieszkańców Kutna uległo poważnym zakłóceniom, zaczęły się trudności aprowizacyjne, szkoły nie rozpoczęły w tym roku normalnej pracy w dniu 1 września.

Obrona przeciwlotnicza robiła, co mogła, ale nasze zenitówki miały za niski pułap i Niemcy bezkarnie bombardowali upatrzone obiekty. Był strącony jeden samolot, ale podobno był to samolot polski.

Już 6 września otrzymaliśmy nakaz ewakuacji. Otworzyłem wtedy zalakowaną kopertę, która nosiła hasło: “Ściśle tajne – mob.”. Nakaz mobilizacyjny głosił, że należy ewakuować akta i personel Inspektoratu Szkolnego do Grodziska Mazowieckiego i że w tym celu Inspektorat otrzyma wagon kolejowy. Poza tym należało wypłacić nauczycielstwu trzymiesięczne pobory. Nakazy te okazały się nierealne: nie było mowy o otrzymaniu wagonu kolejowego, nie można było porozumieć się z płatnikami w terenie, aby zgłosili się po pieniądze, zresztą ewakuował się i urząd skarbowy. Jedynie pracownicy Inspektoratu i nauczyciele Kutna otrzymali dodatek ewakuacyjny. Zwróciłem się wtedy do starostwa o podwody i w rezultacie otrzymałem jednokonny wóz, na który z biedą załadowaliśmy trzy wielkie paki z aktami nauczycieli, szkół i ogólnymi Inspektoratu. O ewakuowaniu pracowników Inspektoratu i ich rodzin nie było mowy. Wobec tego powierzyłem wóz z aktami pieczy podinspektora p. Sabata, który jeszcze nie zdążył przeprowadzić się na dobre do Kutna, i poleciłem mu udać się do Grodziska Mazowieckiego, a sam zatrzymałem się w Kutnie, aby zabezpieczyć rodzinę. W tym celu udałem się na rowerze do Łęczycy, sądząc, że może będę mógł przywieźć rodzinę pod opiekę rodziców. Ale rodziców nie zastałem już w Łęczycy – też udali się na tułaczkę wojenną. Wieczorem wróciłem do Kutna. Ulicami w pobliżu dworca kolejowego jechało się po rozbitym szkle okiennym. Tu i ówdzie widniały rozwalone domy i dogasały pożary – namacalne skutki nalotów. Następnego dnia rankiem wynająłem furmankę i przewiozłem małżonkę z dziećmi do Oporowa, gdzie oddałem ich pod opiekę kierownika szkoły, a sam na rowerze pospieszyłem do Grodziska Mazowieckiego.

Jechałem przez Żychlin, Kiernozię, Rybno, Sochaczew do Błonia. Po drodze nocleg w jakiejś szopie na słomie. Po drodze z Błonia do Grodziska Mazowieckiego dowiedziałem się, że to miasto jest już zajęte przez Niemców, powróciłem więc do Błonia i dalej w stronę Warszawy. Coraz trudniej było posuwać się naprzód, szosa była wypełniona furmankami, tłumem pieszych i oddziałów wojskowych. O jeździe na rowerze nie było mowy, raczej przeszkadzał, zwłaszcza przy nalotach bombowców niemieckich, które powtarzały się co pewien czas i zmuszały do ucieczki w pole. To też po pewnym czasie zostawiłem rower w rowie przydrożnym i wędrowałem dalej na piechotę. Niezmiernie utrudzony dotarłem wreszcie do przedmieść Warszawy. Tu okazało się, że ulicę przegradza kordon policji i wojska, który nie wpuszcza do miasta osób cywilnych. Przychodziła właśnie kompania piechoty. Korzystając z tego, że byłem w jasnym płaszczu letnim, zmieszałem się z żołnierzami i w ten sposób dostałem się poza punkt kontrolny i znalazłem się w stolicy. Było to na ulicy Wolskiej w nocy dnia 9 września.

Ale nie skończyła się jeszcze moja wędrówka, musiałem przemaszerować jeszcze przez wiele ulic, aby się dostać na ulicę Poznańską obok Dworca Głównego do mieszkania p. Judyckiej, kuzynki mojej małżonki. Zamierzałem chwilowo zatrzymać się u niej. Ulice Warszawy były puste, tylko czasami spotykałem patrole wojskowe i policyjne.

Późną nocą dotarłem do mieszkania p. Judyckiej, ale nie zastałem jej, gdyż wyjechała do Puszczy Białowieskiej. Była tylko służąca, która zgodziła się przenocować mnie, chociaż przestrzegała, że jest tu niebezpiecznie, bo dworzec kolejowy jest w nocy bombardowany. Byłem niewypowiedzianie zmęczony i głodny. Zjadłem kolację, umyłem się i kropnąłem do łóżka. Nie przejąłem się zbytnio przestrogami służącej, zobojętniałem na bombardowania, przecież przez tyle dni przeżywałem je. Dominowało tylko jedno pragnienie: spać!

Rozdział 50. W oblężonej Warszawie.

W dniach mojej wędrówki zbliżały się ku Warszawie pancerne oddziały niemieckie. Poprzedzały je bombardowania lotnicze. Już w nocy z 6 na 7 września rząd i naczelne dowództwo opuściły Warszawę, jednocześnie ewakuowały się na wschód liczne urzędy i wiele ludności cywilnej. Ja jednak postanowiłem zostać w Warszawie, która zresztą została wkrótce całkowicie oblężona. Obrona Warszawy pod dowództwem gen. Rómmla i prezydenta miasta Stefana Starzyńskiego trwała od 8 do 27 września.

Następnego dnia po dostaniu się do Warszawy zgłosiłem się do Kuratorium przy ul. Bagatela, gdzie zastałem tylko starszego woźnego Białowąsa, który poinformował mnie, że Kuratorium jest nieczynne i nie może udzielić żadnej pomocy. Natomiast opiekę nad uchodźcami objęła świeżo powstała organizacja społeczna – Rada Główna Opiekuńcza (RGO), poza tym inspektorzy szkolni proszeni są o zgłaszanie się do Inspektoratu Szkolnego miasta Warszawy. Udałem się do RGO, która mieściła się bodajże przy ul. Moniuszki tuż przy ul. Marszałkowskiej. Tam otrzymałem przydział kwatery u pewnego adwokata przy ul. Mokotowskiej w pobliżu Placu Trzech Krzyży i zatrudnienie w RGO w charakterze komendanta gmachu RGO. Moje czynności nie były bliżej określone, a jednocześnie wymagały ciągłego chodzenia po piętrach gmachu, co nadwyrężało serce, więc musiałem z tej funkcji zrezygnować. Udałem się wtedy do Inspektoratu Szkolnego i tam otrzymałem funkcję łącznika pomiędzy Inspektoratem a punktami zgrupowania młodzieży uchodźczej. Służba łącznika nie była wówczas łatwa, gdyż tramwaje nie kursowały, rzadkością były dorożki konne, zresztą bardzo wtedy kosztowne, a taksówki jakby wymiótł z Warszawy. Tak więc musiałem odbywać nieraz długie wędrówki do punktów zgrupowania młodzieży często pod obstrzałem artyleryjskim. Byłem wtedy świadkiem jak pocisk artyleryjski eksplodując na ul. Wolskiej rozerwał na strzępy konia i furmana.

W oblężonej Warszawie dwa główne problemy stały przed takim jak ja uchodźcą: co jeść i jak się uchronić przed nieprzyjacielskich pociskami? Jeżeli chodzi o pierwszy z tych problemów, to chodziłem rano do kawiarni Bliklego na Nowym Świecie, gdzie można było początkowo jeszcze dostać kawę lub herbatę z bułeczką, a w porze obiadowej do restauracji w Alejach Jerozolimskich na porcję golonki, ale nic innego. Ale i to skończyło się, gdyż pocisk armatni zniszczył restaurację. Pewnego razu, gdy byłem na kawie u Bliklego, pocisk artyleryjski eksplodował w ogródku przy kawiarni, rozbił okna i fala gorącego powietrza wraz z odłamkami szyb wionęła w stronę mojego stolika. Na szczęście obyło się bez zranienia, nie licząc drobnych zadraśnięć. W pierwszych dniach pobytu w Warszawie udało mi się nabyć kilka tabliczek czekolady. Z tego zapasu korzystałem, gdy nie można było otrzymać innego posiłku.

Jeżeli chodzi o drugi problem, to przemierzając ulice Warszawy bacznie uważałem, czy dany odcinek drogi znajduje się pod obstrzałem, i w razie potrzeby kryłem się w bramach kamienic.

Nie wiem, jak bym przetrwał oblężenie Warszawy gdyby nie szczęśliwy wypadek spotkania z burmistrzem Skierniewic, p. Filipskim. Gdy zobrazowałem mu moją sytuację, zaproponował mi abym się przeniósł do niego. Z propozycji tej skorzystałem skwapliwie. Wprawdzie kwatera w mieszkaniu adwokata była dobra, otrzymałem pokój z tapczanem i mogłem wysypiać się do woli, ale było jedno “ale”. Adwokata nie było w domu, był zmobilizowany, a jego małżonka i jakaś krewna, gdy tylko spiker oznajmiał: “Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy” czym prędzej schodziły do piwnicy i zmuszały mnie, abym z nimi schodził. A w piwnicy odbywały się głośne modły i kościelne śpiewy. To było denerwujące i wytwarzało żałobne nastroje.

Filipscy mieszkali u krewnej przy ul. Matejki. Krewna ta posiadała sklep spożywczy i spory zapas żywności, gotowała więc dla nas wszystkich skromne ale pożywne i niedrogie posiłki. Odpadła więc konieczność szukania posiłków na mieście.

Sytuacja oblężonej Warszawy pogarszała się z dnia na dzień. Naloty bombowców były coraz częstsze, a ostrzał artyleryjski intensywniejszy. Ciągle wybuchały nowe pożary a na ulicach miasta spotykało się coraz więcej zwłok ludzkich i końskich. Nie brakło wówczas amatorów koniny, bo o mięso było coraz trudniej. Ja sam też chodziłem czasami na befsztyki końskie do restauracji przy ul. Książęcej. Głód zaczął dokuczać ludziom i zwierzętom. Żal było patrzeć na wygłodniałe konie, które z braku pokarmu obgryzały drzewa lub deski u wozów. Wtedy jakiś żołnierz zaproponował mi kupno konia z bryczką za sto (!) złotych. Ale co miałem zrobić z głodnym koniem? Nie skorzystałem z tej oferty.

Aż nadszedł dzień 25 września. Tego dnia od rana aż do zmierzchu Warszawa nieustannie była bombardowana przez zmasowane zespoły bombowców. Niesamowity był wygląd bombardowanego miasta, wszędzie pożary i dymy, w powietrzu unosił się czerwony pył z rozbitych murów, ulicami płynęły rzeki z rozbitych wodociągów, w gruzach legło wiele kamienic i innych gmachów. Nad Warszawą rozpętało się piekło!

Następnego dnia Niemcy zrzucili ulotki zapowiadające, że o ile Warszawa nie skapituluje, to następne bombardowanie będzie przy użyciu gazów trujących. W tej sytuacji dowództwo obrony zdecydowało kapitulację która nastąpiła dnia 27 września. Do Warszawy wkroczyły butnie dobrze umundurowane i uzbrojone oddziały nieprzyjaciela, które zajęły wszystkie ważniejsze obiekty w mieście. Jednocześnie bohatersko walczące oddziały polskie składały broń i konwojowane przez zwycięzców szły długimi szeregami do niewoli.

Tak skończyła się bohaterska obrona stolicy – musiała ulec przemocy. W obronie stolicy duży był udział samej ludności, zwłaszcza przy kopaniu rowów przeciwczołgowych i stawianiu barykad. Ja również jeden dzień poświęciłem na kopanie rowów. Wielką rolę w obronie miasta odegrał Stefan Starzyński, komisarz cywilny obrony stolicy. W gorących przemówieniach radiowych zagrzewał ludność do wytrwania, do obrony.

Po wkroczeniu do Warszawy Niemcy zorganizowali dla celów propagandowych pokaz wydawania posiłków z wojskowych kuchni polowych dla wygłodniałej ludności – niech świat podziwia humanitaryzm hitlerowskich zwycięzców!

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.