Z Pamiętników Zenona Skupińskiego cz. 5

Rozdział 52

Urzędowanie w Kutnie pod okupacją

 

Po powrocie do Kutna z “wycieczki” ewakuacyjnej zastałem zmiany zarówno w sprawach szkolnych, jak i w domu.

Zacznę od omówienia spraw szkolnych. W biurze Inspektoratu Szkolnego zastałem już zastępcę, pana Sabata, który w czasie ewakuacji dotarł tylko do okolic Grodziska Mazowieckiego i dlatego wcześniej wrócił do Kutna. Ale wrócił bez akt Inspektoratu: podwodą, którą wyjechał z Kutna dotarł do Oporowa, gdzie otrzymał parokonną furmankę dworską, ale zostawił w szkole pakę z aktami personalnymi nauczycieli, natomiast dwie pozostałe paki dowiózł do pewnej wsi w okolicach Grodziska Mazowieckiego. Tam dosięgnął go nalot bombowców, furman odmówił dalszej jazdy, wobec czego Sabat zostawił paki u pewnego chłopa a sam powrócił do Kutna. Wróciła również sekretarka z Łowicza. Ale szkoły nie były jeszcze czynne.

Po powrocie zgłosiłem się do urzędującego już landrata (odpowiednik naszego starosty), który najpierw wyraził zdziwienie, że zgłasza się drugi inspektor szkolny. Widocznie Sabat nie uprzedził go, że on jest tylko zastępcą. Gdy wyjaśniłem sprawę, landrat powierzył mi pełnienie obowiązków inspektora szkolnego, a Sabata polecił odesłać do szkoły. Pozbawił mnie również sekretarki, tak że zostałem sam jeden. Jednocześnie landrat zezwolił na wznowienie pracy szkół pod warunkiem, że nie będzie nauki historii Polski, geografii i literatury polskiej. Zarządzenia te miałem przekazać nauczycielom na konferencjach gminnych i w tym celu otrzymałem przepustkę upoważniającą do poruszania się na terenie powiatu. Prędko uporałem się z konferencjami nauczycielskim i w ciągu października ruszyły wszystkie szkoły. Zarazem landrat zainteresował się szkołami dla dzieci niemieckich. Wyjaśniłem, że w powiecie kutnowskim są tylko dwie wioski z ludnością niemiecką, ale w żadnej z nich nie ma wymaganej liczby dzieci dla założenia szkoły niemieckiej. Wtedy landrat polecił mi przedstawić dane dotyczące liczby dzieci w wieku szkolnym z uwzględnieniem narodowości i wyznania. Okazało się, że na około 15 tysięcy dzieci jest w powiecie około 40 dzieci narodowości niemieckiej, a w samym Kutnie około 30 dzieci wyznania ewangelickiego, które jednak przyznają się do narodowości polskiej. Wkrótce zapytywały mnie o statystykę szkolną żandarmeria i gestapo. Dla dzieci narodowości niemieckiej i wyznania ewangelickiego miały być uruchomione szkoły z niemieckim językiem wykładowym, ale nie było nauczycieli Niemców poza jednym, któremu landrat powierzył szkołę niemiecką w Kutnie. Natomiast brak było obsady dla dwóch szkółek w powiecie. W związku z uruchomieniem szkół niemieckich zaszły dwa wydarzenia charakteryzujące osobę landrata. Zawezwał on sołtysa jednej z niemieckich wiosek i w mojej obecności indagował go, jak to było ze szkołą dla dzieci niemieckich. Sołtys ów dyplomatycznie oświadczył po polsku (!): “Za Ruska była szkoła rosyjska, za Polski – polska, a teraz będzie szkoła niemiecka”. No to landrat zbeształ sołtysa, że nie umiał postarać się o szkołę niemiecką. Mocno zirytował się landrat przy innej okazji: do Inspektoratu wpłynęło podanie o zatrudnienie w szkole niemieckiej niejakiego Alfonsa Krzyżewskiego zakończone poddańczym pozdrowieniem: “Heil Hitler!”. Nie chciałem angażować tego osobnika bez porozumienia się z landratem. Ten, gdy przeczytał podanie Krzyżewskiego, powiedział oburzony: “To nie jest Niemiec ani Polak – to jest świnia!” i podanie odrzucił.

Omawiając z landratem (przy pośrednictwie tłumaczki) sprawy szkolnictwa, poruszyłem zagadnienie środków pieniężnych na utrzymanie szkół. Landrat zadecydował, że gospodarcze potrzeby szkół będą, jak dotychczas, pokrywane z budżetów gminnych, natomiast uposażenie nauczycieli z budżetu powiatowego przy odpowiednim przeliczeniu złotych polskich na marki niemieckie. Musiałem więc sporządzać miesięczne listy płacy i przedstawiać je landratowi do zatwierdzenia. Przy tej okazji zdarzył się nieprzyjemny incydent. Jaka była jego przyczyna? Landrat był junkrem pruskim, posiadał w Prusach Wschodnich majątek ziemski. Na jego biurku, na chwiejnych podstawach, figurowały dwie fotografie: rodziny i junkierskiego zamku. Poza tym do akcesoriów urzędowania landrata należały: zawieszony w rogu gabinetu nad biurkiem dużych rozmiarów orzeł hitlerowski (“gapa”), na biurku szpicruta i duży rewolwer, a przy nogach pana duży wilczur. Pewnego razu, gdy podawałem do podpisu listy płacy, strąciłem niechcący podstawkę z fotografią rodzinną landrata, która spadła na podłogę. Landrat się wzdrygnął, wilczur zjeżył, a tłumaczka „achnęła”. A ja spokojnie podniosłem fotografię, ustawiłem na miejscu i przeprosiłem za nieuwagę. Landrat ochłonął i incydent zakończył się pomyślnie. Po opuszczeniu gabinetu landrata tłumaczka powiedziała, że moje opanowanie ustrzegło mnie od poważnych następstw. Ta przeklęta, jak się wyraziła, fotografia już niejednego interesanta naraziła na obicie szpicrutą. Oczywiście przy następnych spotkaniach byłem uważniejszy.

Kiedy szkoły były już czynne, otrzymałem wezwanie do gestapo, co mnie bardzo zaniepokoiło. Tam podoficer gestapo indagował mnie w sprawie programu nauki w szkołach. Rozmawiałam z nim, jak zazwyczaj, przy pomocy tłumacza. Tego samego dnia był wzywany do gestapo proboszcz parafii kutnowskiej.

Uruchomione było początkowo również gimnazjum, ale wkrótce żandarmeria nakazała młodzieży gimnazjalnej oddać mundurki szkolne i gimnazjum zostało zamknięte. To ograbienie uczniów z ubrania szkolnego rzuca ponure światło na morale hitlerowskich okupantów.

Wojna spowodowała znaczne przerzedzenie się szeregów nauczycielskich w powiecie kutnowskim. Nie wróciło wielu młodych nauczycieli-oficerów armii polskiej, nie wróciło kilka pań, które pochodziły z Małopolski. Natomiast zgłaszali się do pracy nauczyciele z Pomorza i Kujaw – terenów włączonych do III Rzeszy. Zatrudniałem ich na wolnych etatach bez nominacji pisemnych i bez porozumienia z landratem. Również podniosłem uposażenie dla tych nauczycieli, którzy byli przewidziani do awansu, jak również wszystkim młodym nauczycielom, którzy mieli dotychczas uposażenie najniższe to znaczy grupy XI. Wiedziałem, że Niemcy nie orientują się w tych sprawach i mogłem robić takie posunięcia bez obawy o tzw. wsypę.

Jeśli chodzi o akta Inspektoratu, to kierownik szkoły w Oporowie wkrótce odesłał pakę z aktami personalnymi nauczycieli. Dokonaliśmy wtedy dokładnego przeglądu tych akt usuwając wszelkie dokumenty, które mogłyby zaszkodzić nauczycielom w oczach administracji niemieckiej. Jeżeli zaś chodzi o pozostałe akta to wybrałem się do Grodziska Mazowieckiego i stamtąd w towarzystwie inspektora szkolnego, kolegi Stanisława Kozłowskiego, do wioski, w której Sabat zostawił akta w czasie ewakuacji. Okazało się, że nie zdeponował akt u któregoś z gospodarzy, lecz zostały one zwalone do przydrożnego rowu, skąd zabrał je jeden z gospodarzy, ale po prostu zgnoił akta w oborze. Odzyskałem tylko maszynę do pisania i zdjęcie z audiencji u Prezydenta Mościckiego w 1932 roku. Bardzo uradowało mnie odzyskanie tej pamiątkowej fotografii. Zapakowałem ją z aktami ogólnymi, bo fotografię tę miałem w swoim gabinecie inspektorskim nad biurkiem.

Jeszcze w październiku 1939 roku zgłosił się do biura Inspektoratu Szkolnego komendant policji niemieckiej w czarnym mundurze (tzw. “czarni”) i polecił mi opróżnić lokal zajmowany przez Inspektorat Szkolny tego samego dnia. Wynająłem wtedy pokój przy ulicy Bema, obok swego mieszkania, i przeniosłem umeblowanie i akta Inspektoratu. Poleciłem również zabrać żyrandole. To nie było rozsądne. Gdy koło południa zjawił się ów “czarny” po klucze i stwierdził brak żyrandoli, zrobił mi wielką awanturę, określając usunięcie żyrandoli mianem sabotażu i oznajmił, że jeżeli do wieczora żyrandole nie będą zawieszone, to zostanę aresztowany. Musiałem więc postarać się o montera-elektryka i zawiesić na swój koszt żyrandole. Wieczorem tego dnia lokal Inspektoratu zajęli “Czarni”. W późniejszym czasie na zarządzenie landrata Inspektorat Szkolny otrzymał pomieszczenie w gmachu gimnazjum. Tak oto urzędowało się za okupacji.

Długo ważyły się losy powiatu kutnowskiego, jeżeli chodzi o jego najbliższą przyszłość, aż wreszcie okupant podjął decyzję o włączeniu tego powiatu do Warthegau, czyli do Rzeszy. Wtedy zawitał do Kutna schulrat w musztardowym mundurze (należał do NSDAP) i objął urzędowanie w Inspektoracie Szkolnym, zatrzymując mnie jako pomocnika-zastępcę. Pewnego dnia w marcu 1940 roku do biura Inspektoratu Szkolnego zgłosił się żandarm z oświadczeniem, że na zarządzenie władz szkoły polskie zostają natychmiast zamknięte, o czym należy niezwłocznie zawiadomić w jego obecności kierowników szkół w Kutnie. Jeżeli zaś chodzi o powiat, to odpowiednie polecenie otrzymają kierownicy szkół za pośrednictwem policji i urzędów gminnych. Jednocześnie kierownicy szkół mają przekazać władzom niemieckim biblioteki szkolne i pomoce naukowe z zakresu fizyki i matematyki oraz mapy. Nie chciałem osobiście przekazywać tych poleceń kierownikiem szkół kutnowskich i poprosiłem o to Sabata, który zgodził się wyręczyć mnie. Tak więc szkoły polskie w powiecie kutnowskim przestały istnieć, skończyła się również moja praca inspektorska.

Po zamknięciu szkół zwracali się do mnie nauczyciele z pytaniem, co mają robić: zostać na miejscu czy wyjechać. Radziłem to drugie, bo sądziłem, że podobnie jak to było na terenach włączonych wcześniej do Rzeszy, nauczycielstwo jest narażone na deportację. Większość młodszych zwłaszcza nauczycieli wkrótce opuściła swe miejsca pracy, ale niektórzy, przeważnie starsi, posiadający jakieś gospodarstwo, pozostali, aby zlikwidować te gospodarki. Tych Niemcy przeważnie wyłapali i wywieźli. Niewielu chyba z nich powróciło po wojnie do rodzinnych stron.

Musiałem i ja pomyśleć o opuszczeniu Kutna i przeniesieniu się do Generalnej Guberni. Była to część Polski z Krakowem, Warszawą i Lublinem utworzona przez okupanta jako rezerwat dla Polaków. Aby móc zabrać ze sobą garderobę i trochę rzeczy wniosłem podanie o przepustkę na przeniesienie się do GG.

 

Na terenach włączonych do Rzeszy Niemcy wprowadzili szereg praw wyjątkowych, wymierzonych przeciwko ludności polskiej. Ogłosili, że wszelkie mienie posiadane przez Polaków jest własnością państwa niemieckiego, a Polacy są tylko czasowo użytkownikami tego mienia. Polakom nie wolno było jeździć zmechanizowanymi środkami lokomocji, jak koleje, samochody i motocykle. Polakom nie wolno było zawierać związku małżeńskiego przed osiągnięciem 25 lat życia. Na tereny włączone do Rzeszy sprowadzano Niemców z innych krajów. Jeżeli taki przybysz był rolnikiem, to usuwano z gospodarki Polaka i oddawano ją Niemcowi; jeżeli to był kupiec – to otrzymywał mieszkanie i sklep kupca Polaka; jeżeli to był np. dentysta, to zabierano gabinet dentystyczny i mieszkanie dentyście Polakowi itd. Jednocześnie tysiące młodych Polaków Niemcy wywozili na przymusowe roboty do Niemiec. Zarazem dążąc do zwiększenia liczby ludności niemieckiej, zapisywano często pod przymusem na listę volksdeutschów  wszystkich, którzy mieli niemieckie nazwiska lub byli ewangelickiego wyznania. Taki “Niemiec” częstokroć nie umiał słowa po niemiecku. Schulrat, o którym wspomniałem wyżej, przyczepił się nawet do mego imienia jako niepolskiego. Nie pomagało tłumaczenie, że Zenon to imię greckie, a nie niemieckie. Musiałem przedłożyć mój rodowód do drugiego pokolenia wstecz, którym udowodniłem, że w mojej rodzinie nie było Niemca i wszyscy przodkowie mieli nazwiska zakończone na “ski”. Pewne kłopoty miał mój szwagier Lesser, ale zdołał się obronić.

Jednym z najbardziej nieprzyjemnych i poniżających Polaków postanowień okupanta był obowiązek kłaniania się wszystkim umundurowanym Niemcom, nawet gówniarzom z Hitlerjugend. Dlatego, dopóki się dało, mężczyźni chodzili bez nakrycia głowy, a w porze zimowej starałem się omijać spotykanych na ulicach umundurowanych przedstawicieli “rasy panów”. Wtedy przechodziłem na drugą stronę ulicy lub pilnie oglądałem wystawę sklepową.

Innym z przykrych i niebezpiecznych zarządzeń było wprowadzenie instytucji zakładników. Codziennie burmistrz miasta wysyłał do kilku znaczniejszych obywateli miasta wezwanie, żeby zgłosili się w celu odbycia dobowego zakładnictwa. Ja takie wezwanie otrzymałem na dzień 29 XI 1939 roku. Zakładnicy przebywali w areszcie magistrackim od zmierzchu do następnego wieczoru i odpowiadali życiem na wypadek zamordowania jakiegoś Niemca na terenie powiatu. W czasie mego “dyżuru” zdarzyła się jakaś awantura i przyprowadzono w nocy z hałasem i krzykami w języku niemieckim jakiegoś pijanego osobnika. Trochę przeraziły mnie te krzyki, ale skończyło się na tym, że do naszej celi został wepchnięty ów pijany gość. Mój pobyt w celi zakładników trwał tylko pół doby, bo rano landrat przysłał po mnie policjanta w jakiejś sprawie szkolnej. Zostałem więc zwolniony z aresztu i za wiedzą landrata do “kozy” nie wróciłem.

Wezwanie na zakładnika, zbiory rodzinne

Z kolei przejdę do spraw rodzinnych. Po powrocie do Kutna zastałem zmiany również w domu. Nie żyła już teściowa, Maria Pietkiewicz (zmarła we wrześniu na raka). Małżonka z dziećmi wróciła z Oporowa wkrótce po zajęciu Kutna, zastając mieszkanie w porządku, bo opiekowała się nim służąca Władzia. Ale najmniejszy pokój zajmowało dwóch żandarmów w średnim wieku, którzy zachowywali się przyzwoicie (jeden był Ślązakiem), a nawet do czasu mego powrotu opiekowali się moją rodziną. Wyrazem tej opieki było dostarczanie węgla i mleka dla dzieci. Wala mogła swobodnie porozumiewać się z żandarmami w języku niemieckim, co ułatwiało stosunki. W listopadzie żandarmi ci zostali przeniesieni na wschód i od tej pory sublokatorów nie mieliśmy.

Tymczasem napływało do Kutna coraz więcej Niemców. Wyrzucano wtedy Polaków z ich mieszkań i oddawano je przybyszom. Niemcy zajmowali przede wszystkim nowe domy mieszkalne, wille, których sporo powstało w Kutnie w ostatnich latach przed wojną. Nasze mieszkanie też znajdowało się w takiej willi i zachodziła obawa, że mogą nas wysiedlić. Wtedy ukryliśmy pianino w pomieszczeniu gospodarczym pewnego obywatela kutnowskiego. Dzięki temu pianino ocalało. Straciliśmy natomiast pełne urządzenie pokoju stołowego i gabinetu, bo w lutym 1940 roku zjawili się żandarmi z nakazem, aby w ciągu 15 minut opuścić mieszkanie, zabierając tylko niezbędne rzeczy. Tego dnia zamierzaliśmy przewieźć część domowego urządzenia do innego pomieszczenia i właśnie w tym czasie, gdy przyszli wysiedlać nas żandarmi, nadjechała zamówiona platforma. Było to przysłowiowe szczęście w nieszczęściu, bo dzięki platformie mogliśmy zabrać łóżka, pościel, garderobę, biblioteczkę (książki) bez szafy i niektóre sprzęty. Przeprowadziliśmy się do zrujnowanego mieszkania przy innej ulicy. A to, że mieszkanie to było zrujnowane, zabezpieczało nas od ponownego wysiedlenia. Tu mieszkaliśmy do czasu opuszczenia Kutna, co nastąpiło w 1940 roku.

Kutnowski okres wydaje mi się najbardziej koszmarny i dotkliwy w całej okupacji hitlerowskiej. Tu żyłem w ciągłym napięciu nerwowym, tu zadali mi Niemcy znaczne szkody materialne. W Kutnie też miałem bardzo nieprzyjemne spotkanie, które na szczęście nie pociągnęło za sobą tragicznych następstw. O tym spotkaniu w następnym opowiadaniu.

Opracowała Halina Świrska

komentarze 2

  1. Stalowe nerwy autora. Przedwojenna szkołą męstwa. Pięć lat niemieckiej okupacji i prawie pół wieku sowieckiej plus pookrągłostołowa machloja i brak dekomunizacji dopełniły swego. Miliony na emigracji, a wcześniej wybicie znacznej części inteligencji zrobiło z nas… No właśnie co? Niech każdy sobie dopowie.
    Pozostała nam tylko WIARA, NADZIEJA I MIŁOŚĆ. Sursum corda!

    1. Zenon Skupiński, mój Dziadek, żył nieco ponad 80 lat, bardzo żałuję, że nie doczekał chociaż roku 1980. Był niezwykle rzetelnym człowiekiem, kryształowej uczciwości. Nieraz myślę o tym, że jego pokolenie (on rocznik 1898) miało te 20 lat wzrostu w II RP, a potem – wojna, która wszystko zrujnowała, pozbawiła, jeśli nie życia, to dorobku. A potem system, który do reszty wytrącił z wcześniejszych torów. Dzidek był z mentalności głęboko państwowotwórczy, ale po wojnie nie za bardzo było dla niego miejsce. A nerwy rzeczywiście stalowe 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.