Zmyślone historie – jak gwiazdor niemieckiego dziennikarstwa tworzył fikcyjne reportaże.

Ignacy Siedlecki

Historia wzlotu i upadku Claasa Relotiusa – uważanego za najlepszego niemieckiego reportażystę – wyśmienicie nadaje się na powieść lub filmowy scenariusz. Z pewnością przejdzie ona do historii światowego dziennikarstwa jako jeden z najgłośniejszych przypadków publikowania częściowo lub całkowicie zmyślonych artykułów.

 

Niemieccy publicyści od grudnia analizują, jak mogło dojść do systemowego fałszerstwa i wieloletniego oszukiwania redakcji tygodnika Der Spiegel, w której Relotius był jednym z najbardziej cenionych autorów. Obsypywany nagrodami młody dziennikarz uważany był za najbardziej utalentowanego reportażystę swojego pokolenia. Uwielbiano jego poruszające historie o syryjskich dzieciach, niezłomnych aborcjonistach i zaściankowych zwolennikach Trumpa. W ostatnich latach to właśnie obnażanie amerykańskiego prowincjonalizmu stało się jednym z ulubionych tematów reportaży Relotiusa. W pewnym momencie przesadził: zasiedlenie zmyślonymi postaciami miasteczka Fergus Falls i wydumana paramilitarna grupa ścigająca na pograniczu Arizony i Meksyku nielegalnych imigrantów gwałtownie zakończyła karierę Relotuisa.

Przypadek tego reporterskiego oszustwa wpisuje się w szerszą dyskusję na temat dziennikarskiej rzetelności, podważa też pozycję Spiegla jako ikony niemieckiej prasy. Każe również zastanowić się nad swobodą, jaka cechuje reportaż jako gatunek. Wyraźnie widać, że  ma on tendencję do przeradzania się w literaturę. Prawa Relotiusa stanowi również doskonałe studium zarządzania kryzysowego w wykonaniu Spiegla. Tym, co umyka uwadze większości komentatorów, jest fakt, że Relotius wyśmienicie spełniał oczekiwania swojej redakcji i wiernych czytelników. Nikt nie zauważył, gdy głęboko zakorzenione antyamerykańskie i antykonserwatywne uprzedzenia zaczęły przechodzić w czystą fikcję. Przypadek Relotiusa sporo mówi o stanie świadomości niemieckiego społeczeństwa, a przynajmniej jego dziennikarzy.

 

Gwiazda dziennikarstwa

 

Pochodzący z Hamburga 32 letni dziennikarz w ostatnich latach aż czterokrotnie był laureatem Niemieckiej Nagrody Reporterskiej (Deutschen Reporterpreis 2013, 2015, 2016 i 2018), wcześniej otrzymał także Austriacką Nagrodę Prasową (Österreichischer Zeitschriftenpreis) i Szwajcarską Nagrodę Mediów dla młodych dziennikarzy (Schweizer Medienpreis für junge Journalisten). W 2014 roku CNN wybrała go dziennikarzem roku. Nagrodził go również niemiecki episkopat, który przyznał mu Katolicką Nagrodę Medialną (Katholischen Medienpreis). Otrzymał również nagrodę im. Peter-Scholl-Latoura (Peter-Scholl-Latour-Preis) i nagrodę im. Konrada Dudena (Konrad-Duden-Journalistenpreises). W czasie swojej kariery zawodowej współpracował z redakcjami: Die Zeit, Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung, Financial Times Deutschland, Der Tagespiegel, Cicero, lewicową taz, oraz agencją prasową dpa. To jednak istniejący na niemieckim rynku wydawniczym od 1947 roku Der Spiegel (tygodniowy nakład: 840 tys.) opublikował na swoich łamach w latach 2011-2018 około 60 tekstów Relotiusa i z dumą, po sześcioletniej współpracy, przyjął go w 2016 roku w poczet swoich stałych redaktorów.  Wysoki i spokojny dziennikarz był powszechnie lubiany przez kolegów. Pomimo wybitnego talentu i zdobywanych co kilka miesięcy prestiżowych nagród pozostawał człowiekiem skromnym i skorym do pomocy młodszym adeptom dziennikarstwa. Wcześniej sam chętnie się uczył i  wdrażał rady swoich mentorów.

 

Mistrz reportażu

 

Podziwiano styl Relotiusa i umiejętność znajdywania niezwykłych historii. 3 grudnia 2018 roku, zaledwie trzy tygodnie przed upublicznieniem jego fałszerstw, Relotius po raz ostatni zachwycił dziennikarskie jury. W Berlinie otrzymał Niemiecką Nagrodę Reporterską za tekst   „Chłopiec, od którego zaczęła się wojna w Syrii“ (Der Junge, mit dem der Syrienkrieg begann, Der Spiegel, 21.06.2018)

Reportaż opowiada historię Mouawiya Syasneha, dziś syryjskiego dwudziestolatka, który żyje w przekonaniu, że za sprawą namalowanego na ścianie antyprezydenckiego hasła pośrednio wywołał wojnę domową w Syrii. Zdaniem jurorów tekst wyróżnia się „wyjątkową lekkością, zwartością i doniosłością, przy czym nigdy nie pozostawia niedopowiedzeń, na jakich oparty jest źródłach”. Rzeczywistość, jak przyznają w tekstach rozrachunkowych redaktorzy Spiegla, była jednak zupełnie inna. „Wszystkie źródła były niejasne. Wiele sytuacji zostało wymyślonych, stworzonych i zakłamanych. Cytaty, miejsca, sceny, rzekomi ludzie z krwi i kości. Fake” –  pisze w liczącym 42 tys. znaków rozrachunkowym eseju redakcyjny mentor Relotiusa Ullrich Fichtner (Manipulation durch Reporter SPIEGEL legt Betrugsfall im eigenen Haus offen, Spiegel Online, 19.12.2018).

Relotius nie wymyślił postaci Mouawiya Syasneha z ogarniętej wojną Dary. Wyszukiwarki internetowe w sekundę podają ponad 9 tys. linków do stron na jego temat. Problem w tym, że Relotius, nawet jeśli się z chłopakiem telefonicznie skontaktował, to dopełnił te, zapewne krótkie, rozmowy fikcyjnymi opisami, postaciami i przemyśleniami chłopaka. Umiejętnie przeplatał wymyślone (być może na podstawie innych artykułów) wypowiedzi Syryjczyka ze zgormadzonymi najprawdopodobniej z pomocą internetu informacjami. Wykorzystując zasoby YouTube, reportaże, czy fakty z Wikipedii można, jak widać skutecznie, budować realną otoczkę dla wymyślonych sytuacji. Relotius przyznał, że oprowadzenie przy pomocy wideo-połączenia po zniszczonej Darze – będące osią narracyjną reportażu  –  zostało przez niego wymyślone. Nie da się bez pomocy Relotiusa ustalić, gdzie dokładnie przebiegała granica między prawdą, interpretacją i fałszem. Dziś do wszystkich tekstów Relotiusa podchodzi się z wielką nieufnością, zakładając, że są przynajmniej częściowe zmyślone.

 

Zawiodły mechanizmy kontrolne 

 

Patrząc wstecz, można doszukać się powtarzających się elementów stylistycznych, służących do kreowania fikcyjnych światów. Reportaże Relotiusa charakteryzują się bardzo dopracowaną, nazbyt spójną i literacką formą. Autor sprytnie urealnia sytuacje, mieszając pozornie łatwe do sprawdzenia twarde fakty ze szczegółami, które musiałby sam zobaczyć lub poznać podczas długich rozmów ze swoimi bohaterami. Można zastanawiać się, na ile realne jest wideo-połączenie z Darą, dociekać czy Relotius posiada nagrania i tłumaczenia prowadzonych po arabsku rozmów. Ale już słyszany przez komórkę śpiew ptaków na ulicach Dary musi zapalić światełko alarmowe.

Redakcja Spiegla dumna była dotąd ze swoich mechanizmów kontrolnych. W dziale dokumentacji pracowało aż 60 dziennikarzy, kontrolujących pod względem faktograficznym artykuły swoich kolegów – to prawdopodobnie największa tego typu struktura w redakcjach na świecie. Kierownictwo tego działu tłumaczyło się później, że sprawdza się fakty, natomiast nie podważa się samej etyki i sposobu pracy reportera –  jemu po prostu się ufa. Reportaże Relotiusa szły do druku bez większych poprawek. Dziennikarz wydawał się niezwykle dokładny – w jednym z artykułów podawał nawet ilość stopni, jaką trzeba pokonać, aby wejść do podziemnego warsztatu w Syrii.

 

 

 

Portret aborcjonisty

 

Obok reportaży syryjskich największą sławę przyniosły Relotiusowi amerykańskie opowieści. Nie stronił w nich od trudnych tematów. Opublikowany w 2015 roku „Sługa boży” (Gottes Diener, Spiegel 07.02.2015) zapada w pamięć i jest też kwintesencją późniejszego stylu Relotiusa. Bohaterem reportażu, do którego autor najwyraźniej odczuwa sympatię, jest dr Willie Parker – ostatni lekarz w stanie Missisipi wykonujący aborcje. Chociaż dr Parker odbiera życie nienarodzonym dzieciom na masową skalę: 2000 razy w ciągu roku, to od lat uważa się za chrześcijanina niosącego pomoc czarnoskórym kobietom w potrzebie.

Tak w swoim reportażu Relotius opisuje zwykły dzień pracy lekarza:

„Aby wypełnić swoją misję, zawsze z niedzieli na poniedziałek pakuje swoją torbę, wsiada do starego Volkswagena i jedzie wzdłuż pól i bagien 400 km na zachód. W Jackson nigdy nie zostaje dłużej niż jest to konieczne. Tylko tak długo – mówi – aby pomóc jak największej liczbie pacjentek – w tym roku będzie ich znowu ponad 2000. Wiedzą o tym również jego wrogowie.”

Oto kolejna, drastyczna próbka stylu reportażysty Spiegla:

„Usunięcie ciąży zajmuje Parkerowi nie więcej niż pięć minut. Mówi, że zabieg jest dla niego rutyną. Opisuje wysysanie embriona jako krótki, cicho syczący dźwięk. To chwila, w której pielęgniarki nie patrzą, a w oczach pacjentek pojawiają się łzy.

Parker słyszy ten dźwięk 23 razy dziennie. Zamiast odwracać wzrok, niesie usuniętą tkankę do pomieszczania obok, które wygląda jak jaskrawo oświetlona mała kuchnia. Pochyla się nad zlewem i bada ją. Czasami odkrywa wewnątrz trzymanej miski cechy ludzkiego życia. Kiedy embrion staje się człowiekiem? Od kiedy ma prawo do życia?”

Relotius z wyraźną sympatią przedstawia poglądy Parkera, który niezależnie od fizycznego zagrożenia za strony przeciwników aborcji wykonuje swoją „misję”. Czarnoskóry Parker sam wychował się bez ojca w wielodzietnej, ubogiej, ale wierzącej rodzinie. Pierwotnie był przeciwnikiem aborcji i ewangelizował swoich kolegów na studiach. Później jako ginekolog odbierał liczne porody. Jednak, jak twierdzi Relotius, po zastrzeleniu wykonującego aborcje kolegi sam poszedł w jego ślady, uważając przy tym, że w ten sposób służy Bogu i niesie pomoc kobietom. Dziś koledzy z redakcji Spiegla nie wiedzą, co w tym reportażu jest faktem, a co kreacją samego autora. Sama postać Parkera, proaborcyjny zapał i poglądy są faktem i wielokrotnie zostały opisane w amerykańskich mediach.

Redaktorzy Spiegla w ocenie Relotiusa  skupiają się głownie na braku zawodowej rzetelności. Same poglądy autora i sposób przedstawiania np. kwestii aborcji nie budziły zastrzeżeń, ponieważ odpowiadały wyobrażeniom czytelników. W tym wypadku liberalny, postępowy i wrażliwy lekarz ujmował się za kobietami i samotnie stawiał czoła „bigoteryjnej” Ameryce.

 

Wyjazd na egzekucję

 

Relotius pisywał w sposób filmowy, jednocześnie chętnie korzystał z przytaczania wątków muzycznych – dziś wiadomo, że idealnie pasujące do tekstu utwory były wymysłem i środkiem stylistycznym autora. Swoich tematów często szukał w Ameryce. Chętnie przedstawiał prowincję, będącą w opinii wielu czytelników Spiegla kwintesencją prawicowej zaściankowości. Gdy nie starczało realnych faktów, tworzył je na poziome literackim.

W liczącym 40 tys. znaków (ponad 20 standardowych stron) reportażu „Ostatni świadek” (Die letzte Zeugin, 02.03.2018), Relotius zmierzył się z problematykę kary śmierci. Problem ukazany został przez pryzmat głównej bohaterki Gladdis, która z poczucia obowiązku jeździ od stanu do stanu jako zwolenniczka kary śmieci i społeczny świadek egzekucji. W reportażu ma się wrażenie, że niemiecki dziennikarz nie odstępuje jej na krok, towarzysząc w jej autobusowych wyjazdach do miejsc straceń. Wie, że Gladdis w małym plecaku nosi wytartą od czytania biblię, kilka keksów i szczoteczkę do zębów.

Niestety wszystko to zostało zmyślone. Być może Relotius zamienił kilka zdań ze swoją bohaterką, jednak jej historię rozwinął do imponujących rozmiarów w swojej wyobraźni. Jako motyw jej działania pojawia się tragiczna historia rodzinna: jedyny syn i wnuk mieli zostać zastrzeleni na jednej ze stacji benzynowych. Nie mogąc doczekać się sprawiedliwości, Gladdis pomaga innym rodzinom – bez obecności neutralnego świadka egzekucja nie może się bowiem odbyć.  Relotius w swoim opowiadaniu, bo tak należałoby chyba nazwać ten tekst, w inteligentny sposób zestawia racje zwolenników i przeciwników kary śmieci. Sama Galddis przedstawiona zostaje bynajmniej nie jednowymiarowo. Czytelnik szybko zżywa się z nią i rozumie jej motywacje.

 

 

 

Amerykański trop

 

Tematyka więzienna pojawia się też w znanym reportaży Relociusa pt. „Numer 440” (Nummer 440, Spiegel 09.04.2016). W artykule Relotius  opisuje więzionego w Guantanamo Jemeńczyka Mohammeda Ali Abdullah Bwazira (postać realna), który po 14 latach izolacji i tortur boi się wyjść na wolność. Po skandalu wywołanym odkryciem oszustw, autor przyznał, że również ten artykuł zawierał fikcyjne sytuacje.

Relotius widząc, że jego fikcyjne postaci spotykają się dużym uznaniem, najwyraźniej postanowił zwiększyć zakres działania. W marcu 2017 roku w artykule „W małym miasteczku” (In einer kleinen Stadt, Spiegel, 29.03.2017) zmyślonymi postaciami zaludnił Fergus Falls w stanie Minnesota, czyniąc z tej miejscowości bastion amerykańskiego konserwatyzmu. Swój reportaż zaczął od przebudowy architektonicznej: do szyldu „Witamy w Fergus Falls” dodał: „ojczyźnie cholernie dobrych ludzi”. Jakby tego było mało, w artykule dostawił obok kolejny szyld: „Meksykanie niemile widziani”, który miał się pojawić zaraz po wyborczej wygranej Donalda Trumpa.

Krok po kroku Relotius podkręcał atmosferę, czyniąc z Fergus Falls modelowy bastion  zwolenników Trumpa. W jedynym kinie w miasteczku miał od dwóch lat lecieć „Snajper” Clinta Eastwooda, a szkolna młodzież rysować portrety Trumpa jako swojego idola. Relotius miał spędzić w miasteczku 30 dni. Rzeczywiście rozmawiał z niektórymi mieszkańcami, ale w ramach uatrakcyjnienia tekstu zmieniał im biografię do tego stopnia, że opisywani nie mogli później sami się rozpoznać.

Relotius kłamał i łamał wszelkie zasady dziennikarskiej rzetelności. Wykorzystywał zaufanie swoich rozmówców, by tworzyć z nich własne kreacje. Koledzy i przełożeni krytykują go dziś za to, zapominając jednak, że Relotius w gruncie rzeczy spełniał pokładane w nim nadziej i oczekiwania liberalno-lewicowych czytelników. Nikt nie kwestionował realizmu jego tekstów.  Do czasu.

Artykuł ze Spiegla dotarł do dwójki mieszkańców Ferguss Falls, którzy go przetłumaczyli. Byli bardzo oburzeni tym, jak zostało opisane ich miasteczko. Zaprotestowali na Twitterze, a następnie przez wiele miesięcy krok po kroku dokumentowali fałszerstwa Relotiusa. Zdemaskowanie miało jednak nastąpić w Niemczech, a główną rolę odegrał tu Juan Moreno  – redakcyjny kolega Relotiusa.

 

 

Polowanie na imigrantów

 

Tekst, który zakończył karierę Relotiusa nosił tytuł „Granica Jaegera” (Jaegers Grenze, Der Spiegel, 16.11.2018). Pomysł redakcji był następujący: reporter Spiegla, Juan Moreno, miał towarzyszyć karawanie środkowoamerykańskich uchodźców podążającej przez Meksyk do USA. Natomiast Claas Relotius  – po amerykańskiej stronie granicy – miał opisywać reakcje prawicowych milicji deklarujących chęć powstrzymania tej fali. Relotius oczywiście znalazł w Arizonie odpowiednią paramilitarną grupę pod dowództwem tytułowego Jaegera i barwnie ją opisał. Przedstawił jej członków, osobiste motywy oraz historie rodzinne. Przez długie dni i noce towarzyszył im w przygranicznych patrolach. Wreszcie opisał, jak Jaeger strzela do wyimaginowanego celu.

Jednak będący współautorem reportażu Juan Moreno szybko nabrał podejrzeń w stosunku do pracy swojego utytułowanego kolegi. Nie zgadzały się podpisy osób pod zdjęciami, ich tożsamości mieszały się. Już po publikacji poinformował o swoich wątpliwościach redakcję Spiegla. Ta nie była skłonna do dania wiary niepopartym faktami podejrzeniom – uważano, że być może chodzi tu o kwestie ambicjonalne.

Moreno nie dał za wygraną i postanowił na własną rękę sprawdzić Relociusa. W czasie prac nad innym tekstem na własny koszt wraz z fotografem (i świadkiem) pojechał prawie 800 kilometrów do Arizony, gdzie skontaktował się z pokazanymi na zdjęciach postaciami. Okazało się, że żaden Jaeger nie istnieje, a podpisany jego imieniem Chris Maloof nigdy go nie spotkał. Moreno udokumentował wypowiedzi Amerykanów na wideo. 9 grudnia redakcja skonfrontowała  Relotiusa z zarzutami. Dziennikarz bronił się, mataczył, uwiarygadniał swoje materiały zakładając fikcyjne konta w mediach społecznościowych, prezentował zmanipulowane maile. Wreszcie 13 grudnia przyznał się do sfałszowania reportażu „Granica Jaegera” i wielu innych tekstów. Cztery dni później Relotius złożył wypowiedzenie. 19 grudnia 2018 roku Spiegel upublicznił aferę i przyznał, że wiele tekstów Relotiusa było nieprawdziwych.

 

 

Reakcje Spiegla

 

Radzenie sobie z bezprecedensowym w 71 letniej historii Spiegla kryzysem wiarygodności można ocenić jako bardzo sprawne. Od 9 grudnia ukazało się kilkanaście tekstów rozrachunkowych, niektóre liczące nawet blisko 20 stron. We wszystkich tekstach dominuje żal z powodu manipulacji i oszustw, jakich dopuścił się Class Relotius oraz zapewnienie o woli dogłębnego zbadania skali i mechanizmów fałszerstwa.

Oto fragment jednego z pierwszych teksów napisanych przez redaktora naczelnego  Spiegla i jego zastępcę dzień po ujawnieniu afery:

 

„Claas Relotius przez siedem lat pracował dla Spiegla, w tym czasie napisał wiele świetnych reportaży, niestety, prawdopodobnie większość z nich zawiera zmyślone fragmenty. Pisał o ludziach, których nie spotkał, a nawet ich wymyślał, opisywał sceny, które nigdy się nie rozegrały.

Jeszcze nie możemy w pełni ocenić rozmiarów sprawy, ale mimo to zdecydowaliśmy o jej upublicznieniu. Nie chcieliśmy, aby zrobili to za nas inni. Rozpoczęliśmy proces jej wyjaśniania i powołamy komitet, którego zadaniem będzie dogłębne zbadanie wszystkich jej aspektów. Chcemy bowiem  zrozumieć, co dokładnie się wydarzyło, aby nigdy nie mogło się to powtórzyć. Zadajemy sobie bardzo wiele pytań, a odpowiedzi na nie doprowadzą prawdopodobnie do wielu zmian w naszej redakcji.

Przykro nam z powodu zaistniałej sytuacji. Posiadamy wielu czytelników, którzy mogą sobie teraz zadawać pytanie, czy jeszcze można wierzyć Spieglowi? Współpracujemy z wieloma dziennikarzami, którzy dobrze i rzetelnie wykonują swój zawód – a teraz będą musieli żyć z tym, że są potencjalnymi podejrzanymi. Musimy udowodnić, że te podejrzenia są bezpodstawne.” („Zadajemy sobie bardzo wiele pytań”, Wir haben sehr viele Fragen an uns selbst, autorzy:   Steffen Klusmann und Dirk Kurbjuweit, Der Spiegel, 20.12.2018).

 

W późniejszych tekstach dokonano dogłębnej analizy poszczególnych reportaży, stylu i metod działania Relotiusa. Wycofano z obiegu tekst na temat Fergus Falls, ponieważ opisane w nim osoby czuły się urażone. Pozostałe teksty są udostępnione i podlegają analizie. 20 grudnia Claas Relotius oddał wszystkie swoje nagrody reporterskie. Spiegel nie wytoczył mu jak na razie spray sądowej. Na forum tygodnika przeprowadzono wywiad z osobami, które w Fergus Falls zdemaskowały Relotiusa. Opublikowano też wywiad z Juanem Moreno, który odkrył fałszerstwa Relotiusa w Arizonie.

Można zakładać, że redakcji udało się ograniczyć szkody wywołane aferą wśród swoich czytelników. W części tekstów Relotius ukazywany jest jako utalentowany, młody dziennikarz, który nie sprostał presji sławy i sukcesu. Redakcja bije się w piersi za brak należytej kontroli, ale przypomina, że nie może krępować kreatywności swoich reporterów.

Co ciekawe, Spiegel w swoisty sposób wykorzystał sprawę Relotiusa tropiąc i rekonstruując własną aferę. W ten sposób powstał kolejny cykl esejów i quasi reportaży. Przykładem tego jest liczący prawie 20 standardowych stron esej Ullricha Fichtnera pt. „Manipulacje reportera. Spiegel odsłania oszustwa we własnej redakcji”. (Manipulation durch Reporter SPIEGEL legt Betrugsfall im eigenen Haus offen, Der Spiegel, 19.12.2018)

Pewna istotna kwestia rzadko pojawia się w rozrachunkowych tekstach. Od lat Spiegel oskarżany jest przez swoich krytyków o subtelną manipulację. W publikowanych artykułach  poprzez odpowiedni dobór słów i zestawianie faktów buduje atmosferę i skutecznie ukierunkowuje odczucia czytelników. Można pokusić się o stwierdzenie, że Relotius perfekcyjnie spełniał oczekiwania redakcji i czytelników – nie mogąc znaleźć wystarczająco dobrych bohaterów sam ich sobie wymyślał, trafiając w gusta doświadczonych publicystów i jurorów. W tym kontekście paradoksalnie brzmi motto Spiegla umieszczone na jednej ze ścian w budynku redakcji: Sagen, was ist – Mówić jak jest.

 

 

Reakcje mediów

 

 

Georg Altrogge, prezes branżowego portalu Meedia (powiązanego z grupą wydawnictwa Handelsblatt) stwierdził, że podobna sytuacja mogła wydarzyć się również w innych renomowanych mediach, ale warto się zastanowić, czy Spiegel nie stworzył dogodnych warunków dla reporterskich fałszerstw Relotiusa. Tygodnik jest, zadaniem Altrogge,  znany z sugerowania czytelnikom, że jego reporterzy są świadkami zdarzeń lub mają dostęp do informacji z pierwszej ręki. Spiegel był krytykowany za tendencyjny charakter tego typu nieweryfikowalnych opisów.

Gerhard Strate w magazynie politycznym Cicero porównał sposób rozliczania swojego reportera przez Spiegel do polowania na czarownice. Zauważył też, że Relotius nie jest jedynym, który nie rozgranicza miedzy komentarzem a relacją.

Redaktor naczelny renomowanego tygodnika Die Zeit, Giovanni di Lorenzo, skrytykował ówczesnego naczelnego redaktora Spiegla, Ullricha Fichtnera, za prowadzenie osobistego rozliczenia z Relotiusem. Jako nieprzekonywującą formę wyjaśnienia sprawy uznał reportażowy esej Fichtnera, którego wciągający styl przypominał teksty zdemaskowanego dziennikarza.

Frankfurter Allgemeine Zeitung zamieściła artykuł amerykańskiego publicysty Jamesa Kirchicka, który zwracał uwagę na antyamerykanizm obecny w artykułach Spiegla.

„Retoryczne połajanki Trumpa w stosunku do Niemiec bez wątpienia przyczyniają się w znacznym stopniu do godnego pożałowania upadku transatlantyckich relacji. To samo dotyczy ukrytych antyamerykańskich uprzedzeń, którymi Spiegel regularnie posługuje się w stylu prasy brukowej, uważając je za ambitną krytykę.”

 

Krytyka ambasadora

 

Na temat reportaży Relotiusa głos zabrał też amerykański ambasador w Berlinie. Richard Grenell w liście skierowanym do redakcji Spiegla zarzucił tygodnikowi skandaliczny antyamerykanizm, który objawił się w zdemaskowanych fałszerstwach Relotiusa. Ambasador wezwał niemiecki tygodnik do dogłębnego wyjaśnienia sprawy przez zewnętrzną instytucję. Stwierdził, że „antyamerykański sposób uprawiania dziennikarstwa przez Spiegla w ostatnich latach stał się coraz bardziej widoczny. (…) Od czasu objęcia władzy przez prezydenta Tumpa tendencja ta przebrała wszelką miarę. Jesteśmy ofiarą zinstytucjonalizowanych uprzedzeń”.

W odpowiedzi zastępca reaktora naczelnego Spiegla, Dirk Kurbjuweit, przeprosił Amerykanów, jednocześnie odrzucając zarzut antyamerykanizmu: „Przepraszamy wszystkich obywateli USA, którzy w wyniku tych reportaży zostali obrażeni lub zniesławieni. (…) Jest nam z tego powodu bardzo przykro. Nigdy nie powinno się to wydarzyć”. Kurbjuweit dodał jednak: „Jeżeli krytykujemy amerykańskiego prezydenta, to nie jest to antyamerykanizm, lecz krytyka polityki człowieka (urzędującego) w Białym Domu”.

 

 

Sprawa Relotiusa ujawniła fundamentalny problem tendencyjnego opisywania świata przez czołowy niemiecki tygodnik. Pozostałe niemieckie tytuły prasowe niestety nie wydają się być wolne od podobnych ideologicznych uprzedzeń, które nie pozwalają na zrozumienie argumentów innych niż liberalno-lewicowe. Jaskrawym przykładem braku dziennikarskiej rzetelności jest trwające od wygranych przez PIS wyborów tendencyjne przedstawianie sytuacji w Polsce. Można mieć nadzieję, że obiorcy niemieckich mediów z większą dozą krytycyzmu podchodzić będą teraz do opinii swoich reporterów.

 

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.